Algorytmy i booty

Do czerwoności nas ostatnio rozgrzewają informacje o cyfrowych sposobach wpływania na wyniki wyborów w tym lub innym, zdawałoby się, cywilizowanym kraju, w którym dostęp do puszki Pandory ograniczają z dawna ugruntowane wartości. Są nimi w skrócie: prawda jest ważniejsza od fałszu (ale czy lepsza?), konsekwencja jest cnotą polityka (ale czy pomaga zdobywać mu poparcie?), empatia pozwala pozyskać elektorat (ale czy nie przeszkadza nim manipulować?) itp. itd.

Nie łudzę się i wiem, że kłamstwo, naginanie faktów, cyniczne zmiany frontów i aliansów, nielojalność i megalomania są cechami przynależnymi polityce, odkąd istnieje. Oczywiście znajdzie się sporo wyjątków, ale biorąc pod uwagę ścieżki historii takie przykłady liczymy w promilach. Zresztą te i tak skromne ilościowo wzorce nieustannie doświadczają prób umniejszania im wartości rzucając kłamstwa i kalumnie. Nie bez kozery, a nawet z niejakim uporem powtarza się komunał o nieczystości polityki. Wynika to zapewne z chęci usprawiedliwiania się z czynów, które chluby żadnemu człowiekowi nie przynoszą, a bywają skutecznymi narzędziami w walce o władzę.

Cyfrowe dylematy

I tu nagle bęc. Siurpryza i prezent. Można zatrudnić bezduszną maszynę, ażeby niejako za nas, ale „we własnym imieniu” wylewała pomyje na głowy innych, nie obciążając już biednych i umęczonych sumień naszych. Porno-kapitalizm w hardcorowej wersji. Wystarczy zapłacić, a najczarniejszą robotę wykonają reprodukujące się jak bakterie booty, które do tego wszystkiego tak dobrze udają ludzi, że przekonują nieprzekonanych, a strachliwych spychają do kąta. Nigdy bowiem nie będzie już pewności, czy za panem/panią X z internetowego forum, którego konto pachnie ściemą, nie stoi rzeczywisty człowiek, z którym można się spotkać w „realu”. Sam ostatnio doświadczyłem takiej pomyłki. Mam w zwyczaju wchodzić na konta społecznościowych dyskutantów i gdy w najpopularniejszym portalu widzę konto z kilkoma/kilkunastoma znajomymi, bez zdjęcia profilowego lub ze zdjęciem wazonu lub węża, z historią sięgającą najwyżej paru dni/tygodni wstecz, to zazwyczaj zgłaszam je jako fałszywe i ostrzegam znajomych. Raz jednak się pomyliłem i było mi głupio. Cóż – jako się rzekło, lekko nie jest.

Narzędzia są niewinne?

Mówiło się, że nóż jest tylko takim właśnie narzędziem. Od ręki i człowieka zależy czy ukroi nim pajdkę chleba, czy zanurzy go we krwi. Nie mam jednak pewności, czy tak jest z algorytmami i bootami. I czy można mówić o nich jako o narzędziach. Mnie się zdaje, że ich najpopularniejszą funkcją jest jednak agresja, czyli że przekształciły się w broń. Jak to z bronią bywa, jedni się nią posługują nieudolnie i brutalnie, a inni umieją zadawać ciosy bardziej precyzyjne i zniuansowane. Zwykłe okładanie się cepami w necie nie jest w sumie tak groźne jak inteligentna, zmasowana kampania półprawd i przekłamań, których już nigdy nie będzie można do końca ludziom wyjaśnić. Od tego też są analizy by badać grunt i odpowiednie nań rzucać ziarno. Przykładem najlepszym jest hasło, które było lokomotywą kampanii partii rządzącej. Pomimo, iż Polska notowała gospodarczy wzrost, powstawała infrastruktura za miliardy złotych i w miastach rodził się etos życia eko, to slogan „Polska w ruinie” trafił do ludzi, którzy po prostu nie czuli się beneficjentami tych zmian. Nawet idiotyczne konferencje na tle wykopów lub nieczynnych magazynów nie tylko nie zapalały ostrzegawczych lampek, ale pozwalały się cieszyć, bo skoro z „tłustymi kotami” nie umiemy grać wedle ich reguł, to wywracamy stolik i powołujemy własne. Pierwsza z nich głosi, że kłamać wolno, a czasami nawet trzeba. W związku z tym mamy dziś premiera, który kłamie nawet wtedy, gdy nie trzeba.

