Wpisy

Kordian w Narodowym

Nigdy nie pisałem recenzji, choć zdarzało mi się niejedno recenzować przedstawienie. Zazwyczaj jednak przy kieliszku w teatralnym bufecie, w gronie znajomych, którzy cenili złośliwość jako funkcję inteligencji. Dawne to czasy. Wtedy w zasadzie nie chodziłem do teatru, bo niemal w nim mieszkałem, teraz też w zasadzie nie chodzę, bo, można by się wykpić, mieszkam daleko od takich rozrywek. Nie dlatego jednak rzadko chodzę. Nie kupuje po prostu głównego, teatralnego nurtu ostatniej dekady w Polsce. Neopostmodernistycznej awanturki na scenie. Gołych panów i krwistego języka, śmiałych, wizyjnych scen do muzyki z modowych wybiegów i niekończących się przeróbek klasycznych i nieklasycznych tekstów. Żadna literatura nie ma, jak się okazało, dość siły, żeby się przed blenderem inscenizatorskiej imaginacji młodzieży obronić. Miałem szczęście spotkać na swojej drodze kilkoro wybitnych profesorów, wśród których pierwszy nasuwa mi się Jerzy Koenig. Gdy siedziałem ze swoją sztuka teatralną w rękach u niego w mieszkaniu, on dość wyraźnie, żeby nie powiedzieć, dobitnie mi wyłuszczył, że autor w teatrze ma do dyspozycji jedynie słowo. Słowem wszystko wyraża. Reżyser czyta dramat, aktorzy grają realizując kolejne zadania i pokonując przeszkody, jakie dobry reżyser im buduje. Bo tylko pokonywanie przeszkód jest interesujące. Nie ma bowiem dramatu bez konfliktu. Pierwszą przeszkodą jest uwiarygodnić słowa zapisane w sztuce. Odpowiedzieć na pytanie: “Jaki musi być świat, żeby ten tekst był prawdziwy?”. Ergo nie ma teatru bez słowa, które układają się w zdanie (niegdyś mówiło się przesłanie, ja powiem temat spektaklu). Tak się składa, że najskładniej brzmią zdania napisane zazwyczaj zanim utwór znajdzie swoje sceniczne odbicie. Tego współczesny teatr nie chce rozumieć. Nader często spektakle są krótszymi lub dłuższymi polimerami znaków, obrazów i dźwięków, a aktorzy realizują wiwisekcję z ejakulacją opięci przez reżysera mentalnymi pasami szachida. Widz w emocjonalnym szantażu siedzi ściśnięty między wyłącznie swoimi rozumieniami, które galopują jak opętane poganiane muzyką i gołym tyłkiem. Taki teatr nie przynosi katharsis, choć niewątpliwie działa przeczyszczająco.

Teatr, w którym na początku było słowo i na końcu jest zdanie zdarza się rzadko. Taką, wcale udaną, próbą jest “Kordian” Juliusza Słowackiego w Teatrze Narodowym w reżyserii Jana Englerta. Polecam przypomnieć sobie lekturę przed wizytą w teatrze. Sam z zaskoczeniem odkryłem jak lekko mi się ją po latach czytało i jak bardzo jest ona aktualna. Englert kładzie nacisk na ironię, dwuznaczność i gorzką refleksję na temat narodu, jaką niewątpliwie zapisał w swym dziele Juliusz Słowacki. W jego czasach był to akt intelektualnej odwagi. Widzimy więc po pierwsze, że Kordian nie jest jednostką, to postawa, rola rozpisana na wiele postaci, od dziecka po dojrzałego mężczyznę – jakby ta rola przypadała w udziale pokoleniom Polaków. Rola niewdzięczna, oszukańcza w zamyśle. Kakofonicznie wybrzmiewa rozdźwięk pomiędzy Kordiana tęsknotą za wielkim czynem i momentem, kiedy pada pod naporem Strachu i Imaginacji, aby za chwilę znów niepotrzebnie ryzykować, ku radości Księcia Konstantego, który i tak go nie może wybawić od kary. Ten rozdźwięk wybrzmiewa również dosłownie. Kilkakrotnie w przedstawieniu jesteśmy świadkami wzajemnie się znoszących narracji, melodii, kakofonii tłumu, momentów wszechwładzy chaosu, co uzupełnione przez wysmakowane muzycznie fragmenty opowiada naszą rzeczywistość – wzniosłą i byle jaką na przemian, lub jednocześnie.

