Znani – zapomniani

O osobach, które odeszły powinienem pisać na początku listopada, gdyż zwyczajowo to wtedy jest najwłaściwszy czas na pogłębioną refleksję. Tak się jednak nie stało, bo święto goni rocznice, a w połowie listopada bardziej aktualnym okazał się temat dworku w ruinie, „Poniatówki” – symbolu piaseczyńskiej niepodległości. W swoim felietonie sugerowałem wówczas ze smutkiem, że „nie da się” nic zrobić w dziele renowacji tego zabytkowego obiektu, bo starostwo, opacznie pojmując hasło dobrych zmian w polityce historycznej, strumień gotówki zamiast na ratowanie dobra narodowego, skierowało na remont własnej siedziby, niegdyś matecznika PZPR.

Na własną rękę

W minionym grudniu więc, tak aby zmieścić się jeszcze w roku obchodów (których nie było) setnych urodzin naszej wielkiej aktorki Lidii Wysockiej (ur. w 1916 r.), udałem się na cmentarz komunalny w Piasecznie w poszukiwaniu Jej mogiły. Z duszą na ramieniu pokonałem fatalne skrzyżowanie ulic Julianowskiej i Okulickiego (do jego przebudowy „nie da się” przystąpić, bo jest w zarządzie województwa), minąłem piętrowy garaż, gdzie parkować „nie da się”, bo jest prywatny, a że chyba za drogi dla mieszkańców, więc stoi pusty. No, ale przecież od czego jest parking miejski, położony wzdłuż nekropoli, tam też są miejsca postojowe, bardziej cenne, bo darmowe. Niestety, władze gminy tolerują cwaniactwo miejscowych zmotoryzowanych blokujących gościom rotacyjny dostęp do furt cmentarnych. Koniec końców, pokonując wszystkie przeszkody, przebiłem się do wejścia.

Poszukiwania

Pora wczesna, cmentarz świecił pustkami, tylko pies średniej wielkości z zapałem i bez kontroli znaczył swój teren strzykając na groby. Wreszcie pojawiła się miła pani z administracji, która, co prawda, na psa machnęła tylko ręką (co oznaczało „nie da się” nic zrobić), ale za to pokazała mi miejsce pochówku artystki. Przeżyłem szok. Tak zaniedbanej mogiły dawno nie widziałem. Zardzewiałe klepsydry nadziane na kołki informują, że tu spoczywa od 2006 r. jakaś Lidia Wysocka, że trzy lata później pochowano tu jakiegoś Piotra Nowakowskiego. Nędza, zapomnienie i jęki wichru pomiędzy krzakami. A kim był Piotr – zapytacie? Otóż, oprócz tego, że był synem pani Lidii i także ukończył uczelnię artystyczną, to dla Piaseczna zasłużył się niebywale tworząc teatrzyk „To i owo”. Przez 40 lat niestrudzenie zajmował się animacją kultury, plenerami malarskimi i spotkaniami poetyckimi. Znana aktorka Teatru Polskiego w Warszawie pani Ewa Domańska – niegdyś podopieczna Piotra, swego mistrza nazwała „wyjątkowym erudytą, znawcą sztuki, reżyserem i architektem sukcesu artystycznego całego pokolenia młodzieży”. A mogiła? No cóż, liści kupa ogrodzona ażurowym płotkiem, chyba tylko po to, żeby nie fruwały w porywach wiatru, a w obrębie tego płotka – prochy (powiem jednym tchem): zjawiskowej polskiej aktorki i wybitnej piosenkarki, patriotki więzionej w czasie okupacji na Pawiaku, twórczyni kabaretu „Wagabunda” (m.in. Dymsza, Kobiela, Przybora), który to zespół, podczas 11 lat swego istnienia rozprowadził ponad 2 miliony biletów wstępu. Co więc kryje klepisko przywalone stosem gnijących liści? – odpowiadam: „perły rzucone przed wieprze” (św. Mateusz).

„Nic nie da się zrobić”

Mówi w lokalnej prasie radny Zbigniew Mucha, założyciel i prezes Społecznego Komitetu Renowacji Cmentarza Parafialnego i rozkłada bezradnie ręce – No bo kto za to zapłaci? – zapytuje. A ja tak sobie pomyślałem, że troska o cmentarz parafialny i zaniedbane groby to obowiązek gospodarza, czyli proboszcza, bo to on jest beneficjentem profitów, a nie ubogiego Społecznego Komitetu. Natomiast gmina powinna być naturalnym mecenasem cmentarza komunalnego. Stawiając więc wszystko na nogi oddajmy Bogu, to co boskie, obligując jednocześnie gminę (bo to my ją finansujemy) do okazania wdzięczności ludziom, których niegdyś tłumy nosiły na rękach, a teraz spoczywają w zapomnieniu pozbawieni prawnych opiekunów.

Dosłownie 250 m od furty głównej w kierunku Konstancina – Jeziorny, na zakręcie drogi, u wylotu ul. Przesmyckiego (Miriama) znajduje się wyjątkowo wysoki wiklinowy płot. Cóż kryje posesja za nim? „Dworek klasyczny do wynajęcia” – głosi baner. W dworku tym mieszkała Lidia Wysocka z synem Piotrem (noszącym po ojcu przydomek Sawan) i jego żoną (gdy ta jeszcze darzyła go uczuciem), a w czasie okupacji, z wielomiesięczną przerwą na Auschwitz- Birkenau – także Zbigniew Sawan-Nowakowski – mąż pani Lidii i ojciec Piotra. Czy my go znamy? Tak, oczywiście, to przecież legenda polskiego kina niemego, aktor, kreator scen operowych, reżyser i dyrektor wielu teatrów w kraju, a tuż po wojnie – o tym już dziś nikt nie pamięta – współtwórca i aktor teatrzyku „Różowy balonik” w… Piasecznie. A co z tajemnicą ukrytą za sztachetami podwójnego płotu? Ludzie nie chcą mówić. Przebąkują o śmierci Piotra w niewyjaśnionych okolicznościach, o ludzkiej bezwzględności i tupecie, a napotkana sąsiadka, lawirująca między pędzącymi pojazdami (bo „nie da się” przy tej ulicy wybudować chodnika), przypomniała sobie nawet fakt istnienia jakiejś sekty, która opętała Sawana juniora tak skutecznie, że zmarł przedwcześnie, oddając cały majątek „przyjaciołom”.

Na grób niestety nie wystarczyło

I jeszcze jedna uwaga. Ignacy Gogolewski, w czasie niedawnego grudniowego spotkania z mieszkańcami w Klubie Kultury w Józefosławiu, zaproponował na zakończenie wieczoru „zanucić pieśń szczęśliwą”. Czy jednak Piotra i jego rodziców może ona dotyczyć? Chyba nie, bo pozostała po nich tylko „poezja, pamięć o dobroci i… więcej nic” (to już cytat z Norwida). A co pozostało gminie? Dążenie do zmiany przylepionego do niej negatywnego stereotypu.

Pokażmy światu, my społeczeństwo Piaseczna, w odróżnieniu od tych, którym pazerność przysłoniła resztki wstydu, że „wdzięczność jest najpiękniejszym kwiatem” (Beecher). Może jednak „da się” coś zrobić.

Jan R. Krzyżewski

0 replies

Leave a Reply

Want to join the discussion?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *