Woda jak kamień

Kiedy po raz kolejny walczę z osadem na umywalce w mojej łazience, lejąc obficie płyn super odkamieniający zastanawiam się nad moim zdrowiem. Czy taka woda mi naprawdę nie szkodzi? Czy powinnam zainwestować w kolumnę filtracyjną i wziąć sprawę wody w swoje ręce?

Nasza piaseczyńska woda jest bardzo twarda. Zapewne spełnia normy twardości wody, która powinna wynosić 60–500 mg CaCO3/dm³, ale jak widać rozpiętość normy jest bardzo duża. Woda zawierająca duże ilości wodorowęglanu wapnia, czyli CaCO3, jest zdrowa do picia, a jeśli jeszcze zawiera magnez to już naprawdę super. Można ją spokojnie zabutelkować i sprzedawać po złotówkę za litr. Taka woda chroni przed utratą minerałów. Gorzej jeśli ją ugotujemy, wtedy nietrwałe termicznie wodorowęglany przekształcają się do nierozpuszczalnych w wodzie węglanów i mamy kamień w czajniku. Jeśli w twardej wodzie ugotujemy warzywa, mamy szansę na mniejszą ucieczkę minerałów z warzyw do wody, więc korzyść będzie, ale jeśli ugotujemy warzywa na parze to i tak będZrzut ekranu 2017-02-21 o 19.01.58zie dużo lepiej, nawet gdy użyjemy miększej wody.

Jeszcze gorzej wygląda sprawa mycia w twardej kranówce. Jej twardość znacznie zwiększa zapotrzebowanie na środki myjące. Wszystko pieni się słabiej, więc lejemy szamponu i żelu pod prysznic dużo więcej. Nawet najdelikatniejsze środki w kontakcie z twardą wodą wytworzą na skórze osad, który zatka pory. Trudno go spłukać, więc zużycie wody rośnie. Skóra pod wpływem twardej wody i nadmiaru środków myjących przesusza się, zwiększa się skłonność do podrażnień i alergii. Fryzura się nie układa, bo włosy są szorstkie i łamliwe, a przesuszona skóra głowy to zwiększone ryzyko wypadania włosów.

Proszku do prania, płynu do płukania, soli do zmywarki, płynu do naczyń zużywamy dużo więcej niż mieszkańcy, którzy mają dostęp do miękkiej kranówki. A więc, poza szkodami zdrowotnymi, mamy jeszcze uszczerbek finansowy, bo i sprzęty mające kontakt z twardą wodą zużywają się szybciej.

Dodatkowo ilość chemii używanej w domach i trafiającej do ścieków też jest ogromna. Świetnie, że są oczyszczalnie ścieków, ale czy poprawiając jakość wody nie zaoszczędzilibyśmy wszyscy? No może z wyjątkiem dostawcy wody…

Katarzyna Bukol – Krawczyk

lekarz rodzinny, dietetyk kliniczny i sportowy

Absolwentka Śląskiej Akademii Medycznej. W 1999r uzyskała tytuł specjalisty medycyny rodzinnej. Ukończyła studia podyplomowe z dietetyki na SGGW oraz żywienia i wspomagania dietetycznego w sporcie na AWf w Warszawie. Prowadzi poradnię dietetyczną KB Medica w Piasecznie.

Znani – zapomniani

O osobach, które odeszły powinienem pisać na początku listopada, gdyż zwyczajowo to wtedy jest najwłaściwszy czas na pogłębioną refleksję. Tak się jednak nie stało, bo święto goni rocznice, a w połowie listopada bardziej aktualnym okazał się temat dworku w ruinie, „Poniatówki” – symbolu piaseczyńskiej niepodległości. W swoim felietonie sugerowałem wówczas ze smutkiem, że „nie da się” nic zrobić w dziele renowacji tego zabytkowego obiektu, bo starostwo, opacznie pojmując hasło dobrych zmian w polityce historycznej, strumień gotówki zamiast na ratowanie dobra narodowego, skierowało na remont własnej siedziby, niegdyś matecznika PZPR.

Na własną rękę

W minionym grudniu więc, tak aby zmieścić się jeszcze w roku obchodów (których nie było) setnych urodzin naszej wielkiej aktorki Lidii Wysockiej (ur. w 1916 r.), udałem się na cmentarz komunalny w Piasecznie w poszukiwaniu Jej mogiły. Z duszą na ramieniu pokonałem fatalne skrzyżowanie ulic Julianowskiej i Okulickiego (do jego przebudowy „nie da się” przystąpić, bo jest w zarządzie województwa), minąłem piętrowy garaż, gdzie parkować „nie da się”, bo jest prywatny, a że chyba za drogi dla mieszkańców, więc stoi pusty. No, ale przecież od czego jest parking miejski, położony wzdłuż nekropoli, tam też są miejsca postojowe, bardziej cenne, bo darmowe. Niestety, władze gminy tolerują cwaniactwo miejscowych zmotoryzowanych blokujących gościom rotacyjny dostęp do furt cmentarnych. Koniec końców, pokonując wszystkie przeszkody, przebiłem się do wejścia.

Poszukiwania

Pora wczesna, cmentarz świecił pustkami, tylko pies średniej wielkości z zapałem i bez kontroli znaczył swój teren strzykając na groby. Wreszcie pojawiła się miła pani z administracji, która, co prawda, na psa machnęła tylko ręką (co oznaczało „nie da się” nic zrobić), ale za to pokazała mi miejsce pochówku artystki. Przeżyłem szok. Tak zaniedbanej mogiły dawno nie widziałem. Zardzewiałe klepsydry nadziane na kołki informują, że tu spoczywa od 2006 r. jakaś Lidia Wysocka, że trzy lata później pochowano tu jakiegoś Piotra Nowakowskiego. Nędza, zapomnienie i jęki wichru pomiędzy krzakami. A kim był Piotr – zapytacie? Otóż, oprócz tego, że był synem pani Lidii i także ukończył uczelnię artystyczną, to dla Piaseczna zasłużył się niebywale tworząc teatrzyk „To i owo”. Przez 40 lat niestrudzenie zajmował się animacją kultury, plenerami malarskimi i spotkaniami poetyckimi. Znana aktorka Teatru Polskiego w Warszawie pani Ewa Domańska – niegdyś podopieczna Piotra, swego mistrza nazwała „wyjątkowym erudytą, znawcą sztuki, reżyserem i architektem sukcesu artystycznego całego pokolenia młodzieży”. A mogiła? No cóż, liści kupa ogrodzona ażurowym płotkiem, chyba tylko po to, żeby nie fruwały w porywach wiatru, a w obrębie tego płotka – prochy (powiem jednym tchem): zjawiskowej polskiej aktorki i wybitnej piosenkarki, patriotki więzionej w czasie okupacji na Pawiaku, twórczyni kabaretu „Wagabunda” (m.in. Dymsza, Kobiela, Przybora), który to zespół, podczas 11 lat swego istnienia rozprowadził ponad 2 miliony biletów wstępu. Co więc kryje klepisko przywalone stosem gnijących liści? – odpowiadam: „perły rzucone przed wieprze” (św. Mateusz).

„Nic nie da się zrobić”

Mówi w lokalnej prasie radny Zbigniew Mucha, założyciel i prezes Społecznego Komitetu Renowacji Cmentarza Parafialnego i rozkłada bezradnie ręce – No bo kto za to zapłaci? – zapytuje. A ja tak sobie pomyślałem, że troska o cmentarz parafialny i zaniedbane groby to obowiązek gospodarza, czyli proboszcza, bo to on jest beneficjentem profitów, a nie ubogiego Społecznego Komitetu. Natomiast gmina powinna być naturalnym mecenasem cmentarza komunalnego. Stawiając więc wszystko na nogi oddajmy Bogu, to co boskie, obligując jednocześnie gminę (bo to my ją finansujemy) do okazania wdzięczności ludziom, których niegdyś tłumy nosiły na rękach, a teraz spoczywają w zapomnieniu pozbawieni prawnych opiekunów.

Dosłownie 250 m od furty głównej w kierunku Konstancina – Jeziorny, na zakręcie drogi, u wylotu ul. Przesmyckiego (Miriama) znajduje się wyjątkowo wysoki wiklinowy płot. Cóż kryje posesja za nim? „Dworek klasyczny do wynajęcia” – głosi baner. W dworku tym mieszkała Lidia Wysocka z synem Piotrem (noszącym po ojcu przydomek Sawan) i jego żoną (gdy ta jeszcze darzyła go uczuciem), a w czasie okupacji, z wielomiesięczną przerwą na Auschwitz- Birkenau – także Zbigniew Sawan-Nowakowski – mąż pani Lidii i ojciec Piotra. Czy my go znamy? Tak, oczywiście, to przecież legenda polskiego kina niemego, aktor, kreator scen operowych, reżyser i dyrektor wielu teatrów w kraju, a tuż po wojnie – o tym już dziś nikt nie pamięta – współtwórca i aktor teatrzyku „Różowy balonik” w… Piasecznie. A co z tajemnicą ukrytą za sztachetami podwójnego płotu? Ludzie nie chcą mówić. Przebąkują o śmierci Piotra w niewyjaśnionych okolicznościach, o ludzkiej bezwzględności i tupecie, a napotkana sąsiadka, lawirująca między pędzącymi pojazdami (bo „nie da się” przy tej ulicy wybudować chodnika), przypomniała sobie nawet fakt istnienia jakiejś sekty, która opętała Sawana juniora tak skutecznie, że zmarł przedwcześnie, oddając cały majątek „przyjaciołom”.

Na grób niestety nie wystarczyło

I jeszcze jedna uwaga. Ignacy Gogolewski, w czasie niedawnego grudniowego spotkania z mieszkańcami w Klubie Kultury w Józefosławiu, zaproponował na zakończenie wieczoru „zanucić pieśń szczęśliwą”. Czy jednak Piotra i jego rodziców może ona dotyczyć? Chyba nie, bo pozostała po nich tylko „poezja, pamięć o dobroci i… więcej nic” (to już cytat z Norwida). A co pozostało gminie? Dążenie do zmiany przylepionego do niej negatywnego stereotypu.

Pokażmy światu, my społeczeństwo Piaseczna, w odróżnieniu od tych, którym pazerność przysłoniła resztki wstydu, że „wdzięczność jest najpiękniejszym kwiatem” (Beecher). Może jednak „da się” coś zrobić.

Jan R. Krzyżewski

Canicross – Psy szczekają z radości

Chodzi oczywiście o bieganie, ale przede wszystkim o ciągnięcie! Tu zaczyna się prawdziwa zabawa dla Ciebie i Twojego czworonoga! Cała rzecz w tym, żeby pies chciał biec z przodu i ciągnął człowieka. Wystarczą chęci, zdrowy pies, który ukończył pierwszy rok życia i odpowiedni sprzęt do biegania: szelki dla psa, pas dla człowieka oraz smycz amortyzowana i już mamy zaprzęg do canicrossu.

