Druga część wywiadu z Wojtkiem Smarzowskim

fot.Bartek-Mrozowski

fot.Bartek-Mrozowski

W poprzednim numerze z Wojtkiem Smarzowskim rozmawialiśmy o tym, jak to się stało, że został reżyserem. Zapraszamy na drugą część rozmowy, tym razem o teraźniejszości i planach.

  • Jacek Sut: Teraz jesteś w środku montażu najnowszego filmu pt. „Wołyń”. Jak postępują prace?
  • Wojtek Smarzowski: Staram się dotrzymać wszystkich umów, więc premiera wypadnie na jesieni przyszłego roku. To pewnie się pokryje z terminem festiwalu w Gdyni. Gdynia nie decyduje specjalnie o moim życiu, ale prawdą jest, że to jest dobry moment, żeby wypuścić do kin duży film.
  • JS: Czego oczekujesz po odbiorze? Szczególnie w odmienionej politycznie rzeczywistości.
  • WS: Ja bym chciał kilku rzeczy. Po pierwsze zrobić film, który wzruszy, poruszy, bo nie będzie tylko filmem tylko o Kresach, ale również filmem o miłości. W czasach nieludzkich, ale jednak. Liczę, że ta miłość spowoduje, że to będzie interesujące kino. Drugą sprawą jest jej tło. Z badań, które widziałem niedawno wychodzi, że połowa Polaków nie wie, co się wydarzyło na Wołyniu, a połowa z tych, którzy deklarują, że wiedzą, wiedzą źle. Mamy więc do czynienia z kwestią informacyjną, ale i tak najważniejsze jest to, żeby o ludobójstwie na kresach zacząć rozmawiać. Tak jak robimy filmy o Katyniu, tak powinniśmy robić filmy o Rzezi, o ludobójstwie na Kresach. Mam świadomość, że tam nie ma jednej prawdy. Nawet w Polsce punktów widzenia jest kilka, czyli nie dogodzę wszystkim. Ale trzeba o tym rozmawiać.
  • JS: O różnicach w pojmowaniu przyczyn i skutków Rzezi Wołyńskiej decyduje chyba głównie skala okrucieństwa?
  • WS: To jest rzeczywiście niesamowite, dlaczego ludzie mogą być tak okrutni. Drugą sprawą są proporcje. Dla Ukraińców jest raczej remis, a dla nas nie. Naukowcy ukraińscy mówią: nie rozmawiajmy o liczbach, a tymczasem one są dość istotne. Od razu wskazują na to, kto był ofiarą, a kto katem. Istotne też jest, żeby nazwać, kto zaczął. I dlaczego zaczął również. Jestem na etapie montażu i, tak naprawdę, równoważę proporcje. To są minimalne przesunięcia akcentów w scenach, wpływające na znaczenia… To jeszcze potrwa. Szczególnie, że będę ten film konsultował z różnymi środowiskami i historykami. O jego kształcie zadecyduję sam, ale mam świadomość, że to ważny film i że musi być zrobiony mądrze.
  • JS: Jak dobierasz aktorów?
  • WS: Sami znajomi (uśmiech).
  • JS: Robisz castingi? Oglądasz je, bierzesz w nich udział?
  • WS: Czasem jest tak, że kiedy piszę scenariusz, to wiem dla kogo, a czasem jakieś role musze znaleźć i obsadzić. Jeżeli chodzi o główne role, to opieram się często na aktorach, których nie muszę sprawdzać, czy są dobrzy, czy źli, bo to nie są te kategorie. Sprawdzam tylko, czy pasują do sytuacji, konfiguracji, roli… Na castingach jestem zawsze. Czasem Magda Szwarcbard, która obsadza moje filmy robi wstępny casting. Potem ja się spotykam z grupą, którą wybrałem z nagrań wideo, które oglądam wszystkie. Magda podaje mi swoje typy, ja podaję swoje i jeśli są rozbieżności, to zapraszam aktorów i rozmawiam. Dla mnie ważne jest, żeby na castingu zobaczyć plastyczność aktora. Nawet, kiedy robię casting do reklamy i jest tam jakaś scenka do zagrania, z reguły nieskomplikowana – to są raczej komunikaty, to sobie sprawdzam jak aktor powie swoje kwestie, kiedy postać, którą gra jest pijana, chora, zakochana, itd. W agencjach (reklamowych – red.) nikt nie rozumie po co ja to robię, skoro nie ma tego w scenariuszu. A ja po prostu pewniej się czuję, kiedy pracuję z kimś, kto jest plastyczny. Czasem warto też zapamiętać kogoś z castingu do reklamy, a przede wszystkim trzeba się tym bawić. Lubię robić to, co robię.
  • JS: Myślisz, że cast (obsada), będzie kiedyś osobnym rodzajem sztuki, za który będziemy przyznawali nagrody – jak na zachodzie?
  • WS: Myślę, że nie jesteśmy takim przemysłem filmowym, jak np. USA. Tam to jest chyba trzeci co do wielkości biznes w kraju. Tam jest specjalizacja. Miałem propozycję, żeby pracować w większej produkcji. Nie autorskiej niestety, tylko komercyjnej. Większa produkcja, to pewno nowa boazeria w domu, albo wymiana parkanu, bo to przy okazji większe pieniądze, ale z drugiej strony moja rola zostałaby sprowadzona do tego, że przychodzę na plan i reżyseruję aktorów według historii, którą ktoś mi napisał, i którą ktoś za mnie zmontuje. Tutaj, pracując w autorskim systemie, sam decyduję o scenariuszu, doborze aktorów, montażu i wtedy mogę powiedzieć, że to jest mój film, że mam nad nim kontrolę. W amerykańskim systemie wszystko jest perfekcyjne, dopracowane, podzielone, ale dlatego, że obliczone na konkretny efekt i zysk.
  • JS: Inny sposób myślenia o kinie?
  • WS: Tak. Nie mówię, że gorszy ale inny. Na dzisiaj kariera zagraniczna nie jest mi potrzebna. Wolę robić swoje historie, które są zamocowane w tej rzeczywistości. One dojrzewają. Długo piszę scenariusz i jak się okazuje coraz dłużej też już kręcę zdjęcia, co nie jest dobrą tendencją i może trzeba będzie pójść na emeryturę (śmiech).
  • JS: Dziękuję za rozmowę.

