EKO – MIKOŁAJKI

W niedzielę 6 grudnia w hali widPLAKAT EKO-MIKOŁAJKIowiskowo – sportowej GOSiR w Piasecznie w godzinach 10:00 – 16:30 odbędą się Eko-Mikołajki organizowane przez Piaseczyńską Fundację Ekologiczną. Dzieci, młodzież oraz dorosłych zapraszamy do uczestnictwa w warsztatach tanecznych i konkursach organizowanych przez Akademię Tańca I AM DANCE oraz wspólnej zabawy w Strefie Mikołaja. Na odwiedzających czekają zajęcia sportowe z kick – boxingu, ścianki wspinaczkowej oraz tenisa stołowego.

Wydarzeniu towarzyszyć będzie finał „IV Ogólnopolskiego Turnieju Maszyn Wiatrowych” nad którym patronat honorowy obejmują Związek Nauczycielstwa Polskiego oraz Burmistrz Miasta i Gminy Piaseczno, a nad stroną merytoryczną czuwa partner strategiczny PGE Energia Odnawialna S.A. Turniej Maszyn Wiatrowych polega na zbudowaniu modelu turbiny przetwarzającej energię wiatru na energię mechaniczną. Modele turbin są testowane na stanowisku pomiarowym pod kątem trzech konkurencji: największej mocy, największych obrotów i największego momentu. Będzie można zobaczyć rywalizację najlepszych młodych konstruktorów z całego kraju. Do finału zakwalifikowało się 50 najlepszych drużyn, które w Piasecznie będą walczyć o atrakcyjne nagrody rzeczowe oraz pieniężne.

Na osoby zainteresowane czekają ciekawe prelekcje z dziedziny odnawialnych źródeł energii oraz „Autobus Energetyczny” czyli mobilne centrum edukacyjno – informacyjne przeciwdziałania zmianom klimatu. Odwiedź Eko-Mikołajki i przeżyj ten świąteczny czas w miłej atmosferze.

Kordian w Narodowym

Nigdy nie pisałem recenzji, choć zdarzało mi się niejedno recenzować przedstawienie. Zazwyczaj jednak przy kieliszku w teatralnym bufecie, w gronie znajomych, którzy cenili złośliwość jako funkcję inteligencji. Dawne to czasy. Wtedy w zasadzie nie chodziłem do teatru, bo niemal w nim mieszkałem, teraz też w zasadzie nie chodzę, bo, można by się wykpić, mieszkam daleko od takich rozrywek. Nie dlatego jednak rzadko chodzę. Nie kupuje po prostu głównego, teatralnego nurtu ostatniej dekady w Polsce. Neopostmodernistycznej awanturki na scenie. Gołych panów i krwistego języka, śmiałych, wizyjnych scen do muzyki z modowych wybiegów i niekończących się przeróbek klasycznych i nieklasycznych tekstów. Żadna literatura nie ma, jak się okazało, dość siły, żeby się przed blenderem inscenizatorskiej imaginacji młodzieży obronić. Miałem szczęście spotkać na swojej drodze kilkoro wybitnych profesorów, wśród których pierwszy nasuwa mi się Jerzy Koenig. Gdy siedziałem ze swoją sztuka teatralną w rękach u niego w mieszkaniu, on dość wyraźnie, żeby nie powiedzieć, dobitnie mi wyłuszczył, że autor w teatrze ma do dyspozycji jedynie słowo. Słowem wszystko wyraża. Reżyser czyta dramat, aktorzy grają realizując kolejne zadania i pokonując przeszkody, jakie dobry reżyser im buduje. Bo tylko pokonywanie przeszkód jest interesujące. Nie ma bowiem dramatu bez konfliktu. Pierwszą przeszkodą jest uwiarygodnić słowa zapisane w sztuce. Odpowiedzieć na pytanie: “Jaki musi być świat, żeby ten tekst był prawdziwy?”. Ergo nie ma teatru bez słowa, które układają się w zdanie (niegdyś mówiło się przesłanie, ja powiem temat spektaklu). Tak się składa, że najskładniej brzmią zdania napisane zazwyczaj zanim utwór znajdzie swoje sceniczne odbicie. Tego współczesny teatr nie chce rozumieć. Nader często spektakle są krótszymi lub dłuższymi polimerami znaków, obrazów i dźwięków, a aktorzy realizują wiwisekcję z ejakulacją opięci przez reżysera mentalnymi pasami szachida. Widz w emocjonalnym szantażu siedzi ściśnięty między wyłącznie swoimi rozumieniami, które galopują jak opętane poganiane muzyką i gołym tyłkiem. Taki teatr nie przynosi katharsis, choć niewątpliwie działa przeczyszczająco.