,,U nas wszystko zaczęło się od tego, że chciałyśmy mieć psy. I te psy zmieniły nasze życie. Dosłownie. ” – mówi Beata Milewska, trenerka i blogerka portalu biegamzpsem.pl. ,,Zawsze lubiłyśmy z siostrą sport. Ja trochę biegałam, Iwona jeździła na rowerze i pływała na basenie. No, ale coś trzeba było wybrać. Zwłaszcza kiedy jest się w pracy do 17:00 i nie wystarczy potem czasu na długi spacer z psem, basen i jeszcze wycieczkę rowerową. Iwona znalazła alternatywę w bieganiu z psem. Zaraziła mnie tym. Teraz staramy się zachęcić do tego jak najwięcej osób i cieszy nas, kiedy one próbują i wciągają się tak samo jak my!”

fot.Katarzyna Milewska

fot.Katarzyna Milewska

Trening canicrossu (czyli biegu przełajowego z psem) nie jest trudny, ale specyficzny. Wystarczy pamiętać o kilku rzeczach, a przed Tobą i Twoim psem otworzą się nowe horyzonty i uwierz: nie będziesz mógł doczekać się kolejnego biegu! Na początku należy skupić się na tym, aby pies chciał biec z przodu i ciągnął nas. Wspólne treningi z innymi psiarzami mogą w tym pomóc. Wybieraj ścieżki leśne lub polne. Pies szybko zmęczy się biegnąc po asfalcie. Nie jest to odpowiednia powierzchnia także dla jego i Twoich stawów. Koniecznie zabierz ze sobą wodę i w drogę!

„Uwaga, bo z psem biegniesz znacznie szybciej! Pies bardzo pomaga w tym sporcie i nie męczysz się aż tak bardzo, gdybyś miał osiągnąć te same prędkości sam! Bieg robi się dużo ciekawszy, nabiera zupełnie innego wymiaru! Pies jest z przodu, ale to Ty decydujesz, w którą stronę kierować się lub kiedy zwolnić albo się zatrzymać. Nie są to trudne rzeczy. Pies szybko uczy się komend, a wiele z nich wykorzystujesz tak naprawdę w codziennych spacerach, więc jest dużo prościej!” – tłumaczy Beata.

Zwykle biega się od października do kwietnia/maja. Zimą w Lesie Kabackim jesteśmy jednymi z niewielu tam osób z latarkami na głowach. Jeśli trenujemy latem, to tylko bardzo wcześnie rano lub późno wieczorem, kiedy temperatury spadają poniżej 20°C. Należy uważać, żeby nie przegrzać psa. Potrzebuje on ruchu przez cały rok, człowiek tak samo! To świetna alternatywa dla tych, których nudzi zwykły spacer ze swoim czworonogiem i chcieliby zrobić coś więcej dla siebie i przy okazji wybiegać psa. Na początku pokonuje się krótkie dystanse: 2-3 km i robi się częste przerwy, co kilkaset metrów. Z czasem wydłuża się odległość do 5-10 km.”

Biegać można z psem różnej wielkości. Na zawodach spotyka się eurodogi (to specjalna mieszanka wyżła, charta i pointera wyhodowana na potrzeby psich zaprzęgów), wyżły, husky, po fantastyczne kundelki

fot.Katarzyna Milewska

fot.Katarzyna Milewska

oraz psy ze schronisk, które tak samo kochają ruch i go potrzebują. Nie musisz trenować canicrossu zawodowo. Wyścigi, w których zwykle bierzemy udział, ściągają przede wszystkim amatorów, ludzi, którzy sami lubią biegać i dla których pies jest częścią ich życia. Bo to jest bardzo proste! A przecież wyjść z psem w ciągu dnia i tak musisz. Można zrobić coś więcej.

,,Las Kabacki jest idealny do wszelkich aktywności.” – podsumowuje Beata Milewska. ,,Zmieniamy trasy, żeby nie biegać na pamięć i żeby pies nie przyzwyczajał się do drogi (przecież ma nas słuchać, a nie skręcać za tym drzewem, co zawsze). Kiedy startujemy słychać nas w całej okolicy, bo nasze psy szczekają z uciechy i nie mogą się doczekać startu. Gdy słyszą odliczanie 3, 2, 1, to ciężko czasem opanować im to szczęście. I udziela się ta wesołość absolutnie wszystkim! Bo o to chodzi: bieg ma sprawiać radość Tobie i Twojemu psu! Bez tego ani rusz.”

Z Beatą Milewską rozmawiał Piotr Malarski.

Dzień kota!

Świętowanie wymyślono ze względów w zasadzie zdrowotnych. Nakaz zaprzestania pracy przynajmniej na jeden dzień w tygodniu musiał znaleźć się między przykazaniami religijnymi, bo inaczej nikt by go zwyczajnie nie przestrzegał. Dziś mierzymy się z wyzwaniami logistycznymi, których przydają nam kolejne „długie weekendy”. Organizujemy wczasy, urlopy i wypady, co w sumie znajduję, jako pozytywną stronę wrodzonego pociągu do lenistwa. W związku z powyższym poddałbym pod rozwagę uczynienia dniami wolnymi od pracy niżej wymienionych, niezwykle ważnych i doniosłych świąt.

9 stycznia przypada na Dzień Sprzątania Biurka, który – jeśli by go potraktować poważnie – tylko w moim wypadku zamieniłby się z miejsca w tydzień. Tym bardziej, że chętnie połączyłbym go z przypadającym dwa dni później Dniem Wegetarian. Chociaż sam nie stronię od mięsa, to kibicować jestem gotów. Podoba mi się również Dzień Wszystkich Fajnych, pokrywający się z rocznicą wyzwolenia Warszawy, czyli 17 stycznia. Drugiego lutego zakładajmy wodery i świętujmy Światowy Dzień Mokradeł, żeby niedługo, bo cztery dni, póżniej przy przyjaznym dymku, uczcić przypadający 6 lutego Dzień Boba Marleya. Przeciwnikom konopi dedykuję 11 lutego, czyli Dzień Niepłakania nad Rozlanym Mlekiem. Prezesowi znanej partii długi weekend szykuje się między 15 a 17 lutego, bowiem są to odpowiednio Dzień Singla (15.02) i Dzień Kota (17.02). 20.02 możemy świętować Międzynarodowy Dzień Palących Fajkę. Mam nadzieję, że wyłącznie Fajkę Pokoju, czego sobie i Wam życzę.