Z Wojtkiem Smarzowskim rozmawiał Jacek Sut

Przyzwoitość

W obecnym czasie niełatwo się pisze powołując się na autorytety. Sporo jest osób, które – rozmyślnie, nieumyślnie, interesownie, bezinteresownie, profesjonalnie, amatorsko… – zajmują się ich niszczeniem. Musze więc od razu przyznać, że na mojej półce obok książki Karola Modzelewskiego stoi wywiad z Władysławem Bartoszewskim, kilka książek Marka Edelmana lub o nim (miałem okazję poznać go osobiście), na półce stoi też wyrzeźbione przez brata mojego dziadka lipowe popiersie Tadeusza Mazowieckiego, za nim widać grzbiety książek Torańskiej, Oriany Fallaci, Eco, Delimeau (w tłumaczeniu Geremka) itp. itd. Bardzo różne postawy i postaci, których łączy jedno – uczciwość głoszonych poglądów. Antyislamskie wycieczki Fallaci nie rażą mnie, gdyż są poparte biografią, tysiącem rozmów i licznymi świadectwami osobistej odwagi. Można się z jej poglądami nie zgadzać, ale trzeba je szanować. Można polemizować z Markiem Edelmanem, który mówi, że “Bóg śpi”, ale jego słowa budzą refleksję, bo poparte są życiorysem, jakich niewiele w naszej całej historii.

Pytasz pewnie, czytelniku, do czego zmierzam. Wróćmy więc do tytułu, który odnosi się do słynnego powiedzenia Władysława Bartoszewskiego: “Kiedy nie wiesz, jak się zachować, to zachowaj się po prostu przyzwoicie”. Pamiętam komunizm, nazywany wtedy socjalizmem. Pamiętam smutnych facetów, którzy “ochraniali” na moim osiedlu wybory do tzw. FJN-ów (Front Jedności Narodu), pamiętam też milicjantów i urzędników (w tym nauczycieli), którzy się zachowywali okropnie i bezczelnie. Być może takie czasy wracają. Jest jednak podstawowa różnica. W tamtych czasach musiała wystarczyć tylko pamięć do czynów i twarzy, która okazała się przecież bardzo zawodna. Przypomnijmy sobie triumf postkomunistycznej lewicy w kilka lat po przełomie Okrągłego Stołu. Dziś jest jednak inaczej. Wszystko trafia do sieci. Nieprzyzwotość jest uwieczniana w postach, na portalach i w komunikatorach. Trudniej niż w latach 90-tych będzie się wyprzeć hejtów i niedorzeczności, bo w internecie nic nie ginie. Już zdarzyło się kilka akcji demaskujących anonimowych hejterów, którzy z potężnym zaskoczeniem odkryli, że anonimowość jest w zasadzie iluzją. Szczególnie, gdy samemu się umieszcza swoją twórczość, gdzie popadnie. Każdy nierozsądny, żeby nie powiedzieć głupi, post jest wyryty w necie forever. Skuteczne usuwanie wymaga wiedzy i czasu (a co za tym idzie – pieniędzy). Warto więc, zanim się palnie głupstwo, szczególnie wielokrotne, dobrze się zastanowić. Polityka przypomina naparzanki w piaskownicy, obywatele biorą w tym udział poprzez komentarze na forach. Sam wielokrotnie ulegałem polemicznym zapałom, ale nie tędy droga. Nie zawsze warto wymieniac poglądy. Jak mawiał Antoni Słonimski; “Nienawidzę wymiany poglądów, bo zwykle na niej tracę”. Nie z każdym jest sens polemizować. Odkryłem to dla siebie całkiem niedawno i coraz śmielej używam narzędzi blokujących treści i – nierzadko, niestety – osoby na FB. Nie widzę, nie wściekam się, nie odpisuję więc pod wpływem emocji, bo sam niejednokrotnie się swych wpisów potem wstydziłem. Higiena w Internecie jest tak samo ważna jak w życiu codziennym.

Karp zapiekany w białym winie

Zapraszam na moją wersję wigilijnego karpia – karp zapiekany w białym winie. Oczywiście lubię tę rybę podaną tradycyjnie –  smażoną, ale ta wersja jest wyjątkowo dobra. I wdzięczniejsza w wykonaniu. Wkładasz ją do piekarnika i „sama się robi”. Karp zapiekany w białym winie wart jest spróbowania i nie zdziwię się, gdy na stałe zagości na Waszych wigilijnych stołach.

Składniki:
•    1 kg dzwonków karpia
•    250 ml białego wytrawnego wina
•    4 łyżki stopionego masła
•    2 cebule posiekane
•    3 ząbki czosnku posiekane
•    2 łyżeczki posiekanej świeżej szałwii
•    2 łyżeczki suszonego majeranku
•    3 łyżki bułki tartej
•    sól i świeżo zmielony czarny pieprz

Wymieszaj cebulę, czosnek i zioła. Natrzyj dzwonki karpia. Przełóż je do naczynia, jedno na drugim. Zalej winem, przykryj i odstaw w chłodnym miejscu na 1,5 godziny.
Nastaw piekarnik na 180 stopni. Przełóż rybę do naczynia żaroodpornego, skrop połową masła i winem z marynaty. Włóż do piekarnika i piecz, aż się zarumieni.
Wyjmij rybę, posyp bułką tartą i polej resztą masła. Ponownie włóż do piekarnika i piecz, aż bułka i masło nabiorą złotej barwy. Podawaj od razu.