Teatr, w którym na początku było słowo i na końcu jest zdanie zdarza się rzadko. Taką, wcale udaną, próbą jest “Kordian” Juliusza Słowackiego w Teatrze Narodowym w reżyserii Jana Englerta. Polecam przypomnieć sobie lekturę przed wizytą w teatrze. Sam z zaskoczeniem odkryłem jak lekko mi się ją po latach czytało i jak bardzo jest ona aktualna. Englert kładzie nacisk na ironię, dwuznaczność i gorzką refleksję na temat narodu, jaką niewątpliwie zapisał w swym dziele Juliusz Słowacki. W jego czasach był to akt intelektualnej odwagi. Widzimy więc po pierwsze, że Kordian nie jest jednostką, to postawa, rola rozpisana na wiele postaci, od dziecka po dojrzałego mężczyznę – jakby ta rola przypadała w udziale pokoleniom Polaków. Rola niewdzięczna, oszukańcza w zamyśle. Kakofonicznie wybrzmiewa rozdźwięk pomiędzy Kordiana tęsknotą za wielkim czynem i momentem, kiedy pada pod naporem Strachu i Imaginacji, aby za chwilę znów niepotrzebnie ryzykować, ku radości Księcia Konstantego, który i tak go nie może wybawić od kary. Ten rozdźwięk wybrzmiewa również dosłownie. Kilkakrotnie w przedstawieniu jesteśmy świadkami wzajemnie się znoszących narracji, melodii, kakofonii tłumu, momentów wszechwładzy chaosu, co uzupełnione przez wysmakowane muzycznie fragmenty opowiada naszą rzeczywistość – wzniosłą i byle jaką na przemian, lub jednocześnie.

Od szkoły pamiętam, że u Mickiewicza Polska była narodów Mesjaszem, a u Słowackiego Winkelriedem. Robiliśmy porównania, która postać godniejsza. Tymczasem Winkelried, który zebrał włócznie wrogów i we własną pierś włożył dokonał ofiary tyleż imponującej, co samodestrukcyjnej, żeby nie powiedzieć, idiotycznej. Niweczącej jego samego. A skoro Polska nim jest, to wprost wypływa wniosek, że być Winkelriedem narodów jest przynajmniej nieroztropnie. Rama sceny, rozświetlona żaróweczkami rodem z kabaretu lub wodewilu już na wstępie sugeruje nawias, dystans, ironię… Dmuchana kula ziemska na myśl mi przywiodła igraszki Chaplina z dmuchanym globem w filmie “Dyktator”. I tak dalej, i tak dalej…

Uwagę zwraca wyważona i bezlitośnie rzeczowa interpretacja Jerzego Radziwiłowicza, jako starego Kordiana, który przejmuje również rolę Prezesa w scenie Spisku podchorążych. Polecam uczniom i nauczycielom, dla których wiersz jest jak hel i mgła do kupy wzięta, uniemożliwiająca zrozumienie tekstu i jego sensu, szczególnie tego potocznego, opartego na rozmowie postaci. Radziwiłowicz ujawnia sceniczny geniusz Słowackiego. Żaden z polskich romantyków nie umiał pisać takich dialogów. Decyzją Inscenizatora nie ma również postaci Grzegorza, w którym Jan Englert wyczytał tony anielskie i szatańskie podszepty. Podzielił tę rolę między Danutę Stenkę (Archanioła) i Mariusza Bonaszewskiego (Szatana). W jednej z najciekawszych scen przedstawienia proponują Kordianowi dwie alegorie opisujące z jednej strony rzeczywistość, a z drugiej mitologię Polaków. Archanioł opowiada o bohaterskim Kazimierzu, a Szatan Jasiu, co “psom szył buty”. Znów naprzemiennie, wchodząc sobie w słowo, jakby walkę o duszę Kordiana toczyli. O duszę Polaka.