Jeśli macie wiedzę na temat różnorakich świąt, o których nie wspomniałem, piszcie na adres redakcji.

J.S.

Złoto, rurki i koronki

To miał być spokojny wieczór. Po całym dniu stania w sakramenckim mrozie wracałem moją leciwą, koreańską limuzyną, marząc o grzańcu, szlafroku i odcinku „Poirot” nagranym na dekoderze dzień wcześniej. Mróz był na tyle dotkliwy, że nawet kultowy gadżet z jabłkiem odmówił wykonywania i – co się poźniej okazało – odbierania połączeń. Kiedy zgrabiałymi palcami udało mi się go zresetować zalała mnie fala zaległych SMS-ów od małżonki. Oddzwaniam więc ryzykując poślizg na drodze pod Prażmowem.

– No co się z tobą dzieje?

Udzieliłem zwięzłej, soczystej i okraszonej kilkoma dosadnymi określeniami odpowiedzi, powołując się na warunki atmosferyczne potocznie uznawane za co najmniej uciążliwe.

– Aaa, ok. Pamiętasz, że dzisiaj idziemy na pokaz mody?

O żesz fak! Cholera jasna, Dżizas!

– Eeeeee…

– Pójdźmy. Dawno nigdzie nie wychodziliśmy.

– No wiesz… a o której? – pytam z nadzieją, że zgłoszę awarię auta, przesiedzę trochę na kawie gdzieś przy drodze i sprawa się przedawni.

– Spokojnie, za niecałe dwie godziny – odpowiedziała słodko, a ja ze złością uświadomiłem sobie, że kubeczek gorącego grzańca wypije ktoś inny – Przecież mówiłeś, że pójdziemy.

Fakt. Ale to było kiedy w eleganckim humorze i wytartym szlafroku leżałem przed kominkiem dwa dni temu! Spojrzałem na wskaźnik temperatury silnika, który po kilkunastu kilometrach pokazuje dopiero połowę wymaganej temperatury. No nic. Zgadzam się, co mi do reszty odbiera radość z samotnej jazdy nocą.

W domu jest czas na przekąskę, przebiórkę w coś, co można by nazwać swobodnym, wieczornym outfitem (w moim wypadku to sweter i inne spodnie niż dżinsy). Jedziemy.

– Wiesz, gdzie to jest? – pytam.

W odpowiedzi pada nazwa baru. Ok. Znalazłem miejsce parkingowe koło Teatru Narodowego. Wychodzimy, mróz okłada jak drutem kolczastym, drepczemy do miejsca, gdzie niby jest to miejsce, ale tam jest zgoła inne miejsce. Gugluję nazwę i dowiaduje się, że poszukiwane lokum jest daleko gdzie indziej, na Bulwarach Wiślanych. Po ostrej wymianie zdań, choć krótkiej, bo język przymarza do zębów, małżonka sprawdza raz jeszcze w swoim smartfonie. Och, drobiazg, tylko połowa nazwy błędna. Drepczemy dalej i po zbędnym okrążeniu całego budynku Teatru Wielkiego trafiamy pod właściwy adres. Na bramce mieliśmy się powołać na znajomego, lecz nikt nas o to nie pyta. Wszyscy grzecznie wskazują kierunek, rozdają opaski upoważniające do odebrania drinków i kierują na dół po schodach. Przyznam, że wtedy zapaliła mi się pierwsza lampka. Przez wiele lat, z racji wykonywanej pracy, bywałem na kilku pokazach tygodniowo i wiem, że te za zupełną darmochę kończyły się kacem nie tylko fizycznym. Wchodzimy jednak. Zdaję tajemniczemu szatniarzowi oba okrycia i dostaję dwa numerki. Nie przekonuje go informacja, że jesteśmy razem. „Mamy taki zwyczaj” mówi niemal szeptem. Rozglądam się czy tylko ja nie rozumiem przekazu. Zaraz zresztą tego pożałowałem, bo obok mnie pozbywały się płaszczyków dwie dziewoje odkrywając stuprocentowo wieczorowe toalety i zmieniając botki na szpilki. Mój sweterek skazywał mnie na pytania typu: „Kiedy będzie koncert?”, bo stylistycznie plasował mnie wśród ludzi obsługujących scenę. „Dzięki Bogu nosze brodę” pomyślałem i na dalsze pokoje udałem się nieco rozkołysanym krokiem udając marynarza.

Trzeba dodać, że dopiero w sali dowiedziałem się, że jest to coroczna impreza szacownego (ponoć) czasopisma poświęconego modzie. To niosło ulgę, bo uznałem, że skoro przypominam hipstera na rencie, to mogę mieć wszystko w nosie, bo wezmą mnie najwyżej za dziennikarza. Pomyślałem przewrotnie, że brakuje mi szpanerskiego zegarka na nadgarstku, bo mógłbym udawać Steva Jobsa w Palo Alto. Scenariusz ten został szybko przekreślony konferansjerskim powitaniem ze sceny. Młodej kopii Orlando Blooma zajęło ono niemal 10 minut. Musiał wywiązać się z obowiązku podziękowania organizatorom i sponsorom i wyglądało na to, że wcześniej cały dzień przymierzał rurki, przez co zabrakło mu czasu na spisanie scenariusza na jednej kartce i w ostatniej chwili wydrukował sobie wszystkie maile, które spłynęły mu na skrzynkę w ciągu tygodnia. Stał tedy z podkładką, do której przypiął wiele stron i co rusz między nimi migrował. Następne jego wejścia miały pokazać kompletne uzależnienie od słowa drukowanego, co kazało mu nawet „Dziękuję bardzo!” czytać z kartki. Aż wreszcie skradł cały show, ale o tym później.