Smacznego
Anna Kosterna – Kaczmarek
czosnekwpomidorach.pl

Życzenia Świąteczne

Wszystkim Mieszkańcom, Tubylcom i Przybyszom – tym, którzy dopiero się rozglądają po miejscu, w którym niedawno osiedli oraz tym, którzy czują się już na dobre tu zakorzenieni redakcja i przyjaciele Sąsiadów życzą spokojnych, ale wesołych, obfitych, ale z umiarem, a nade wszystko zdrowych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia.

Wesołych Świąt !

Wigilia dla Mediów

Jak co roku biuro promocji i informacji gminy Piaseczno zorganizowało Wigilię dla mediów na stadionie Gosir na ul. 1 maja w Piasecznie. Nie zabrakło przedstawicieli popularnych tytułów takich jak Kurier Południowy, Przegląd Piaseczyński czy Nad Wisłą. Nie mogło zabraknąć  i nas Magazynu Sąsiedzi!

Choinka od lotniska

Lotnisko Fryderyka Chopina ufundowało świąteczne, żywe drzewko dla mieszkańców Józefosławia i Julianowa.

Przy współpracy z biurem promocji i informacji gminy  oświetlona i udekorowana, 5 metrowa choinka, stanęła w centralnym miejscu w nowym parku przy ul. Ogrodowej. Umili ona z pewnością świąteczne spacery na które już dziś zapraszamy wszystkich mieszkańców. W połowie stycznia drzewko zainstalowane przez firmę Multidekor zostanie odebrane i zutylizowane.

Porty Lotnicze ufundowały łącznie 11 udekorowanych choinek, które staną w gminach i dzielnicach leżących w strefie oddziaływania lotniska.

“Neseser” – opowiadanie

Autor – Bob Kinpets.

Był wilgotny, a zarazem wietrzny poranek. Ciężkie ołowiane chmury sięgające co wyższych budynków Nowego Jorku zwiastowały zapowiadane od dłuższego już czasu opady deszczu. Mimo tej, tak nie sprzyjającej aury, Harold Kemper jak co dzień podążał powłóczystym krokiem w kierunku Central Parku. Jego nieogolona od kilku dni twarz, przygarbiona i skulona sylwetka odróżniały go w wyraźny sposób od ludzi idących tym samym chodnikiem. Codzienny kac powtarzający się regularnie od dobrych kilkunastu lat przypomniał mu w pewnym momencie, by przyspieszyć kroku. Doszedł do skrzyżowania. Postawił kołnierz od marynarki, jakby to w jakiś sposób miało uchronić go przed nieprzyjemnymi powiewami wiatru i odczekał chwilę, aż zaświeci się zielone światło.

Było jednak coś, o czym Kemper nie wiedział. Tuż za nim, w korku aut toczył się granatowy Ford Taurus. We wnętrzu siedziało trzech mężczyzn w średnim wieku o wyraźnej urodzie południowców. Przemieszczając się wolno, w milczeniu obserwowali Kempera. Kiedy ten skierował kroki na drugą stronę ulicy, pasażer samochodu siedzący? obok kierowcy zerknął na współtowarzyszy.

–  I co o nim sądzicie? – zagaił.

Mężczyzna z tylnego siedzenia spojrzał na zegarek i z głębokim westchnieniem, kręcąc z wolna głową rzekł.

–  No cóż, nie pasuje do tego zbytnio, ale nie mamy wyboru.

Harold idąc tuż przy krawężniku jezdni wypatrzył niedopalonego papierosa. Schylił się by go podnieść gdy nagle zauważył bok granatowego samochodu hamującego tuż przy jego głowie. Raptownie wyprostował sylwetkę. Już miał iść dalej kiedy szyba w tylnych drzwiach samochodu opuściła się bezszelestnie, a siedzący wewnątrz auta mężczyzna o urodzie południowca zawołał.

–  Halo! Proszę pana!

Kemper, w pierwszym odruchu obejrzał się za siebie, szukając wzrokiem kogoś, do kogo mogły być skierowane te słowa. Osobnik z auta patrzył jednak na niego. Z wyraźnym zdziwieniem rysującym się na twarzy wskazał palcem na swoją pierś, jakby chcąc upewnić się czy te słowa były na pewno skierowane do niego. Mężczyzna spoglądając mu prosto w oczy pokiwał twierdząco głową. Mając już pewność niezdecydowanym krokiem podszedł do drzwi samochodu.

–  Zapraszam do środka – mężczyzna zrobił miejsce,

przesuwając się w głąb auta. – Proszę.

Harold pochylił sylwetkę i zajrzał do wnętrza. Kierowca auta i siedzący obok niego pasażer przyglądali mu się z ciekawością.

–  Proszę, pan wsiądzie, śmiało – osobnik z tylnego siedzenia ponowił prośbę. Kemper wsiadł do środka zatrzaskując za sobą drzwi. Ruszyli. Mężczyzna siedzący obok wyjął z kieszeni skórzanej kurtki paczkę marlboro i uderzając nią w dłoń wysunął papierosa.

–  Zapali pan? – zapytał. Kemper aż przełknął ślinę na widok poczęstunku. Wziął papierosa drżącą ręką. Częstujący wyjął zapalniczkę i podał ogień. Odczekał aż Harold zaciągnie się dymem.

–  Zapytam panu wprost – zaczął rozmowę – chce pan zarobić tysiąc dolarów?

Na twarzy Harolda pojawiło się zaskoczenie. Przez moment wydawało się, że niedosłyszał, ale w momencie, gdy dotarło do jego świadomości te niespodziewane pytanie, zaczął się krztusić i kasłać na przemian, nie wiadomo czy od dymu czy z wrażenia po tym co usłyszał.

Takiej sumy pieniędzy, jak pamięć go nie myli, nie proponował mu jeszcze nikt nigdy. Nie czekając na odpowiedź, mężczyzna sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki wyjmując plik banknotów stu dolarowych. Odliczył pięć sztuk i podając je Haroldowi rzekł.

–  Tutaj jest pięćset dolarów… proszę.

Skołowany wydarzeniami Harold wziął banknoty do ręki i nie licząc schował do kieszeni spodni.