Trudny temat rozgrzeszenia

Instytucją spowiedzi kościół zdobył narzędzie władzy i wpływu, które dotykało każdej sfery człowieka i każdej społecznej warstwy. Tajemnice królów i tyranów przepływały przez konfesjonały na zawsze cementując sojusz tronu z ołtarzem. Nie zmieniło się wiele do dziś. I dziś narzędzie rozgrzeszenia niejednego ducha uwalnia od moralnej udręki, przez którą już tylko obłęd i szaleństwo. Ciężko nieść własne grzechy w pojedynkę. Najlepiej wiedzą o tym, w swojej moralnej odwadze, ateiści. Stąd bierze się główna siła kościoła i kapłanów, że niosą ulgę. Paradoksalnie algorytmy i booty podkopują fundament związku wiernych z kościołem. Skoro grzeszą cyfrowe byty, to i spowiadać się niedługo nie będzie z czego. Z drugiej strony im słabsze się wydają instytucjonalne instrumenty i liturgiczne procedury tym ważniejsze stają się ludzkie wybory. Większą sztuką jest świadoma decyzja i unoszenie potem jej konsekwencji niż cotygodniowe poszukiwanie rozgrzeszenia. Zresztą, gdyby się głębiej zanurzyć, to nie zachodzi tu sprzeczność. Wszystko zawsze zaczyna się w człowieku.

Boot stop

Nie dajmy się więc zwodzić bootom, wykorzystywać algorytmom i nie ulegajmy ordynarnym generatorom emocji. Na własny użytek wypracowałem sobie nawyki przeglądania kont rozmówców i historii ich wpisów. Gdy są podejrzanie podobne, równie napastliwe lub chamskie, to mam zawsze dwa wyjścia, albo uznać, że to boot i przestać brać pod uwagę jego wytwory, albo uznać, że to wyjątkowo odporny na rzeczywistość delikwent, z podobną reakcją. Przecież nikt inny nie jest wzorcem dla programistów tworzących booty jak realni w swej prostocie hejterzy i trolle.

Jacek Sut

Kawa

Dla mnie jeden z najwspanialszych zapachów – aromat świeżo zmielonej i zaparzonej kawy. Uwielbiam. Gdyby nie rozsądek mogłabym nie pić innych napojów. Dlaczego? Bo chyba dla mnie to synonim relaksu, chwili dla siebie i przyjemności. Odkąd można się napić dobrej kawy bez kofeiny to mogę pić jej więcej. Kofeina jest najbardziej rozpowszechnioną substancją psychoaktywną na świecie. W pełni legalna i wszędzie dostępna. Poza kawą występuje w herbacie, mate, kakao, guaranie. Zajdziemy ją coca-coli i pepsi, napojach energetyzujących. Zawartość kofeiny w napoju zależy od tego co i jak przyrządzono. W odmianie kawy robusta jest dwukrotnie więcej kofeiny niż w odmianie arabika. 150 ml kawy to 60-120 mg kofeiny. Puszka coli to około 30 mg kofeiny – dlatego nie jest to napój dla dzieci, zwłaszcza małych. Producent podaje, że jest dozwolona od 12 roku życia.
Kawa zwykle kojarzy się z Ameryka Południową, ale jej faktyczną ojczyzną jest… Etiopia. Arabowie jako pierwsi zaczęli przygotowywać napój z nasion kawy, nazwali go qahwa, co znaczy „odpędzać sen”. Do Europy kawa dotarła w XV wieku. W świecie prostych produktów spożywczych, była czymś niesamowitym, a jej pobudzające właściwości były przedmiotem wielu badań. W 1820r udało się wyodrębnić kofeinę, a za kilkadziesiąt lat poznać jest strukturę chemiczną.