Englert nie daje jednoznacznych odpowiedzi, choć szacunek pełny za konsekwentną wiarę w sens słów i scen. W sens w ogóle. Przedstawienie to chce mieć znaczenie i w zasadzie w pełni się to udaje. Żal mi sceny Car – Konstanty, z której zrezygnowano, być może w tym układzie dramaturgicznym mogłaby rytm zaburzyć. Tak sądzę. Choć żal, bo to jeden z najpyszniejszych dialogów poprzedzony genialnym monologiem Cara. Dyrektor Englert stawia na inscenizację, w spektaklu występuje cały zespół, bo przedstawienie zrealizowano z okazji 250-cio lecia istnienia sceny narodowej w Polsce. To dodatkowy powód, żeby je zobaczyć. Wszystkim tym, którzy nie mieli okazji przyjrzeć się klasycznemu podejściu do inscenizacji polecam wizytę w Narodowym. Będzie o czym myśleć. Zaufanie, jakie mam do Jana Englerta kazało mi akceptować jego pomysły a priori (nie ma szans, żeby nie były one przez niego przemyślane) i czasami z wysiłkiem intelektualnym poskładać je w logiczną całość. To lubię. Tak mam. Lubię teatr dla głowy, nie lubię teatru dla jaj.

Jacek Sut

Włączać albo włanczać – oto jest pytanie!

Miałam szczęście! Brałam udział w kilku spotkaniach, podczas których pan profesor Radosław Pawelec z Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego przypomniał mi, jakim ciekawym i wymagającym jest język polski.

Niestety w codziennej praktyce mówimy często mało starannie. Jednak warto, naprawdę warto, zdobyć się na trochę wysiłku, bo przecież poprawność języka jest wizytówką każdego z nas.

Pamiętamy słowa Mikołaja Reja z 1562 roku :”A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”. Myślę, że kierował je także do nas ̶ następnych pokoleń ̶ i miał rację!

Zaczynając cykl na temat poprawnej polszczyzny, chciałabym w pierwszej kolejności uporządkować ostatnio akcentowaną sprawę czasownika włączać i jego pokrewnych form.

Jakże często słyszymy błędne wersje:

anczać,                 zamiast prawidłowego               włączać (czytaj: włonczyć)

            wyłanczać,                  zamiast prawidłowego            wyłączać (czytaj: wyłonczyć)

            przełanczać,               zamiast prawidłowego          przełączać (czytaj: przełonczyć)

            rozłanczać,                 zamiast prawidłowego          rozłączać (czytaj: rozłonczyć)

            dołanczać,                  zamiast prawidłowego              dołączać (czytaj: dołonczyć).

 

Dziwne, bo przecież nie mamy na ogół wątpliwości w przypadku rzeczowników takich jak wyłącznik, załącznik, rozłąka itp. No to, dlaczego tyle kłopotu z czasownikami?

A no dlatego, że mamy w języku polskim pewne analogie, które wprowadzają nas niechcący

w błąd. Często formie dokonanej czasownika odpowiada forma niedokonana z wymienioną samogłoską o na a. Przykładów jest wiele: przeprosić ̶ przepraszać, wdrożyć ̶ wdrażać, wykończyć ̶ wykańczać itp. A w czasownikach włączać i jego pochodnych zachodzą zupełnie inne zmiany, ale ą pozostaje w obu formach niezmienione. I mamy: ączyć ̶ włączać, dołączyć ̶ dołączać, przełączyć ̶ przełączać itp.

I to jest urok języka polskiego ̶ urozmaiconego i wymagającego! A my sprostamy jego wymogom!

A teraz krótkie ćwiczenie.

Proszę przeczytać na głos poniższe zdania.

Nie włączaj radia w samochodzie.

Zawsze wyłączam kuchnię przed wyjściem z domu.

Często do umowy dołączane są załączniki.

Dlaczego tak szybko rozłączasz telefon?

Po meczu przełącz telewizor z powrotem na film.

Łatwe? Łatwe!

Jeżeli mają Państwo jakieś propozycje do omówienia w kolejnych edycjach moich porad językowych,

to proszę o e-maile w tej sprawie.