–  Drugie pięćset otrzyma pan po wykonaniu zadania – kontynuował rozmowę – a zadanie jest banalnie proste.

Sięgnął pod nogi, wyjmując skórzany neseser w kolorze brązowym i postawił go Kemperowi na kolanach.

–  Weźmie pan ten neseser i przekaże go naszym przyjaciołom.

Harold chwycił walizkę oburącz, przez chwilę omiatając wzrokiem. Kierowca w tym czasie zjechał na pobocze i zatrzymał auto.

–  Widzi pan ten duży, biały samochód stojący, o tam?

–  Południowiec pokazał głową na stojącą po drugiej stronie ulicy, długą białą limuzynę, taką samą, jaką to, za zwyczaj poruszają się gwiazdy Hollywoodu. Harold spojrzał we wskazanym kierunku. Limuzyna stała na wprost wejścia do jakiegoś okazałego banku. Przytaknął głową.

–  Dokładnie za dwadzieścia minut – mężczyzna mówił

dalej, spoglądając jednocześnie na zegarek – z banku, w otoczeniu swojej obstawy wyjdzie trzech Arabów. Pozna pan ich zresztą po białych tradycyjnych strojach. Pańskie zadanie będzie polegało na tym, by podszedł pan w tym momencie do jednego z ochroniarzy i wręczył mu ten neseser. On już będzie wiedział, co z nim zrobić… zadanie jest proste, prawda?

Kemper spojrzał na trzymany na kolanach neseser, spojrzał

jeszcze raz na samochód stojący przed bankiem, i już miał coś

powiedzieć, gdy mężczyzna siedzący obok odezwał się ponownie.

–  Zapewne zastanawia się pan teraz, po co ta cała szopka?

–  No… właśnie. – Harold potwierdził to nieśmiałym

głosem. Jednocześnie w jego umyśle zapaliła się czerwona

lampka. Kojarząc fakty, nie w pełni był przekonany do tego, że

wszystko jest w należytym porządku. To wydaje się być zbyt proste, by było prawdziwe.

–  Otóż – mężczyzna westchnął głęboko – otóż, nie owijając w bawełnę powiem panu tak. W tej walizce są narkotyki, sporo tego jest, a ci Arabowie to nasi stali klienci. Podrzucamy im to zresztą bardzo często i to w różnych punktach na całym świecie. Co oni z tym robią, to nie nasz interes. W związku z tym, że licho nie śpi robimy to zawsze w jakiś niekonwencjonalny sposób i ci panowie o tym wiedzą. Zresztą, taka jest między nami umowa. Oczywiście moglibyśmy robić to sami, ale nie chcąc ryzykować jakiejkolwiek wpadki, wyręczamy się zawsze przypadkowymi osobami, tak jak na przykład teraz panem. Sam pan rozumie?

Kemper przytaknął głową, mimo że nic z tego nie rozumiał.

–  My zarabiamy – kontynuował – i przy okazji dajemy zarobić panu i panu podobnym osobom. Bądźmy szczerzy, nam ryzyko nie popłaca, a dla pana tysiąc dolarów za piętnaście minut pracy to chyba dobra zapłata, nieprawdaż? A ryzyko, właściwie żadne.

Harold z wolna przytaknął głową.

–  To co, myślę, że wszystko jest jasne?

Mężczyzna pochylił sylwetkę i otworzył drzwi od strony chodnika, dając tym samym do zrozumienia, że czas zacząć działać.

–  Aha, jeszcze jedno – odezwał się ponownie –

zapomniałbym przecież o najważniejszym. My pojedziemy teraz trzy przecznice dalej i poczekamy przy posterunku policji. Stamtąd będziemy obserwować rozwój sytuacji… Wie pan, gdzie to jest?

Kemper przytaknął głową. Dobrze wiedział gdzie znajduje się ten cholerny posterunek policji. Tak się wcześniej składało, iż nie raz i nie dwa zresztą, był klientem jego okratowanych pomieszczeń.

–  Po wykonania zadania poczeka pan na nas. Podjedziemy

i damy panu te drugie pięćset dolarów… I to by było na tyle.

Harold wygramolił się z samochodu. Zimny powiew wiatru otrzeźwił jego skołataną tymi wydarzeniami głowę. Spojrzał na trzymany w ręku neseser, spojrzał na białą limuzynę stojącą po drugiej stronę ulicy i nie spiesząc się zbytnio ruszył w kierunku przejścia.

*

Ford tymczasem dojechał do skrzyżowania i zawrócił. Po chwili zrównał się z białą limuzyną. Siedzący w Fordzie spojrzeli na nią, spojrzeli po sobie i równocześnie się uśmiechnęli. Kierowca z widocznym zadowoleniem na twarzy dodał gazu. Po około dwustu metrach Ford skręcił w lewo. Po prawej stronie ulicy stał stary, odrestaurowany budynek, w którym mieścił się posterunek policji. Kierujący tak wymanewrował samochodem, iż stanął, tuż przy budynku, a jednocześnie przodem do głównej ulicy, starając się mieć na widoczności białą limuzynę i poruszających się chodnikiem ludzi. Coś mu jednak

nie przypasowało, bo zapytał.

–  Może jednak trochę cofnąć?

–  Nie, nie – kolega siedzący z boku powstrzymał go dotknięciem ręki – stąd jest dobry widok.

–  Widok widokiem, a czy wybuch przypadkiem nie dosięgnie

nas tutaj? – nie dawał za wygraną.

–  Przyjacielu tutaj jest ze dwieście metrów, bez obawy.

Spojrzał na zegarek, otworzył skrytkę i wyjął z niej małe prostokątne urządzenie przypominające pilota do otwierania samochodów. Nacisnął lewy przycisk. Po chwili zaświeciła się zielona dioda, która zaczęła równomiernie pulsować. Kierowca zerknął kątem oka.