Kofeina wchłania się z przewodu pokarmowego w 100% i do tego błyskawicznie, już po 6-8 minutach krąży we krwi oraz dociera do mózgu, nie istnieje dla niej bariera krew-mózg, dlatego stężenie w płynie mózgowo-rdzeniowym jest takie samo jak we krwi. Bez problemu przenika też do mleka i płynu owodniowego, a nawet nasienia. Maksymalne stężenie kofeiny we krwi mamy po około 40 minutach. Zwykle po 6 -10 godzinach całość zostaje wydalona przez nerki. Ciekawe są dwie informacje. U palaczy metabolizm kofeiny ulega przyspieszeniu. Druga ważna informacja dotyczy kobiet w ciąży. U nich metabolizm kofeiny zwalnia i okres półtrwania wynosi około 10 godzin. W tym czasie stężenie spada dopiero o połowę. Pod koniec ciąży dochodzi do kumulacji kofeiny, okres półtrwania może wynosić nawet 18 godzin. Jak wspominałam kofeina przenika do płynu owodniowego oraz do krwi płodu przez łożysko. Płód oraz noworodek nie mają tak wykształconej wątroby, aby szybko poradzić sobie z kofeiną, czas metabolizowania może wynosić nawet 100 godzin.

Działanie kofeiny na organizm jest efektem działania na mózg. Kofeina pobudza wydzielanie wielu neuroprzekaźników, szczególnie istotne jest zwiększenie poziomu dopaminy. Dopamina przyspiesza pracę serca, zwęża naczynia krwionośne, podnosi ciśnienie krwi. Jednak po 2-3 dniach picia kawy rozwija się tolerancja i już nie wzrasta ciśnienie i serce bardzo nie przyspiesza. Umiarkowane spożycie kofeiny, czyli do 400g = 4 filiżanki dość mocnej kawy nie ma wpływu na układ sercowo-naczyniowy. Niestety kawa powoduje zwiększone wydalanie magnezu i wapnia, warto o tym pamiętać i uzupełniać braki. Drażni również śluzówkę żołądka. Pozytywne działanie na mózg, to również wzrost czujności, uwagi i koncentracji, zmniejszenie senności, ale tylko w umiarkowanych dawkach. Jeżeli przesadzimy (powyżej 600mg) rośnie niepokój, pobudzenie, a nawet lęk.

Jako znany termogenik kawa podnosi ciepłotę ciała, przyspiesza metabolizm, zwiększana spalanie tłuszczów, zwiększa zapotrzebowanie na tlen. Nowe badania mówią o korzystnym wpływie na metabolizm glukozy i istotne obniżanie, nawet o 22% ryzyka zachorowania na cukrzycę typu 2.

Kawę proszę zatem pić – ze smakiem, chociaż kawiarni u nas brak.

Katarzyna Bukol Krawczyk

Dietetyk kliniczny i sportowy

kbmedica.pl

Na sąsiedzkiej granicy

Radości posiadania kawałka własnej ziemi nie da się chyba porównać z niczym, lecz urządzanie ogrodu tylko z pozoru jest łatwe.

Uwaga – tuja!

Trudno nie zauważyć pewnej niebezpiecznej mody, która jak huragan wdarła się do polskich ogrodów. W otoczeniu domów pojawia się coraz więcej żywotników, czyli popularnych tui (Thuja). Widać je w mieście i na wsi. Wypierają z polskich ogrodów tradycyjne rośliny, wdzierając w swobodny krajobraz twardym rytmem stojących rzędami „żołnierzy”.

Szybko rosnące tuje kuszą łatwym utworzeniem zimozielonej zapory na sąsiedzkiej granicy. I łudzą „bezobsługową” obecnością. Wielu z nas uległo tej pokusie i po latach żałuje swojej nieopatrznej decyzji. Śliczne zielone maleństwa pozostawione samym sobie (nie strzyżone) po kilkunastu sezonach, przeobrażają się bowiem w „szafy” wielometrowej wysokości i szerokości, sypiąc suchymi „igiełkami” i zabierając światło latem i zimą, co w niewielkim ogrodzie bywa katastrofą. Niestety, zacieniają również posesje sąsiadów, którzy jak łatwo się domyślić, nie są z tego powodu szczęśliwi…

Z niepokojem patrzymy więc na swoje coraz wyższe „iglaki”. Problem rozmiarów i zacienienia dotyczy także innych iglastych, np. miłych bożenarodzeniowych świerczków, sadzonych pod oknami, które z czasem zabierają światło w mieszkaniu. W małym ogródku, gdzie przecież chętnie grillujemy, dodajmy do tego niebezpieczeństwo zaprószenia ognia (!) Olejki eteryczne roślin iglastych są łatwopalne, co można łatwo sprawdzić, wrzucając do kominka gałązkę tui czy jałowca.