Od szkoły pamiętam, że u Mickiewicza Polska była narodów Mesjaszem, a u Słowackiego Winkelriedem. Robiliśmy porównania, która postać godniejsza. Tymczasem Winkelried, który zebrał włócznie wrogów i we własną pierś włożył dokonał ofiary tyleż imponującej, co samodestrukcyjnej, żeby nie powiedzieć, idiotycznej. Niweczącej jego samego. A skoro Polska nim jest, to wprost wypływa wniosek, że być Winkelriedem narodów jest przynajmniej nieroztropnie. Rama sceny, rozświetlona żaróweczkami rodem z kabaretu lub wodewilu już na wstępie sugeruje nawias, dystans, ironię… Dmuchana kula ziemska na myśl mi przywiodła igraszki Chaplina z dmuchanym globem w filmie “Dyktator”. I tak dalej, i tak dalej…

Uwagę zwraca wyważona i bezlitośnie rzeczowa interpretacja Jerzego Radziwiłowicza, jako starego Kordiana, który przejmuje również rolę Prezesa w scenie Spisku podchorążych. Polecam uczniom i nauczycielom, dla których wiersz jest jak hel i mgła do kupy wzięta, uniemożliwiająca zrozumienie tekstu i jego sensu, szczególnie tego potocznego, opartego na rozmowie postaci. Radziwiłowicz ujawnia sceniczny geniusz Słowackiego. Żaden z polskich romantyków nie umiał pisać takich dialogów. Decyzją Inscenizatora nie ma również postaci Grzegorza, w którym Jan Englert wyczytał tony anielskie i szatańskie podszepty. Podzielił tę rolę między Danutę Stenkę (Archanioła) i Mariusza Bonaszewskiego (Szatana). W jednej z najciekawszych scen przedstawienia proponują Kordianowi dwie alegorie opisujące z jednej strony rzeczywistość, a z drugiej mitologię Polaków. Archanioł opowiada o bohaterskim Kazimierzu, a Szatan Jasiu, co “psom szył buty”. Znów naprzemiennie, wchodząc sobie w słowo, jakby walkę o duszę Kordiana toczyli. O duszę Polaka.

Englert nie daje jednoznacznych odpowiedzi, choć szacunek pełny za konsekwentną wiarę w sens słów i scen. W sens w ogóle. Przedstawienie to chce mieć znaczenie i w zasadzie w pełni się to udaje. Żal mi sceny Car – Konstanty, z której zrezygnowano, być może w tym układzie dramaturgicznym mogłaby rytm zaburzyć. Tak sądzę. Choć żal, bo to jeden z najpyszniejszych dialogów poprzedzony genialnym monologiem Cara. Dyrektor Englert stawia na inscenizację, w spektaklu występuje cały zespół, bo przedstawienie zrealizowano z okazji 250-cio lecia istnienia sceny narodowej w Polsce. To dodatkowy powód, żeby je zobaczyć. Wszystkim tym, którzy nie mieli okazji przyjrzeć się klasycznemu podejściu do inscenizacji polecam wizytę w Narodowym. Będzie o czym myśleć. Zaufanie, jakie mam do Jana Englerta kazało mi akceptować jego pomysły a priori (nie ma szans, żeby nie były one przez niego przemyślane) i czasami z wysiłkiem intelektualnym poskładać je w logiczną całość. To lubię. Tak mam. Lubię teatr dla głowy, nie lubię teatru dla jaj.

Jacek Sut