–  Nie za wcześnie to włączyłeś? – nie krył

podenerwowania. Siedzący obok, zrobił ruch palcem jakby chciał wcisnąć prawy przycisk i z uśmiechem na twarzy spojrzał na kolegę.

–   Co, boisz się, że za wcześnie nastąpi bum? – odezwał się z uśmiechem na twarzy.

–   Nie, ale licho nie śpi.

–   Myślisz o Ibrachimie? O Paryżu? – zapytał już poważnie

–   No właśnie.

–   Do tego już nie dojdziemy, ale widocznie manipulował coś w sterowniku mając jeszcze bombkę przy sobie.

–   Historia lubi się powtarzać. – kierowcy wyraźnie

nie opuszczało zdenerwowanie

–  Dajcie wreszcie spokój z tym ględzeniem – mężczyzna siedzący na tylnym siedzeniu nie wytrzymał tego przekomarzania. Wyciągnął nogi, założył ręce za głowę i dodał.

–   Lepiej pomyślcie o tym, czy ten facet w ogóle

dotrze do limuzyny. Pieniądze jakieś tam wziął, walizkę mógł wpieprzyć do śmietnika i iść w siną dal.

Kierowca wyciągnął szyję, prawie dotykając głową przedniej szyby. Patrząc w kierunku limuzyny odezwał się głosem pełnym obaw.

–  Właśnie, budynek ogranicza naszą widoczność. Stąd

tego faceta przecież nie widać.

Mężczyzna siedzący obok ponownie spojrzał na zegarek.

–  Bez obawy – odparł – zaraz go ujrzymy, jeszcze kilka minut i będzie po wszystkim. Wierzcie mi, kto jak kto, ale ten osobnik na pewno nie odpuści sobie drugiej pięćsetki.

Przez chwilę we wnętrzu samochodu zapanowała grobowa cisza.

–  A tak ogólnie rzecz ujmując – mężczyzna kontynuował rozmowę – mam nadzieję, że jest to ostatni zamach na naszych współbraci. Wreszcie powinno do nich dotrzeć, iż ich psim obowiązkiem jest łożyć na działalność obrońców wiary Allacha.

Tymczasem na skrzyżowanie wjechał radiowóz policyjny. Przepuścił samochody jadące naprzeciw i wolno ruszył. Po chwili zrównał się ze stojącym na poboczu Fordem. Kierujący radiowozem policjant zatrzymał się, lustrując z wyraźną ciekawością wnętrze Forda. Mężczyźni siedzący w środku sprawiali wrażenie, jakby go nie zauważyli. Auto policyjne ruszyło. Minęło Forda i zaparkowało tuż za nim. Z wnętrza wysiadł masywnej postury Policjant. Wziął do ręki gruby notatnik i poprawiając ręką obsuwające się z brzucha spodnie podszedł do stojącego samochodu. Pochylił się. Kierowca siedzący we wnętrzu opuścił szybę. Policjant zasalutował.

–  Czy panowie nie znacie się na znakach drogowych?

Tutaj obowiązuje całkowity zakaz zatrzymywania dla samochodów prywatnych.

–  A, tak, tak. Przepraszam, już odjeżdżamy – siedzący

za kierownicą powiedział to zmieszanym głosem, sięgając jednocześnie ręką do stacyjki zamierzając uruchomić silnik.

–  Chwileczkę, – głos policjanta zabrzmiał stanowczo –dokumenty wozu i prawo jazdy poproszę.

Kierowca sięgnął ręką za osłonę przeciwsłoneczną nad przednią szybą, wyjął dokumenty i podał je policjantowi. Stróż prawa omiótł wzrokiem siedzących w samochodzie, spojrzał przez moment w dokumenty, i po krótkiej chwili zastanowienia odezwał się głosem nie znoszącym sprzeciwu.

–  Proszę, niech pan wysiądzie.

Kierowca ciężko westchnął, pokręcił z lekka głową, wyjął kluczyki ze stacyjki i opuścił auto.

–  Proszę otworzyć bagażnik. – ruszyli w kierunku tyłu wozu. Mężczyzna siedzący na tylnej kanapie, wyraźnie podenerwowany zaistniałą sytuacją, nagle ożywił się. Dotknął ramienia kolegi siedzącego przed nim i wskazując ręką szepnął.

–  Spójrz!

Przez drzwi banku wychodziło właśnie czterech rosłych mężczyzn ubranych w ciemne garnitury. Rozejrzeli się bacznie dookoła. Po chwili w drzwiach ukazało się trzech mężczyzn w powłóczystych dżeballach. Jednocześnie dało się zauważyć podchodzącego Kempera. Mężczyzna z przedniego siedzenia spojrzał za siebie. Otwarta klapa bagażnika przysłaniała stojących na zewnątrz. Spojrzał na współtowarzysza. Ten delikatnie skinął głową.

–  Teraz, albo nigdy – wyszeptał.

Siedzący z przodu przyłożył drżący palec na prawym przycisku.

–  Allach Akbar – wymamrotał pod nosem i tuląc odruchowo głowę w ramionach, przycisnął guzik. Zbiegło się to z zatrzaśnięciem pokrywy bagażnika.

*

Harold Kemper zrównał się akurat z tyłem białej limuzyny, kiedy do jego uszu doszedł odgłos potężnej detonacji. Mężczyźni, w białych powłóczystych szatach, dochodzący do auta, odruchowo przykucnęli. To samo bezwiednie uczynił Kemper, starając się zarazem jak najbardziej wtulić w bok białego samochodu. Po krótkiej chwili nastąpiła grobowa cisza. Harold ostrożnie uniósł głowę ponad dach samochodu i spojrzał w kierunku miejsca tragedii. Eksplozja nastąpiła przy budynku posterunku policji. Dym powoli przerzedzał się. Jak większość ludzi podążająca chodnikiem, tak i Harold ruszył w tamtym kierunku. Po minucie dotarł na miejsce. To co ujrzał przyprawiało go o mdłości. Radiowóz i stojący tyłem do niego Ford, rozerwane były na kilka części. Dwa skwierczące ciała będące w czymś, co przypominało samochód, niczym kukły zastygły w bezruchu. Wokół wraków leżeli ludzie błagający o pomoc. Harold zaczął powoli wycofywać się. Zresztą obecna już policja rozganiała gapiów, oddzielając taśmami miejsce tragedii. Po chwili, otumaniony tymi wydarzeniami ruszył bezwiednie przed siebie. Nie czuł już nawet chłodu, ani deszczu, który wzmagał się z każdą chwilą. Idąc wolnym krokiem środkiem chodnika, potrącany przez biegnących przechodniów, zaczął odtwarzać w głowie ostatnie chwile poprzedzające wybuch.