Łączę wyrazy szacunku

Renata Nowacka

r.nowacka@pomyslnajozefoslaw.pl

Moje spotkania z Niepodległą

W czasie ostatniego zebrania członków stowarzyszenia „Nasz Józefosław i Julianów”, Jacek Sut (ten pan z trzeciej strony „Sąsiadów” uśmiechający się zalotnie do reklam), poprosił mnie o kilka osobistych refleksji związanych z Dniem 11 Listopada w Piasecznie. Do dzisiaj nie wiem dlaczego to ja zostałem wpuszczony w ten „lokalny zaułek”, ale widać zaimponowało redakcji, że od dawna mieszkam w Julianowie, że jako historyk mam wiedzę, że moja dziennikarska ręka uzbrojona w pióro ciągle jeszcze nadąża za galopadą myśli, a brzemię noszonych lat wyryte na twarzy, z powodzeniem (według redaktorów) może kojarzyć się ze zbliżającą się setną rocznicą Niepodległości. Niestety, nie czytam w cudzych myślach, lecz te wszystkie scenariusze przyjmuję jako prawdopodobne. Ale teraz do rzeczy.

Otóż kilka miesięcy temu, a było to wczesną wiosną, ogarnęła mnie nagła i nieodparta chęć odwiedzenia Lasu Kabackiego. Droga z Julianowa, jak wiadomo wiedzie nowym deptakiem, a tam w polu mojego widzenia pojawił się taki oto widok: Zamiast krzykliwych wróbelków bijących się na ścieżce rowerowej o psie pozostałości, zamiast watahy buchtujących dzików, co u nas także od dawna jest widokiem normalnym, rzucił mi się w oczy obraz, którego nie spodziewałem się ujrzeć. Otóż nagle zobaczyłem dwóch, dawno nie golonych, wymachujących z podniecenia rękami osobników. Obok leżały najprostsze wykrywacze metali. Cóż, oprócz kamieni, można znaleźć wiosną na kartoflisku za kanałkiem – pomyślałem? Od dawna jestem krytyczny wobec wszystkich domorosłych eksploratorów i dlatego pozwoliłem sobie nieco zaczepnie wyrazić opinię o d…. mamuta i widocznych gołym okiem błędach ewolucji, na co w ripoście usłyszałem grzeczne zaproszenie: choć pan bliżej i sam popatrz. Podszedłem i ten mniej pryszczaty ze słuchawkami, które bez wątpienia zniekształciły w jego uszach sens mojej tyrady, zamiast odnalezionego brakującego ogniwa spajającego proces dziejowy (stąd to podniecenie), położył mi na dłoni zardzewiały kawałek okrągłej wytłoczonej blachy wielkości pięciu złotych. Przyjrzałem się i nagle spoważniałem. Trzymałem autentyczną, wojskową rozetę z otoka czapki maciejówki używanej pod koniec Wielkiej Wojny przez żołnierzy Polskiej Siły Zbrojnej. Zacząłem wygrzebywać z pamięci znane mi fakty. Tak, to przecież żołnierze legioniści utworzyli w lutym 1917 r. Polską Siłę Zbrojną. Po „kryzysie przysięgowym” Józefa Piłsudskiego, w lipcu tego samego roku żołnierze I i III Legionu – ci, co byli bardziej zapatrzeni w swego wodza, zostali internowani w obozach w Beniaminowie i Szczypiornie, zaś II Legion dotrwał u boku państw centralnych aż do połowy lutego roku następnego. Wówczas to, w nocy z 16-go na 17-go, w proteście przeciwko aspiracjom Ukrainy do naszej Chełmszczyzny, popieranym przez Trójprzymierze, żołnierze ci przedarli się pod Rarańczą przez front austriacko -rosyjski i połączyli się z jednostkami polskimi w Rosji. W październiku 1918r. Polska Siła Zbrojna podporządkowana została Radzie Regencyjnej, a w listopadzie tegoż roku, ugrupowanie liczące 9 tys. żołnierzy weszło w skład Wojska Polskiego. Tak to widzą historycy. I oto teraz, w 2015 roku, tu, na józefosławskim kartoflisku czekała na mnie wyjątkowa niespodzianka. Przez chwilę miałem w ręku muzealny eksponat sprzed wieku. Opanowało mnie wzruszenie ale też i niesmak, bo zapewne za chwilę zostanie on sprzedany na najbliższym bazarze.