Mini Orlando mini Bloom wreszcie skończył dukać z kartki stosy podziękowań i PR-owskich formułek w stylu: „Tylko w salonie Iksiński kobieta może poczuć prawdziwą wolność, nieskrępowaną kreację i porywające piękno, dzięki czemu jej prawdziwa natura objawi całemu światu swoją siłę i znaczenie” – rozejrzał się, zanotował, że widownia wybrała bar i zapowiedział pierwszy pokaz.

Forresterowie w natarciu

Nie znam się na modzie. W zasadzie jej nawet nie lubię. Zupełnie nie rozumiem, jak można ulubiony sweter (a co!) zamienić na nowszy model tylko dlatego, że się nieco zmechacił. Potrafię lubić swoje ciuchy, podobnie jak książki czy długopis. Używam ich najdłużej jak można, bo czuję z nimi więź, co w praktyce oznacza, że są potem potajemnie wyrzucane przez małżonkę. Termin „moda”, sezony modowe i opresja trendów obchodzą mnie zgoła niewiele. Nie spodziewałem się w związku z tym specjalnych przeżyć, jednak życie jest – jak wiadomo – najlepszym scenarzystą.

Po minutowej laudacji (czytanej z trzeciej lub czwartej kartki pod spodem) na parkiet wkroczyła krokiem oszołomionej żyrafy pierwsza modelka. Na sobie miała coś, co przeniosło mnie ze dwie dekady wstecz, kiedy świat oglądał „Modę na Sukces” i „Dynastię”. Natychmiast się więc uspokoiłem, bo – jak wiadomo – „Dynastia” wraca, więc pewno projektantka wyczuła zapotrzebowanie, co przydaje jej kreacjom marketingowej logiki. Dodatkowo biorąc pod uwagę styl nowego prezydenta USA i jego sympatię dla Kremla ociekające złotem sukienki wybrzmiewały wręcz politycznie. Ok – myślę sobie – nowe wraca. Szczęśliwie pokaz jednej kolekcji nie trwa długo, więc oszczędzono mi przymusu kombinowania co by jeszcze mogło skłonić projektantkę do przebierania modelek w sukienki z pozłotka. Po pokazie nastąpiła dynamiczna i ozdrowieńcza interluda muzyczna i, ku mojemu niepokojowi, na scenę powróciła miniatura Orlando Blooma. Wbity w ciasną marynareczkę i rurki przewertował kilka kartek i niewiele się tylko myląc zapowiedział kolejną kolekcję. Przy okazji uprzedził ewentualną krytykę zaznaczając, że szefowa wydawnictwa, innymi słowy fundatorka dzisiejszego przyjęcia, także ubrana jest w kreację spod ręki projektantki. Nie wiem, czy mi się zdawało, ale ruch przy barze trochę przybrał na sile, jakby goście chcieli sobie co nieco przytulić na zapas, a może po prostu uzupełniali płyny po emocjach fundowanych ze sceny.

Columbo na tropie

żródło: http://columboscreenshots.blogspot.com

żródło: http://columboscreenshots.blogspot.com

Kiedy zobaczyłem pierwszą propozycję następnej kolekcji wyświetlił mi się od razu porucznik Columbo, który często miał do czynienia z bogatymi femme fatale, wdowami po bogaczach lub żonami miliarderów. Oczami duszy zobaczyłem Faye Dunaway jak w czerwonej sukni schodzi ze schodów do swoich gości, chwilę po zamordowaniu kochanka. Zauważalna różnica polegała na tym, że kreacja z pokazu składała się głównie z firanowych koronek, na co w tamtych latach nikt by sobie nie pozwolił. Co jest, do diabła, z tym oldskulem? – zacząłem główkować już na poważnie i powiodłem oczami po widowni szukając szefowej odzianej równie ażurowo i równie na czerwono. Może jest w moim wieku i sentyment ją pęta? Pozostałem z tym pytaniem do dziś.

Jako ostatni nastąpił zapowiadany przez konferansjera kąsek dla pań i panów, czyli pokaz bielizny damskiej. Swoją drogą tak często podkreślał, że to jest TAKŻE DLA PANÓW, że zacząłem się niepokoić, czy czegoś tym samym nie deklaruje. O tym pokazie niewiele mogę powiedzieć, bo raczej oglądałem modelki, co w sumie ukoiło skołatane nerwy.

Na koniec smaczek, który zadecydował, że to konferansjer stał się dla mnie bohaterem wieczoru. Już bowiem sądziłem, że należę do szczupłego grona osób, którym prezentowane kolekcje przywołują na myśl Carringtonów i Cioteczkę Jill, a tu siurpryza: konferansjer padł ofiarą doktora Freuda i zamiast poprawnie wymienić nazwę tytułu prasowego, dla którego się tak męczył na scenie podał go jako „Moda i sukces”. Chapeau bas!

W drodze powrotnej zatrzymałem auto przy bankomacie, była już północ.

– Po co ci teraz pieniądze o tej porze? – zapytała zaskoczona małżonka.

– W nocnym przestali przyjmować kartą – burknąłem.