*

Gdy wysiadł z ciepłego wnętrza Forda, który zresztą natychmiast odjechał, spojrzał na stojącą w oddali białą limuzynę, spojrzał na neseser, trzymany w lewym ręku, prawą ręką poprawił kołnierz od marynarki, i bez pośpiechu udał się w kierunku przejścia dla pieszych.

Sierżant Costner jechał wolno swoim radiowozem. Z daleka rozpoznał lekko zgarbioną sylwetkę Kempera. Znał tego drobnego pijaczka od niepamiętnych czasów. Nieraz zresztą ładował go do paki za rozróby po pijanemu, albo, zdarzało się też, że i za drobne kradzieże. Tym razem jednak zaintrygował go elegancki neseser, który niósł w ręku. Pasował do niego, niczym przysłowiowy wół do karety. Zrównał się z wolno idącym Kemperem, na ułamek sekundy włączył syrenę i zatrzymał samochód. Kemper spojrzał na radiowóz i dosłownie nogi ugięły mu się w kolanach. Wciągając głęboko powietrze, spojrzał w niebo i zamknął na chwilę oczy.

–  No nie, tego mi teraz tylko brakowało – przeleciało mu przez myśl. Policjant wygramolił się z siedzenia, obszedł radiowóz, poprawił opadające spodnie, podszedł do Kempera odzywając się pewnym siebie głosem.

–  No, widzę Kemper, że dobrze sobie ostatnio radzisz.

Masz taki ładny neseser… pokaż go.

Nie czekając na przyzwolenie wziął od niego walizeczkę i przez chwilę ważył w ręku.

–  Ciężkie – odezwał się – Skąd to masz? Chyba nie

znalazłeś tego w śmietniku? A może ukradłeś to komuś? – jego wzrok wyostrzył się.

–  Ależ, ależ szefie – Harold zaczął się jąkać – to,

to nie jest tak… To, to tylko taka przysługa.

–  Przysługa powiadasz? – Szeryf spojrzał na niego

świdrującym, nie wróżącym nic dobrego wzrokiem. – A jaka to przysługa? Powiesz mi?

–  Znaczy się, znaczy, ja, ja mam to dostarczyć…

–  A, dostarczyć? – wszedł mu w słowo – A komu? Wyjawisz mi tę tajemnicę?

–  Znaczy, ja, ja mam… mam dostarczyć tę walizkę…

Sierżant zaczął baczniej przyglądać się twarzy Kempera. Jako stary wyga wiedział, że coś tu nie gra. Tego nie dało się ot, tak po prostu ukryć. Za dobrze znał Kempera.

–   A co jest w tej walizce, wiesz chociaż? – Nie dał mu dokończyć.

–   Nie wiem… skąd mam wiedzieć? – Harold coraz bardziej się gubił.

–   Nie wiesz? No, to sprawdźmy.

Położył neseser na masce radiowozu i próbował otworzyć zamki. były szyfrujące. Spojrzał na Kempera.

–   Pewnie szyfru też nie znasz? – zapytał. Kemper pokręcił głową.

–   Nie znasz? – upewniał się. – No dobrze, to w takim razie jedziemy z tym fantem na posterunek? Może tu są jakieś narkotyki, a ty o tym nawet nie wiesz?

–  Nie wiem, naprawdę nie wiem… to, to naprawdę tylko

taka przysługa.

–  Przysługa powiadasz? – policjant zaczął schodzić z tonu –   to ja teraz tobie zrobię przysługę, dobrze?

Ruszył na tył radiowozu, otworzył bagażnik i wrzucił do środka neseser. Zatrzasnął klapę i spojrzał na Kempera.

–   To, co – zaczął zacierać ręce – jedziesz ze mną na posterunek czy, czy zapominamy o tej całej sprawie?

Harold dobrze wiedział, co on miał na myśli. Nie rozchodziło mu się wcale o niego, a o ten cholerny neseser. Nieuczciwych policjantów było w Nowym Jorku na pewno wielu, ale aż tak bezczelny był zapewne tylko jeden i był nim na pewno Costner. Policjant, nie czekając na decyzję Kempera, otworzył drzwi radiowozu od strony kierowcy i wkładając nogę do środka zawołał jeszcze przez dach wozu.

–  Kemper, tym razem ci odpuszczę. Wiedz o tym, że

Costner to swojskie chłopisko, dlatego nie chcę ci robić kłopotów. Do zobaczenia.

Zarechotał ze śmiechu, usiadł za kierownicą, zatrzasnął drzwi i po chwili wolno włączył się do ruchu.

*

Lecący nisko helikopter przywrócił Kempera do rzeczywistości. Spojrzał do góry.

–  Może, to tylko sen? – przeszyło mu myśl. Jednocześnie sięgnął ręką do kieszeni spodni i namacał banknoty. Zatrzymał się. Wyjął szeleszczące papierki, rozłożył niczym talię kart, ucałował i schował ponownie do kieszeni spodni. Spojrzał jeszcze raz w kierunku miejsca tragedii, kolejny raz poprawił kołnierz od marynarki, i jakoś dziwnie, nie czując już chłodu, ruszył energicznym krokiem przed siebie.

 

 

 

 

 

 

Otwarcie dworca PKP

W piątek 18 grudnia uruchomiony zostanie dworzec PKP w Piasecznie.