Żywotnik (tuja), jak sama nazwa wskazuje, jest rośliną energiczną i mało wymagającą, lecz z drugiej strony stanowi groźną konkurencję dla kwitnących, potrzebujących więcej światła roślin, które chcielibyśmy jednak u siebie oglądać.

Co zatem robić? Najważniejsza zasada to strzyżenie. Żywopłot z tui należy formować „od małego”. Tylko gęsto posadzone i systematycznie cięte tuje, utworzą piękną, zieloną ścianę konkretnej wysokości np. 2 – 3 metrowej i nie staną się kością sąsiedzkiej niezgody.

Co zamiast tui?

Kto marzy o zimozielonej przegrodzie może wybrać wolno rosnące cisy czy bukszpany. Rośliny te również wymagają korekty sekatorem, lecz nie tak intensywnej jak żywotniki.

Polskie szkółki i centra ogrodnicze oferują moc pięknych, kwitnących krzewów, które radują serca i oczy kolorami kwiatów i liści, podkreślając zmienność pór roku. Wiele z nich znakomicie nadaje się na cięte lub swobodne żywopłoty różnej wysokości. Obecność w ogrodzie roślin liściastych, wnoszących niezbędną dla naszego samopoczucia zmienność i kolor, to naturalne lekarstwo na depresję. Ważne jest i to, że gęstwiny krzewów są ostoją dla ptaków – jak wiadomo, pomocników ogrodnika.

Kolorowe, liściaste żywopłoty wysokości ok 1-1,5m można budować z różnych odmian berberysów, tawuł japońskich czy pięciorników krzewiastych. Wyższe, malownicze przegrody stworzą pęcherznice kalinolistne (Physocarpus opulifolius), derenie, porzeczki alpejskie, niezastąpione irgi lśniące (Cotoneaster lucida) lub ligustry, które przycinane pięknie się zagęszczają. Z ligustrów można wystrzygać nawet fantazyjne formy. Piękna klasyka, to strzyżone żywopłoty z grabu czy buka.

Tym co nie mają czasu i ochoty na przycinanie krzewów można poradzić, by posadzili na granicy swobodne kompozycje z kwitnących, liściastych krzewów, takich jak tawuły (wcześnie kwitnąca tawuła szara i majowa ‘Van Houtte’a’), pigwowce, karagany czy obsypujące się złotymi kwiatami przed rozwojem liści forsycje. Kto ma więcej terenu, niech nie żałuje miejsca na kolorowy parawan z wysokich liściastych krzewów. Piękny wysoki (ok. 3 m) żywopłot, którego nie trzeba ciąć, można stworzyć ze wspaniałej świdośliwy (Amelanchier), jaśminowców czy tradycyjnych bzów lilaków. Warto też odnowić znajomość z ałyczą, dziką różą, tarniną czy głogiem – te cierniste gatunki, to idealna straż na granicach działek rekreacyjnych. Po latach tworzą tam efektowną, ciernistą zaporę, kwitnącą od początków kwietnia do czerwca.

Gdy miejsca mało

Idealną przegrodą między ogródkami będą pnącza. Nie tylko znane dzikie wino czy bluszcz (Hedera), ale np. efektowny winobluszcz japoński, kokornak, czy silnie rosnące, drobnokwiatowe powojniki np. tangucki „Bill MacKenzie”, czy zimozielona, wspinająca się nawet do 2 metrów trzmielina pnąca (Euonymus fortunei). Wystarczy nieco solidniejsza podpora, by pokazały co umieją. Tam, gdzie sporo słońca, a miejsca niewiele, można zamiast żywopłotu na granicy działki posadzić pasmo mocnych ozdobnych traw (to jeden z modnych ostatnio trendów) urozmaicając je dodatkiem kwitnących późnym latem wysokich bylin np. słoneczniczków, czy zawilców japońskich. Miskanty utworzą przegrodę wysoką na ok 1-1,5m.