Jacek Sut

 

Yuko Kawai gra Chopina

We wtorek 21 lutego o godz. 19:00 odbędzie się koncert fortepianowy Yuko Kawai, w sali Domu Kultury w Piasecznie, ul. Kościuszki 49, wstęp wolny.

Śmiało można uznać, że liryzm przenikający jej pełną śpiewności grę godny jest Lipattiego.” – The Art of Records, 2008
Jako pierwsza zaprezentowała światowe prawykonanie Koncertów fortepianowych e-moll i f-moll Chopina w wersji na fortepian solo według Wydania Narodowego.
Yuko Kawai urodziła się w Nagoi (Japonia). Gra na fortepianie od piątego roku życia. W trakcie studiów podyplomowych w Aichi została zauważona przez przebywającego wówczas w Japonii prof. Jana Ekiera. Rezultatem spotkania była kontynuacja studiów w Akademii Muzycznej w Warszawie pod jego kierunkiem i uzyskanie dyplomu tej uczelni w 1994 roku.

W 1995 roku Yuko Kawai zdobyła III nagrodę w Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im.Fryderyka Chopina w Mariańskich Łaźniach. W październiku tego samego roku wzięła udział w XIII Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im.F.Chopina w Warszawie. Pomimo, że nie została laureatką, zdobyła uznanie jurorów, publiczności oraz krytyków muzycznych.
Yuko Kawai prowadzi intensywną działalność koncertową; występuje w Europie i Japonii.

Często zasiada w jury międzynarodowych konkursów pianistycznych. Dokonała licznych nagrań płytowych dla wytwórni: Platz, Imagine oraz BeArTon, a jej utrwalone na płytach interpretacje muzyki Chopina są wysoko cenione.
W 2008 r. Yuko Kawai wykonała cykl recitali złożonych ze wszystkich sonat Mozarta w Nagoya praz w Anjo, a w 2009 r. odbyło się w jej udziałem japońskie prawykonanie Koncertu fortepianowego As-dur op.127 F.Kalkbrennera.

W roku 2010 odbyła tournée po Japonii (Osaka, Okazaki, Nagoya, Hamamatsu oraz Tokio) z Kwartetem Smyczkowym Filharmonii Warszawskiej, podczas którego wykonywała Koncerty fortepianowe Chopina.

Magicznie i muzycznie w bibliotece w Józefosławiu

4 lutego 2017 roku biblioteka w Józefosławiu obchodziła swoje święto – 2 urodziny. Była to okazja do świętowania razem z małymi i dorosłymi czytelnikami. Pięknie przystrojona biblioteka czekała na gości z wieloma atrakcjami. DSC_0723

Uroczystość rozpoczęliśmy przezabawnym występem Konrada Modzelewskiego, który rozbawił publiczność dowcipami, pokazem magii oraz żonglowania. Następnie były życzenia, kwiaty i prezenty od zaproszonych gości. Miłe słowa o wszechstronnych działaniach biblioteki, rozwoju i zaangażowaniu we wzrost czytelnictwa oraz życzenia kolejnych rocznic usłyszeliśmy od zastępcy burmistrza Miasta i Gminy Piaseczno pana Daniela Putkiewicza, radnych rady miejskiej w Piasecznie: pani Katarzyny Krzyszkowskiej-Sut, pani Hanny Krzyżewskiej, pana Roberta Widza oraz sołtysa Józefosławia pana Jana Dąbka. Również dyrektor biblioteki Łukasz Załęski podziękował za pracę w filii w Józefosławiu oraz gratulował pomysłów w codziennych działaniach Annie Wysockiej i Joannie DSC_0788Miter-Cenie. Pyszny urodzinowy tort był kolejnym punktem programu. Zaproszeni goście delektowali się, oczekując na koncert Michała Rudasia, wokalisty związanego z Piasecznem, wykonawcy muzyki pop, raga, etno i soul. Michał Rudaś wystąpił wraz ze swoim gitarzystą Łukaszem Chylińskim, dając ponad godzinny koncert, podczas którego usłyszeliśmy m.in. utwory z ostatniej płyty „Wieloryby i syreny”, a niespodzianką dla dzieci było spontaniczne i wspólne zaśpiewanie piosenki „Pszczółka Maja”. To był wyjątkowy dzień pełen radości. Dziękujemy, że byliście razem z nami! Szczególne podziękowania kierujemy do Centrum Kształcenia Józefosław, ul. Julianowska 69, za pomoc finansową i gadżety reklamowe.

           Sylwia Chojnacka – Tuzimek.

DSC_0655  DSC_0660

DSC_0733  DSC_0739

DSC_0756  DSC_0758

Miłe życzenia spływają do nas cały czas, osobiście i mailowo czytelnicy wyrażają swoje pozytywne opinie na temat biblioteki w Józefosławiu. A oto jedna z wiadomości od stałego czytelnika:

„Drogie Panie,
jestem szczerze zbudowany zaangażowaniem i nowymi pomysłami jakie Panie wprowadzają do naszej biblioteki. Pomysłów coraz więcej, księgozbiór coraz większy, a wszystko to realizowane z uśmiechem i miłym słowem. Oby wystarczyło Paniom energii na baaaardzo długo. Pozdrawiam serdecznie i życzę dalszych sukcesów i nowych pomysłów”. Marek Rogala

źródło: promocja@biblioteka-piaseczno.pl

 

 

Czym jest Haiku?

Chyba jestem odważna, kiedy zadaję sobie pytanie – Czym jest haiku? Mało tego, wydaje mi się, że wiem czym jest i na dodatek chcę o tym opowiedzieć innym. Muszę jednak znaleźć złoty środek, coś na kształt elementarza poetyckiego, zrozumiałego dla początkujących.