Teraz następne skojarzenie. Prawie 20 lat temu, bo w 1996r. wraz z małżonką, jako oficer WP i dziennikarz radiowy, a Hanka jako dokumentalistka, udaliśmy się do USA na zaproszenie Hieronima Wyszyńskiego – Komendanta Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce na obchody rocznicy „Dnia Żołnierza”. Tym razem uroczystości zorganizowano w Doylestown, czyli w amerykańskiej Częstochowie. Wspomniane Stowarzyszenie powołali do życia w 1917r. Polacy ze Stanów Zjednoczonych, udający się do Francji do formowanych tam z inicjatywy Romana Dmowskiego oddziałów, nazwanych później Armią Hallera. Po tych kilku faktach refleksja osobista, ale istotna z uwagi na postać Dmowskiego – architekta naszej niepodległości. Moja prababka po kądzieli Marianna Dmowska i ojciec Romana Dmowskiego, Walenty byli krewniakami i pochodzili z tego samego zaścianka szlacheckiego – Dmochy Rogale, leżącego na Podlasiu. A nasi rodacy z Ameryki? Trzeba tu wyraźnie podkreślić, że ich niezwykły patriotyzm (co dzisiaj niektórzy nazywają obciachem) i determinacja w decyzji „rzucenia się przez morze” zaowocowała wskrzeszeniem Polski. Prześladowani przez Brytyjczyków przedzierali się przez blokady morskie, nie zawsze trafiając prosto do Legionów. Natomiast Hallerczycy, jak zapewne pamiętamy, walczyli najpierw w 1919r. w Galicji Wschodniej i na Wołyniu, a w 1920r. część składu armii wcielono do Wojska Polskiego i skierowano do walki z bolszewikami. Błękitną Armię (tak nazywano to zgrupowanie z uwagi na kolor umundurowania), obliczano na 70 tysięcy emigracyjnych żołnierzy, a wśród nich najwięcej, bo ponad 25 tysięcy, pochodziło z USA. Ojczyzna była biedna i zdemobilizowani polonusi po trudach walk frontowych ruszyli w drogę powrotną do USA wyposażeni jedynie w dobre słowo i blaszane krzyże, na których wyryto napis: „Swoim żołnierzom z Ameryki – oswobodzona Polska”. Wstyd się przyznać, bo ja na to żadną miarą nie zasłużyłem, ale w Doylestown w Pensylwanii w czasie uroczystości żołnierskich mnie również wręczono na pamiątkę takie właśnie historyczne odznaczenie, które wśród innych, a mam ich wiele, cenię sobie najbardziej. Oto historia dwóch niepozornych blaszek przypominających polski Listopad. Ta z Józefosławia, widziana zaledwie przez moment, ale dobrze zapamiętana oraz ta ze Stanów, dla której w swym domu znalazłem godne miejsce tuż obok szabli oficerskiej.

I jeszcze trzecia odsłona tego samego spektaklu, może najważniejsza. Warto pamiętać, że Piaseczno również włożyło swój skromny wkład w odzyskanie przez Polskę niepodległości. W parku miejskim przy ulicy Chyliczkowskiej znajduje się mocno podupadły dworek nazywany „Poniatówką”. To tam w listopadzie 1918r. mieścił się posterunek żandarmerii. Ówczesny naczelnik straży ogniowej, z zawodu aptekarz Wacław Kaun, przybył z ekipą na sygnale pod dworek, zagroził Niemcom sikawką, a przerażona załoga opuściła budynek, grzecznie złożyła broń i pod czujnym nadzorem legionisty o nieustalonym nazwisku została dostarczona kolejką dojazdową na warszawski odwach. Od tego momentu także nasze miasto wybiło się na niepodległość. Dzielnego strażaka, z wdzięczności za skuteczną akcję rozbrajania, po dwóch dniach wyniesiono na urząd burmistrza Piaseczna.