Liściaste żywopłoty są długowieczne, tworzone w większości z roślin niewymagających nadmiernej pielęgnacji i nie grożą im też grzybowe choroby niszczące ostatnio żywotniki. Gatunki liściaste warto stosować w miastach, gdyż zmieniając co roku liście mniej cierpią z powodu spalin i zanieczyszczeń komunikacyjnych.

Ciekawym wynalazkiem, który jest już dostępny na ogrodniczym rynku, są gotowe, tzw. ekspresowe żywopłoty, produkowane z różnych gatunków roślin, np. grabu, buka, karagany itp. które są już formowane, np. półtorametrowej wysokości. Nabywa się je w kilkumetrowych odcinkach. Sadzone są w kartonowych skrzyniach, które wystarczy tylko wkopać w ziemię i podlewać (!)

Na koniec uwaga. Nie należy na sąsiedzkiej granicy sadzić krzewów zbyt blisko płotu i zawsze trzeba trzymać sekator w pogotowiu.

Małgorzata Łączyńska

architektka krajobrazu

Uwaga – zmiana organizacji ruchu!

W dniu 24.10.2018 r. około godz. 10:00  zostanie wprowadzona czasowa organizacja ruchu w obszarze od ul. Puławskiej do ul. Julianowskiej, przemieszczająca ruch kołowy w tej drodze na jej południowy pas informuje wykonawca budowy DW721 ul. Okulickiego – firma Skanska S.A.

W dniach 27-29.10.2018 r. zostanie dodatkowo zamknięty północny wlot ul. Julianowskiej na skrzyżowanie z ul. Okulickiego. W tych trzech dniach spowoduje to zmiany w układzie tras linii 739 (zakończy swoją trasę na pętli przy szkole w Julianowie) oraz L39 (pojedzie objazdem ul. Puławską do ul. Geodetów i dalej do ul. Julianowskiej).

Białoruś nadciąga

Generalnie Wyborowa jest lepsza od wyborów, ale… No właśnie. Jak trzeba, to się musi. Czyli iść.

Józefosław, Zalesie, Mysiadło, Iwiczna i pobliskie Piaseczno są miłymi miejscami do mieszkania i choć trochę rozkopane, jednak dobrze się tu żyje. Taka mini Europa. A propo’s rozkopania: wiadomo, by było lepiej, musi być gorzej. No, więc w całym kraju gorzej, a u nas jakby lepiej.

Jak zrobimy sobie gorzej, to na lepiej poczekamy długo.

Takie mam bowiem wrażenie, że nadciąga Białoruś. Na Białorusi dyrektor PGR-u się już od ponad 20 lat lat realizuje w roli prezydenta. Od roku 1994 mianowicie. Niezły wynik.

Chata z kraja – jest głównym hasłem Aleksandra Ryhorawicza Łukaszenki i ta sama kwestia jest ostatnio z uporem powtarzana przez polityków PIS i ich akolitów. Niczym jakaś mantra. „Nie wtrącajcie, decydujemy o sobie. Niezłomni i Niepodlegli”. Zupełnie jak Aleksander Rychorawicz Ł.

Wczoraj, czyli 17 września, pamiętna data, Białoruś straciła pomoc finansową MFW. Czyli koniec kroplówki. Zaczęli od nich. Oczywiście – za łamanie praw obywatelskich. Z Rosją Białoruś też się czas jakiś temu skłóciła, oczywiście poszło o finanse i gaz, zatem Białorusini zostali sami. Z gospodarką w ruinie.

Kiedy byłam w Grodnie parę lat temu, wzruszyłam się niezmiernie. W tzw. mięsnym. Ta nasza młodość, te wspomnienia! Na ladzie tylko żółta słonina. Jakże się nie wzruszyć.

Ludzie za to życzliwi, ugościli nas czym tam mieli, mówiąc ze ślicznym akcentem: u nas wszystkiego jest. Rzeczywiście, szyjki z kurczaków i kawałki ogonów rybich grubo panierowane. Do tego kukurydza i papryka.  Bimbru przedniego do woli, każdy we wsi ma swoją ziemiankę w lesie i pędzi. Grzyby.