Najkrótsza forma poetycka

Niewątpliwym jest, że haiku to kwintesencja poezji. Powstała w Japonii. Japończycy w swej tradycji nie znoszą przepychu, przesady, tej ozdobności europejskiej. Ich domy są funkcjonalne na tyle, ile potrzeba – nic więcej. Przecudna architektura wnętrz nie ma żadnych niepotrzebnych ozdób. Jest miejsce do spania, inne do jedzenia, i jeszcze ogród, w którym na pozór nic nie ma, jakieś malutkie krzaczki, lampy i zagrabiony żwir. Wszystko to tchnie prostą, czystą elegancją, tak jak ich jedzenie, które przypomina małe dzieła sztuki.

I właśnie haiku jest jak sushi – zawiera minimum składników i maksimum smaku. To trzywersowy wiersz o układzie sylab pięć, siedem, pięć. Tyle formalności, ale najważniejszy jest powód, dzięki któremu powstało.

Wszystko z powodu satori

Czy zdarzyło się Wam czasem „zapatrzeć” na coś zapierającego dech? Albo zauważyć coś, czego nikt inny nie dojrzał? A to coś jest w swej prostocie tek piękne, że nie wymaga ogromu słów, aby je opisać? To „zapatrzenie się”, to właśnie japońskie satori. To opis zjawiska, obrazu, ujęty w kanon buddyjskiej filozofii Zen. Jej wyznawcy, jeśli filozofują, to tylko patrząc, słuchając i dotykając.

W haiku nie ma żadnej abstrakcji, sztuczek poetyckich, zawiłych porównań, potoku słów, nie mówiąc już o podmiocie lirycznym.

Haiku nie wymaga zatem wyobraźni, jedynie umiejętności dostrzegania uroku prawdy w otaczających nas zjawiskach.

Pod liściem brzozy

zielone złotooki

spijają rosę.

To tylko spostrzeżenie ale jak pięknie zielone i świeże.

Pnie się ku górze

pęd łodygi fasoli.

Do słońca bliżej

Tutaj spostrzeżenie łączy się z refleksją, ale oczywistą, prostą, bez poetyckich zawiłości.

Rozpaczliwy krzyk

lecącego żurawia,

bezkształtne słowo.

Tu mamy obraz, dźwięk i odczucie.

Ułamki prawdy

Wiele napisano traktatów o tej „osobliwości” poetyckiej. Wielu poetów, wśród nich Miłosz, było nim zafascynowanych. Każdy ma nieco inną teorię, a to dlatego, że haiku jest…japońskie. Powstało w XVII wieku i oddaje japoński ideał piękna, czyli nam Europejczykom z gruntu obcy. Staramy się tę „japońskość” przenieść do naszego świata, do układu sylab pięć-siedem-pięć, który to układ jest owszem japoński, ale sylaby mamy inne. Nasze europejskie haiku zawsze będzie odległe od japońskiego. Japończycy na przestrzeni wieków, stosowali różne techniki haiku, nadając im jak to w ich zwyczaju piękne nazwy.

Przytoczę kilka jedynie, jest bowiem ich zbyt wiele, aby zapamiętać. Do każdej dodam haiku, jak mi się wydaje zgodne z tą techniką:

Technika Porównania

Drzewko zimowe.

Koronkowy rysunek

na białym śniegu.

Technika Kontrastu

W zupełnej ciszy

trzepot motylich skrzydeł

rozkrusza skałę

Technika Nieprawdopodobnego Świata

Bardzo powoli

tusz spływa z pędzelka

czarny znak patrzy

­Technika Żartu

Ku nodze zerka

z brzęczeniem natrętnym

komar złowrogi

opracowanie – Marta Precht

Siła uśmiechu

Moja nauczycielka tajskiego mówi “odmawiaj z uśmiechem”. W tym stwierdzeniu mieści się filozofia tego języka, komunikacji, relacji i nieporozumień.

Uśmiech w Tajlandii jest wszechobecny. Towarzyszy sporom drogowym, pracy, przywitaniu i pożegnaniu. Podobno policzono, że istnieje 2000 rodzajów tajskiego uśmiechu. Żeby go przyjąć, zaakceptować i zrozumieć potrzeba odrobiny pokory. I tak na przykład wchodząc do sklepu w Tajlandii próbujemy dowiedzieć się gdzie stoi mleko. Nasza pierwsza próba po tajsku wywołuje chichot ekspedientek. Zgrabnie przechodzimy na angielski, żeby się dalej nie ośmieszać. Wśród ekspedientek zapada chwila ciszy, długa wymiana melodyjnych zdań po tajsku, a następnie salwa śmiechu. Przechodzimy więc na uniwersalny, tak nam się wydaje, język gestów i powtarzamy słowo Milk na wszystkie sposoby próbując nawet akcentować je po tajsku, żeby było lepiej zrozumiane. Śmiechom nie ma końca. Teraz my już też padamy ze śmiechu, aż w końcu ekspedientka doprowadza nas licznymi zakamarkami do ukrytej w kącie lodówki i z tryumfem wykrzykuje „NM!”. I wszyscy z postronnymi klientami włącznie wybuchają śmiechem.

Uśmiech jest kluczem

Uśmiecha się pani na skuterze, która o mały włos potrąciłaby nas na pasach, bo wjechała pod prąd zza węgła. Uśmiechają się ogrodnicy i budowniczowie drogi. Czasami jest to uśmiech zmartwienia, czasem odmowy, zażenowania lub klęski. Jest jednak niezbędny w ludzkich relacjach jako część tamtejszego języka.