Na tym właściwie można by zakończyć opis tych wydarzeń, pomyślnych dla wspomnianego włodarza i grodu nad Perełką, ale niestety tragicznych dla „Poniatówki”. Burmistrz zmarł w 1926r. i ma święty spokój, natomiast historyczny dworek, choć popadł w ruinę, jakoś nie zechciał się do końca rozpaść. Może więc starostwo powiatowe przypomni sobie o swych właścicielskich powinnościach i przed setną rocznicą odzyskania niepodległości postara się o unijne fundusze, dołoży swój koalicyjny grosz i ruszy zabytkowi z odsieczą? W Piasecznie przecież brakuje prawdziwego muzeum. Poruszony sytuacją wołam w ślad za księdzem Kamińskim, „niegdyś kawalerem wielkiej fantazji” z „Trylogii” Henryka Sienkiewicza: Na Boga, Panie Starosto! Larum grają, „Poniatówka” w niebezpieczeństwie… A Ty się nie zrywasz. Czemu milczysz? Konceptu Ci chyba nie brakuje! Ratuj obiekt!!! Historia zaniedbania nie wybaczy.

Jan Romuald Krzyżewski

Historia hybrydowej motoryzacji

W poprzednim numerze pisaliśmy o historii samochodów elektrycznych. W tym przybliżymy historię aut hybrydowych. Samochody te, to wynik kompromisu konstruktorów pomiędzy ekonomiką jazdy (minimalizacją spalania oraz emisji CO2 do atmosfery) i komfortem użytkowania (w tym przypadku znacznym zwiększeniu zasięgu podróży takim samochodem na jednym ładowaniu i/lub tankowaniu). Samochody hybrydowe to pojazdy wyposażone zawsze w dwa rodzaje napędów. Pierwszy to oczywiście silnik spalinowy, a drugi to jeden lub więcej silników elektrycznych. Technologia w zależności od producenta, a czasem i od modelu, jest różna. Kluczową cechą aut hybrydowych jest system odzyskiwania energii podczas hamowania. Przykładem jest popularny, dzięki stosowaniu go w Formule 1, system KERS (Kinetic Energy Recovery System). Innowacyjność tego rozwiązania w porównaniu do innych znanych systemów odzyskiwania energii polega na zastąpieniu akumulatorów nowoczesnym kondensatorem mogącym błyskawicznie ładować się i przechowywać duży ładunek elektryczny. Pierwowzór takiego systemu opracowano w 1967 roku w American Motor Corporation.

Wróćmy jednak do samochodów. Przyjmuje się, że pierwszym samochodem hybrydowym był pojazd Porsche – Lohner Porsche Mixte Hybrid, znany też jako Semper Vivus (Wiecznie Żywy).

Samochód pokazany był po raz pierwszy na wystawie światowej w Paryżu w 1900 roku. Pierwsze egzemplarze miały napędzaną tylko przednią oś, a późniejsze już obie. Oczywiście koła napędzane były silnikami elektrycznymi, a silnik spalinowy (benzynowy) pełnił rolę generatora prądu. Samochód poruszał się z maksymalna prędkością 35 km/h i miał rewelacyjny jak na owe czasy zasięg 200 km. Porsche sprzedał aż 300 egzemplarzy tego modelu.

Innymi ważnymi pojazdami hybrydowymi w historii motoryzacji były modele:

– samochód Ericha Gaichen’a z 1931 roku. Baterie w tym aucie ładowały się w trakcie zjazdów ze wzniesień.

– Opel GT z 1979 roku. Twórca tego samochodu – David Arthurs przyczynił się do rozwoju technologii odzyskiwania energii z hamowania. Opel mógł się poszczycić średnim spalaniem na poziomie 3,1 l na 100 km/h.

– Audi C3 100 Avant Duo z 1989 roku. Samochód wykorzystywał silnik elektryczny w mieście, natomiast w trakcie podróży pozamiejskich pracował silnik spalinowy. Z powodu słabej wydajności silnika elektrycznego samochód nie zyskał popularności wśród klientów. Wyprodukowano zaledwie 10 egzemplarzy.

Prawdziwy sukces hybrydowej motoryzacji przyszedł dopiero pod koniec XX wieku, między innymi za sprawą Toyoty Prius – pierwszego powszechnie dostępnego samochodu tego typu na rynku.

Później dołączyły do niej inne japońskie marki: Lexus, Honda, Mitsubishi, Nissan oraz europejscy producenci.

W segmencie aut hybrydowych ciekawą propozycją są samochody tzw. Plug-In lub PHEV (plug-in hybrid electric cars) – auta, popularnie mówiąc, z wtyczką. Akumulatory takich samochodów można doładowywać z zewnętrznego źródła, również ze zwykłego gniazdka elektrycznego. W tym przypadku za pierwsze seryjne auto uważa się samochód chińskiego producenta BYD – F3DM PHEV-62 z 2008 roku.