Gmina uzyskała już pozwolenie na użytkowanie budynku wydane przez wojewódzkiego inspektora nadzoru budowlanego. W czwartek do głównego holu przenoszone będą kasy kolejowe, które obsługuje firma zewnętrzna, zaś w styczniu planowane jest ogłoszenie konkursów dla najemców punktów usługowych.

Przebudowa dworca rozpoczęła się w maju 2014 r. Choć prace remontowe przebiegały dosyć sprawnie, to kilka tygodni po ich rozpoczęciu niespodziewanie konserwator zabytków wpisał dworzec do rejestru zabytków. W konsekwencji konieczna była modyfikacja dokumentacji projektowej, głównie w kwestii konstrukcji dachu i docieplenia budynku. Wpłynęło to na znaczne wydłużenie robót budowlanych. W wielu kwestiach gmina na bieżąco konsultowała się z konserwatorem, m.in. rozmawiano o kształcie elewacji, gdyż konserwator nie zgodził się na izolację ze styropianu. W końcu gmina otrzymała zgodę na użycie zewnętrznych tynków ciepłochronnych. Konserwator zalecił również zachowanie oryginalnej, choć zniszczonej posadzki w dworcowej poczekalni.
– Nie mam wątpliwości, że pomimo trudności i długiego oczekiwania wyremontowany dworzec spełni oczekiwania nawet najbardziej wymagających podróżnych. Jest to główny węzeł przesiadkowy w naszym systemie komunikacji i wreszcie pasażerowie będą mogli skorzystać z komfortowej poczekalni i oferowanych tam usług – mówi burmistrz Piaseczna Zdzisław Lis.

Zakres prac i zagospodarowanie budynku
W ramach zasadniczych prac budowlanych wykonano m.in. izolację i ocieplenie ścian fundamentowych, a także remont elewacji. Dach podniesiono o 80 cm, co pozwoliło zaadaptować poddasze. Wymieniono również instalacje wodno-kanalizacyjną, elektryczną, gazową i centralnego ogrzewania. Wstawiono nowe okna i drzwi. Na elewacji frontowej zamontowano elektryczny zegar.
Wewnątrz budynku, obok pomieszczeń typowo dworcowych, takich jak poczekalnia, pomieszczenia kasowe czy ogólnodostępne toalety, pojawią się drobne punkty usługowe. W półokrągłej, nadwieszonej części budynku, w której pierwotnie znajdowała się nastawnia semaforów, zostanie ulokowana restauracja, która będzie zajmować dwie kondygnacje. W pomieszczeniach piwnicznych zostanie urządzona kuchnia, a na piętrze sala restauracyjna. W północnej, wyższej części budynku została przebudowana klatka schodowa, która zapewnia dogodną komunikację pomiędzy kondygnacjami, na których ulokowano pomieszczenia biurowe przeznaczone do wynajmu oraz dojście do poddasza użytkowego, gdzie mieszczą się pomieszczenia techniczne, m.in. kotłownia zasilana z miejskiej sieci cieplnej.

Zagospodarowanie okolic budynku
Wokół dworca wykonano nowe chodniki, posadowiono bankomat i biletomat. Ustawione zostaną również donice z zielenią, a usługi świadczone do tej pory w budkach blaszanych obok dworca przeniesione zostaną do jego wnętrza.

Finansowanie
Inwestycja kosztowała blisko 4 mln zł, w tym gminie udało się pozyskać zewnętrzne środki w ramach Inicjatywy JESSICA. Łączna kwota niskooprocentowanych pożyczek z Banku Gospodarstwa Krajowego SA na termomodernizację i rewitalizację dworca wyniosła ponad 1,9 mln zł. Pozostała kwota pokryta została z budżetu gminy Piaseczno.

Perony
Wkrótce ma się rozpocząć także przebudowa i modernizacja peronu przez Polskie Linie Kolejowe, które planują w Piasecznie zrobić dwa niezależne perony po dwóch stronach torów oraz wykonać nową kładkę doprowadzającą na perony.

Otwarcie Domów Dzieci w Łbiskach

W piątek 20 listopada, niewielka salka w budynku nr 1 w Centrum Administracyjnym Placówek Opiekuńczo-Wychowawczych w Łbiskach wypełniła się po brzegi.
Władze Powiatu Piaseczyńskiego reprezentował Przewodniczący Rady Powiatu Daniel Putkiewicz oraz Zarząd Powiatu w składzie: starosta Wojciech Ołdakowski, wicestarosta Arkadiusz Strzyżewski, członek zarządu Katarzyna Paprocka oraz członek zarządu Ksawery Gut. Obecna była również dyrektor Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie Klaudia Wojnarowska. Wśród zaproszonych gości nie zabrakło przedstawicieli władz gmin wchodzących w skład Powiatu Piaseczyńskiego oraz dyrektorów placówek oświatowych i ośrodków interwencyjnych.

Część oficjalną rozpoczęła dyrektor placówki w Łbiskach Aneta Piliszek. – Jeszcze tam, na Słonecznej wiedziałam, że dzieci potrzebują zmiany. I ta zmiana nastąpiła. Wierzę, że to, co się stało, to dopiero początek nowego rozdziału w ich życiu. Jestem pewna, że dzieci będą tu szczęśliwe – powiedziała. Ksiądz Wiesław Zaręba, proboszcz parafii św. Rocha w Jazgarzewie, zaprosił do wspólnej modlitwy i poświęcił nowo otwarte budynki.
Następnie głos zabrał Starosta Piaseczyński Wojciech Ołdakowski. – Chciałem podziękować wszystkim, zarówno poprzedniej, jak i obecnej Radzie Powiatu. Tak, dziękuję po prostu wszystkim, którzy przyczynili się do powstania tej placówki.
Wicestarosta Arkadiusz Strzyżewski wspomniał o licznych wolontariuszach i ludziach dobrej woli, którzy pomagali przy budowie domów i zagospodarowaniu terenu wokół nich. – Im również należą się podziękowania – podkreślił. W trakcie uroczystości starosta oraz wicestarosta przekazali na ręce pani dyrektor Anety Piliszek wspaniały prezent dla dzieci – wielką trampolinę ogrodową.