Bardzo trudno jest zrozumieć zaprzeczenie, któremu towarzyszy uśmiech. Można by to porównać z negacją przy jednoczesnym kiwaniu głową góra-dół. Stąd zdarzające się komiczne pomyłki.

Nie mamy tego dania, mówi kelner z uśmiechem zażenowania, który my odbieramy za potwierdzenie. Czekamy pół godziny przy stoliku, nic się nie dzieje, kelner nie chce nas pośpieszać, ani martwić brakiem kurczaka, więc się cały czas uśmiecha. Dla przeciętnego Europejczyka, dla którego uśmiech jest luksusem dawkowanym w małych ilościach, jest oczywiste, że kelner przyjął zamówienie. Zanim sytuacja się wyjaśni, mijają długie minuty, Europejczyk więdnie głodny, a kelner w końcu wysyła po sąsiada, który wpadnie i z uśmiechem stwierdzi: “No have”.

To nie Polska

Problemu z akceptacją tajskiego uśmiechu można dopatrywać się w naszej kulturze. Te salwy śmiechu na stoiskach z warzywami, na nasze nędzne próby wyśpiewania tajskiej melodii w nazwach sałaty i bakłażana to nic innego tylko wielka sympatia jaką nas darzą ci niezwykle serdecznie gospodarze. Żeby wierzyć w to, że nie jesteśmy obśmiewani trzeba się otworzyć, zrozumieć, że jesteśmy w innym kraju i innych okolicznościach i teraz to oni dyktują warunki. Jak już to pojmiemy, to nie pozostaje nam nic innego jak tylko uśmiechać się od ucha do ucha i brnąć przez codzienność, która z tajemnych powodów przestaje być szara.

A.B.

Postscriptum

Pracownik myjni za sprawdzenie ciśnienia w kołach i dolanie płynu do spryskiwaczy nie chce przyjąć żadnych pieniędzy. Prosi koleżankę, żeby przetłumaczyła krótkie zdanie: “Smile is enough”.

Nasza autorka od niedawna mieszka w Tajlandii gdzie zajmuje się zgłębianiem tamtejszej kultury i historii. Swoimi codziennymi obserwacjami będzie się dzielić na łamach Sąsiadów. 

1. URODZINY LAJKERSÓW już w sobotę w Józefosławiu

Już w najbliższą sobotę w hali Zespołu Szkół Publicznych w Józefosławiu odbędzie się uroczyste zakończenie semestru zimowego w Akademii Lajkers. Nie będzie to jednak zwykłe wydarzenie – oprócz zwyczajowego rozdania pamiątkowych medali maluchy wraz z bliskimi świętować będą 1 urodziny Lajkersów oraz wraz z wszystkimi przybyłymi kibicować swoim rodzicom w wyjątkowym spotkaniu – LAJKERS OLD STARS GAME. Tę imprezę poprowadzi sam Wojtek Michałowicz – najbardziej znany komentator koszykówki w Polsce, jednocześnie mieszkaniec Józefosławia, który tydzień później będzie relacjonował NBA ALL STAR GAME, prosto z Nowego Orleanu.

Ale to nie wszystko co sprawia, że w sobotę warto odwiedzić salę szkoły przy Kameralnej 11. Organizatorzy przygotowali wiele atrakcji wśród których znajdą się: otwarta strefa aktywności dla dzieci (czynna od 11:30), kiermasz ciast i kwesta na rzecz Magdy Felczyńskiej – byłej koszykarki, która zmaga się z ciężkim nowotworem. Wśród fantów min. piłka z podpisem Roberta Lewandowskiego. Chyba nikogo nie trzeba szczególnie namawiać.

lejkersi01

Jeśli planujecie odwiedzić imprezę urodzinową Lajkersów, pamiętajcie o wygodnym stroju i obuwiu na zmianę. Zakończenie rozpoczyna się o godzinie 11:00,  LAJKERS OLD STARS GAME o 12:00 w Zespole Szkół Publicznych w Józefosławiu.

Więcej o projekcie:

Akademia Lajkers to zajęcia ogólnorozwojowe z elementami koszykówki dla dzieci już od 18 miesiąca życia. Specjalnie przygotowane programy treningowe i dostosowany do możliwości najmłodszych sprzęt sprawiają, że każdy trening to niezapomniana przygoda. Mali sportowcy poznają wybrane elementy gry w koszykówkę, ale podania, chwyty czy rzuty do kosza nie są jedynymi zadaniami małych Słoneczek (18-30 miesięcy), Szerszeni (2,5 roku-4 lata), Pelikanów (5-6) i Byków (7-8)*. Podczas zajęć dzieci uczą się także podstawowych elementów gimnastycznych, rozwijają skoczność, koordynację wzrokowo-ruchową i zwinność.

Zajęcia w Akademii Lajkers to także lekcja pracy w zespole i szacunku dla zasad fair play. Pierwsze sportowe kroki stawiane pod czujnym okiem doświadczonych trenerów, w asyście rodzica lub opiekuna (dzieci do 4 roku życia ćwiczą z rodzicem) stwarzają dziecku komfortowe warunki do wielowymiarowego rozwoju.

Dla wielu dzieci jest to pierwszy w życiu kontakt z jakąkolwiek zorganizowaną formą zajęć, dlatego szczególną wagę przykładamy do ich komfortu psychicznego. Naszym głównym celem nie jest bowiem wychowanie przyszłego mistrza (choć bardzo byśmy chcieli), ale sprawienie, by za kilkanaście lat dorośli Lajkersi byli sprawnymi ludźmi, cenili wysiłek fizyczny, troskę o swoje zdrowie, podobnie jak systematyczność, ciężką pracę, by zawsze szanowali kolegów, wychowawców i rywali.