Czy wokół Józefosławia znajdziemy jakieś lasy?

Obdarowali nas tym, co mieli najlepszego, czyli bimbrem i okazało się, że być może i życie nam uratowali, bowiem struliśmy się w jedynej restauracji w Lidzie – rosół z łapek z kurczaka z ósemką jajka. Potem zielone parówki z kartoflanym puree z paczki. Tylko te dwa dania w menu. Serio. Zamówiliśmy, co było nam robić, jeść trzeba. Gdyby nie ten bimber… oszczędzę detali.

Zatem mamy tuż obok, za granicą wschodnią dwa państwa totalitarne, oba zamknięte na zewnątrz, rządzące się swoimi, wilczymi, prawami. Żadna konstytucja, żadne sądy. Tylko Łukaszenka i Putin. Ktoś wie, jak się nazywa premier w Rosji? Albo Białorusi?

No, dobrze, w Rosji już któryś raz premieruje zamiennie z Putinem niejaki Miedwiediew. No i co ten ich Misiu robi? Ano nic. Dekoruje. Rośnie, rzecz jasna, w siłę i zamożność. Jeśli urośnie za duży albo podskoczy dostanie po łapkach. Wiadomo.

Białorusi odebrano kasę, Rosji się skończyły surowce. Tak sobie pomyślałam, że skoro za łamanie praw człowieka i niszczenie demokracji MFW zabrał kasę, to zaraz skończy się Łukaszenka. Ale jak wiadomo zgniłe reżimy potrafią trwać i trwać. A obywatele już nie są obywatelami wszak, bo demokracji nie ma, są poddanymi. Jest to wizja katastroficzna. Ale ku temu idziemy. Oczywiście nie dojdziemy, bo my nie tacy. Ale zdarzają się wypadki przy pracy. PiS jest takim wypadkiem. Nie wspominając o Kukiz ‘15 czy mocnym na naszym terenie ONR.  Pamiętam, że w 2005 głosowałam na Lecha Kaczyńskiego. Tak, przyznaję się. Bijcie. Ale uważałam, że dobrze robi w polityce jak są dwie nogi różne. Lech na prezydenta, Donald na premiera. Pierwsza naiwna.

Ale Kaczyńscy wzięli wszystko. No i się po raz pierwszy rozjechało. Człek chciał dobrze, a wyszło jak zawsze. Dwa lata rządów PiS, tym z nas, co żyli za PRL, dało jasny obraz, co czeka Polskę, gdy znów się dorwą do władzy. Mamy wszyscy alergię, więc szybko zaczęliśmy reagować.

Teraz słyszę, że obywatele, dziwnym trafem deklarujący się jako apolityczni, będą głosować na ludzi, a nie na partie. I to jest idea słuszna, jak mawia Tym. Tylko nie w tych wyborach. Tu gra idzie o wszystko. Więc skoro nie jest nam źle, z kranów nam leci ciepła woda, robią nam drogi i kwietniki, na rynku kawa, sushi i imprezy.  zagłosujmy na tych, którzy nam te kwietniki, koncerty, szkoły i przedszkola, nie zapominając o sushi rzecz jasna, fundują. Z naszych podatków i funduszy unijnych fundują, a przecież mogliby szwagra zatrudnić, czy sobie zasponsorować jaką podróż studyjną do Australii, by kupić fregatę na Jeziorkę. Bo jeśli zagłosujemy na ludzi, to ci ludzie mogą nagle się okazać większością w radach i sejmikach. I będzie tak, jak wszędzie.

A później, tak jak obok. Na Białorusi może. Czemu nie. Ostatnio wszystko stało się możliwe. Kasa się zaraz skończy. Na szwagra może wystarczy, ale dla nas – poddanych, już nie.

Skoro zaś aktualna władza piaseczyńska ma słuszną linię i pomysły (na oko) w porządku i jeszcze obywateli słucha (czasem, nawet dość często), to pozwólmy im porządzić. Eksperymentować (i to jak!) będziemy w lepszych i bezpieczniejszych czasach.