Po zakończeniu części oficjalnej, goście zaproszono do zwiedzenia nowych domów. W każdym z nich dzieci zaprezentowały krótki program artystyczny – składający się z wierszy, piosenek oraz układów tanecznych. Wyjątkowo wzruszający był zaprezentowany przez dwoje maluchów wiersz pt. „Dom”. Podczas zwiedzania, dzieci z dumą pokazywały przestronne dwuosobowe pokoje oraz specjalne, pełne kolorowych zabawek, miejsce do zabawy. Na zakończenie uroczystości, przy każdym z domków samorządowcy posadzili drzewka – symbol najlepszych uczuć i wartości jakie łączą się z pojęciem domu.
Centrum w Łbiskach wykonuje zadania w zakresie wspierania rodziny i instytucjonalnej pieczy zastępczej, zapewniając czasową opiekę i wychowanie dzieciom w przypadkach niemożności sprawowania opieki i wychowania przez rodziców.  Świadczy również doraźną opiekę nad dzieckiem w sytuacjach kryzysowych w rodzinie, wymagających natychmiastowego zapewnienia dziecku opieki. W skład Centrum wchodzą trzy Domy Dzieci, będące placówkami opiekuńczo-wychowawczymi typu socjalizacyjnego. Natomiast jeden z budynków zaadoptowano na placówkę typu interwencyjnego. Do osiedla w Łbiskach przeniosły się dzieci z placówek opiekuńczych z Konstancina-Jeziorny oraz  Góry Kalwarii.

W Polsce, podobnie jak w krajach Europy Zachodniej, systematycznie odchodzi się od dużych domów dziecka, w których wychowuje się po kilkadziesiąt lub nawet kilkaset dzieci. To podejście opiera się na założeniu, że w małych grupach udaje się stworzyć lepsze warunki do wychowywania. Relacje panujące w takich grupach, które zamieszkują jeden dom przypominają relacje rodzinne i są bardzo korzystne dla młodych ludzi.

Decyzję o budowie Centrum w Łbiskach podjęto jeszcze w 2012 roku. Przetarg na budowę pięciu domów został rozstrzygnięty pod koniec roku. Wygrała firma, która zaproponowała kwotę prawie 2,4 mln złotych. Prace miały trwać do 20 listopada 2013 roku, ale kilka miesięcy wcześniej wykonawca nieoczekiwanie opuścił teren budowy. Jak się później okazało – firma zbankrutowała. Zarząd powiatu poprzedniej kadencji postanowił dokończyć inwestycję sposobem gospodarskim bez ogłaszania nowego przetargu. Budowa miała zakończyć się latem ubiegłego roku, ale wystąpiły kolejne komplikacje. Termin zakończenia odłożono na jesień, ale przyszły wybory samorządowe i zima. Poprzednim władzom samorządowym nie udało się skończyć budowy.

Decyzją nowego Zarządu Powiatu osiedle w Łbiskach stało się  priorytetem w planach wykonawczych na rok 2015. Na realizację osiedla wydatkowano w sumie 5 132 350, 53 zł (w tym dotacja z budżetu państwa 1 028 700,00 zł).

Pszok zostaje na Technicznej.

Publikujemy oświadczenie burmistrza Piaseczna w sprawie Pszok!

 

Na początek chciałbym odnieść się krótko do spotkania w sprawie PSZOK, które odbyło się w dniu 18 listopada. Przykro mi bardzo, że mieszkańcy Józefosławia nie dali urzędnikom gminnym ani projektantom szans na udzielenie merytorycznych odpowiedzi i przedstawienie przygotowanych prezentacji.

Nadal uważam, że lokalizacja przy ul. Energetycznej jest najlepsza, a mieszkańcy są manipulowani i wprowadzani w błąd przez osoby zainteresowane podkręcaniem atmosfery wokół tematu. Problem został, moim zdaniem, celowo wyolbrzymiony aby skuteczniej zgromadzić protestujących, a przeznaczony dla indywidualnych osób nieszkodliwy PSZOK został przedstawiony jako miejsce składowania odpadów przemysłowych i spalarnia śmieci.

Jednak moim obowiązkiem jest wsłuchiwanie się w głosy mieszkańców i realizowanie ich woli. Dlatego, choć osobiście nadal jestem przekonany o słuszności i sensowności poprzedniej decyzji, nie zamierzam jednak iść na wojnę z całym światem, ani rozpętywać kolejnej sterowanej awantury w innym miejscu.

Rzeczywiście wskazana przez mieszkańców należąca do Skarbu Państwa działka przy ul. Mazurskiej została wystawiona przez |Starostwo na sprzedaż, a starosta Ołdakowski zadeklarował nawet umożliwienie Gminie jej zakupu w trybie bezprzetargowym – z 50% upustem – za kwotę 0.5 mln zł. Jednak po analizie zdecydowaliśmy, że nie skorzystamy z tej oferty i pozostawimy PSZOK w jego obecnej lokalizacji, tj. na ul. Technicznej, na działce należącej do SITY. Co prawda mała ilość miejsca nie pozwala na zorganizowanie tam planowanego PSZOKu z prawdziwego zdarzenia, możliwa jednak będzie usprawnienie i modernizacja tego, który już istnieje. W dniu wczorajszym odbyłem rozmowę na ten temat z prezesem SITY, która wraz z Gminą jest współudziałowcem spółki PUK. Ustaliliśmy, że Spółka zleci wykonanie projektu zagospodarowania terenu przy Technicznej. Do uzgodnienia pozostaną tylko kwestie formalne – kto i w jakiej formie będzie inwestorem modernizacji PSZOKu i z jakich środków inwestycja zostanie sfinansowana. Tym samym temat lokalizacji PSZOK uważam za rozstrzygnięty i zamknięty.

Burmistrz Zdzisław Lis