Do hybrydowych samochód osobowych już przywykliśmy. Często jednak nie zdajemy sobie sprawy, że i autobusy komunikacji miejskiej wykorzystują tą technologię. W Warszawie pierwsze takie pojazdy pojawiły się już w 2012 roku.

CDN.

na fot. Semper Vivus 5 (materiały prasowe Porsche)

Michał Baranowski

http://eco-driving.info

Stołówka nie tylko ptasia

Koniec lata i początek jesieni to czas kiedy rośliny wydają swe plony w postaci różnych owoców i nasion, a te mogą być nie tylko ozdobne, ale również bardzo użyteczne. To znakomita stołówka dla ptaków i innych drobnych zwierząt pozwalająca im lepiej przetrwać zimę. My także możemy korzystać z wartości leczniczych i smakowych owoców bardzo wielu roślin.

Najprostszym przykładem jest „dziko” rosnący bez czarny (Sambucus nigra). Wiosną z jego kwiatów możemy zrobić wyjątkowo smaczny i aromatyczny sok lub nalewkę. Natomiast przetwory z owoców są znakomitym lekarstwem przy przeziębieniach. W ogrodzie możemy posadzić dużo ciekawsze, czerwonolistne odmiany tego gatunku : Black Tower –o pokroju kolumnowym, zajmujący w ogrodzie mniej miejsca oraz krzaczaste Black Lace i Thandercloud

Kolejną ciekawym gatunkiem jest nieszpułka (Mespilus germanica). Jest to prawie u nas nieznana, ciekawa roślina jadalna. Była uprawiana w Europie od ponad 2 tysięcy lat. Przyjmuje się, że to najstarszy, uprawiany od starożytności gatunek wśród roślin owocowych. Jej owoce są jadalne po przemrożeniu, posiadają oryginalny, kwaskowaty smak. Sama roślina jest dużym krzewem, dorastającym do 4 metrów wysokości i kwitnącym na biało. Owoce są podobne do małych jabłek lub gruszek. Mają średnicę 2 – 4 cm. Są barwy brązowej lub brązowozielonej. Smak nieszpułki przypomina nieco smak gruszki lub daktyli. Można je spożywać na surowo, robić kompoty, dżemy lub galaretki. Dodatkowym walorem ozdobnym nieszpułki jest jej jaskrawo pomarańczowe jesienne przebarwienie.

Syrop z owoców bzu czarnego: Syrop sporządzamy z 1 kg owoców zasypujemy 0,5 kg cukru oraz dodajemy szklankę wody. Całość gotujemy, aż do uzyskania syropu, nie dopuszczając do zbyt długiego wrzenia. Rozlewamy do przygotowanych uprzednio naczyń, przecedzając nasiona i resztki po owocach. Syrop podaje się jako środek witaminizujący i wzmacniający w dni obarczone ryzykiem przeziębienia oraz jako środek lekko napotny przy przeziębieniach – po 2 łyżki na szklankę dwa razy dziennie. Syrop działa też jako środek moczopędny oraz przeciwzapalny.

Nalewka z owoców bzu czarnego: Wyśmienity leczniczy trunek. 500 g owoców bzu czarnego zalewamy 1 szklanką wódki i odstawiamy na tydzień. Następnie wyciskamy przez płótno. Zażywamy po kilka łyżeczek na szklankę herbaty, jako środek w chorobach przeziębieniowych ,napotny i wzmacniający.

Joanna Widaj

acrocona.pl

Dyskusyjny Klub Filmowy

Pomiędzy salą koncertową i szatnią izabelińskiego domu kultury stoi tablica reklamująca najbliższe pokazy filmowe. Poza terminami i cenami biletów widnieje następująca informacja: warunkiem odbycia seansu jest obecność min. dwóch osób. Dopisek ten wywołuje uśmiech pobłażania, może nutkę współczucia, ale także podziw dla organizatorów. Może tak wygląda współczesne kino, więc nie próbując przebić głową muru niskiej frekwencji myślę sobie, dobre i dwie osoby. Bo we dwie osoby można już porozmawiać. Luksusowy temat rozmowy, jakim jest film, zastąpi dyskusję o wyniku wyborów, niespłaconym kredycie lub uciążliwych dojazdach do miasta. Rozmowa będzie poprzedzona projekcją, która spełni wszystkie warunki dobrego seansu. Specjalnie dobrany tytuł, kinowa sala, cisza, ciemność, doświadczenie czegoś innego, unikalnego, niepowtarzalnego i bezcennego w czasach portali społecznościowych. Chodzi o rozmowę minimum dwóch osób. Usiądą obok siebie w pustej sali, a potem utną sobie pogawędkę z prawdziwego zdarzenia.