Rewolucja musi trochę poczekać. Ale przyjdzie. Na razie krzyknijmy rewolucyjnie – no pasaran! Nie ma zmiłuj. Jak trzeba, to się musi. Idźmy na wybory. Tylko tyle i aż tyle.

No pasaran! A potem się zobaczy.

Manula Kalicka

Mural

Pośród kulturowych sporów jednym z najbardziej ognistych jest ten, w którym ścierają się zwolennicy i przeciwnicy sztuki wysokiej, elitarnej i wysublimowanej. Można bowiem założyć, że większość dzieł sztuki, które powstały w Europie od czasów Średniowiecza powstały na zamówienie lub służyły światopoglądom ludzi możnych, władców świeckich i kościelnych, arystokracji i potem burżuazji, których stać było na opłacanie artystów i otaczanie się dziełami ich talentu i rzemiosła. Na drugiej stronie szali próbowała przetrwać sztuka ludowa, częsta pozbawiona innej tradycji niż mówiona lub śpiewana, ulotna i nietrwała również w tym, co fizycznie pozostawiała po sobie. Do dziś kojarzy się nam z malunkami na drewnie, struganymi w lipie świątkami, żałobnymi pieśniami na pogrzebach czy łowickim wzorem. Brat mojego dziadka, Zygmunt Pustkowski był takim artystą. Mam w domu dwie jego rzeźby, które niejedno już przeszły, trzecia zaginęła. Po rodzinie rozsiane są inne jego dzieła.

Termin „sztuka ludowa” w stosunku do tego, co się dzieje na dzisiejszych ulicach brzmi anachronicznie. Nawet uznani artyści ludowi uprawiają dziedzinę związaną z przeszłością i historią, chronią tradycję i próbują ocalić przekaz przodków. Kultywują rzemiosło. Gdzie więc szukać współczesnej sztuki ludowej? Tego bezpośredniego środka wyrazu prostego człowieka. Czy może nawet powiedzmy jeszcze dosadniej – człowieka biednego. Najprościej chyba na ulicy. Oczywiście i kiedyś, i teraz zdarzały się i zdarzają oszałamiające awanse z gminu do elit. Rzadziej jednak dotyczą prawdziwej sztuki, częściej wiążą się ze spektakularnymi pomysłami na zdobycie milionów „lajków” i wyświetleń. Prawdziwi artyści uliczni chronią swoją suwerenność i niezależność. Niektórzy z nich równie mocno walczą w obronie niezależności sztuki. Ostatni akcja Banksy-ego (który gdyby tylko zechciał byłby miliarderem) pokazuje, że można i trzeba możnym marszandom i zblazowanym kolekcjonerom od czasu do czasu pokazać przysłowiową „figę”. Niezorientowanym przypomnę, że na jedną z londyńskich aukcji trafiła grafika Banksy-ego, pięknie oprawiona i słynna choć niewielka. Po zlicytowaniu jej za ponad 1 milion funtów coś zabrzęczało i rama obrazu okazała się być sprytnie skonstruowaną niszczarką na dokumenty, a konkretnie na jeden dokument. Grafika za milion została pocięta na paski. Tym samym Banksy powiedział całemu światu, że sztuka nie może być przedmiotem handlu. Nie można jej sobie kupić na własność, bo przestaje wtedy należeć do nas wszystkich.

Istnieje też druga strona ulicznego malarstwa, czyli zaangażowanie lokalnej społeczności i budzenie wrażliwości na wspólną przestrzeń. Stowarzyszenie Pomysł na Józefosław najpierw zorganizowało malowanie pasów przy rondzie na skrzyżowaniu ulic Cyraneczki i Wilanowskiej, a teraz powstał mural przy Ogrodowej. Cieszmy się tym dobrem wspólnym, które ma tę dodatkową zaletę, że także wspólnie powstawało. Po akcji malowania na murze ogłosiliśmy konkurs na najciekawsze zdjęcie muralu. Zwyciężyło zdjęcie, które widzicie poniżej. Drugą nagrodę zdobyła fotografia, którą znajdziecie na okładce najnowszego, papierowego wydania “Sąsiadów”.

Jacek Sut

fot. Dominika Rembelska, na zdjęciu Grupa Capoeira Raiz