DKF to skrót od Dyskusyjnego Klubu Filmowego. Organizacji zrzeszającej kluby filmowe w Polsce w latach 50-tych. Powstały one na wzór francuskich klubów dyskusyjnych z początku XX wieku. Idea oglądania filmów z półki dla wymagającego widza, połączonego z rozmową, poprzedzona komentarzem, zakończona przemyśleniem i konfrontacją poglądów, przyjęła się we francuskich wyższych sferach i gładko przeszła do polskiej, wymęczonej systemem inteligencji. DKF-y były ostoją wolności słowa, namiastką wyrażenia własnych myśli i poglądów pod przykrywką krytyki filmowej. Zapatrzeni w postać Cybulskiego na ekranie młodzi ludzie, z papierosami w ustach i zapuszczonymi brodami, zastanawiali się nad granicami moralnymi głównego bohatera, nad ukrytym przesłaniem, które niesie za sobą każde dzieło filmowe. Dyskutowali.

Idea DKF-ów wraca! Ze zdwojoną mocą. Na warszawskim Mokotowie, w kultowym kinie Iluzjon, rozpoczęła się seria pokazów połączonych z dyskusją kierowana do licealistów pod tytułem: Młodzi Gniewni. Niech ten nowy-stary styl wejdzie także na salony podwarszawskich miejscowości. Zamiast bić się z myślami, czy ładować się do samochodu na kolejną przejażdżkę ulicą Puławską, założę kaptur, owinę się szalem i przejdę się na pokaz filmowy do lokalnego domu kultury. Obejrzę starannie wyselekcjonowany film z repertuaru Hitchkocka lub Buñuela, a może wybiorę lżej trochę i przypomnę sobie klasykę Goerge’a Lucasa albo Stevena Spielberga. Następnie w obecności krytyka filmowego lub ciekawego twórcy porozmawiam o filmie z innym, choćby tylko jedynym, widzem. Idea DKF w Józefosławiu i Julianowie pojawiła się niedawno i tli się powoli, żeby pewnego dnia rozbłysnąć i nadać naszej okolicy świeżego blasku.

Bo dobre jest blisko. Jeśli tylko uda się przyjść choćby dwóm widzom na pierwszy, a potem drugi pokaz, może na kolejnym pojawi się ktoś trzeci. Od trzech osób zaczyna się tłum.

 

Aleksandra Bańkowicz

Mikołajkowy Wyścig Psich Zaprzęgów w miejscowości Runów k. Piaseczna

plakat_10oficjalnyWyścig Psich Zaprzęgów w warunkach bezśnieżnych odbywać się będzie w przeddzień Mikołajek, czyli 5 grudnia 2015r. w miejscowości Runów.

Aktywni z żyłką sportowca opuszczą swoje przydomowe parki, lasy i ścieżki biegowe, aby wyrwać się na ten wyjątkowy dzień i stanąć w szranki z podobnymi sobie. Tak więc dla każdego szykuje się coś miłego, na jego możliwości: Nordic Walking (dzięki Gabrytm i Fundacji Żyj Aktywnie Po 50-tce) Canicross (bieg z psem upiętym na smyczy z amortyzatorem), bikejoring (jazda na rowerze ciągniętym przez psa), to dwie z najprostszych do dołączenia kategorii dla każdego kto dba o zdrowie swoje lub też swojego czworonoga. Ponadto „hulajnogi” i trój- i czterokołowe wózki dla wprawionych maszerów o odpowiednim sprzęcie jak i zespołem psów, z którymi wiąże ich wspólny cel – biec! biec! biec!

W okolicznym Lesie Chojnowskim, w Lesie przy miejscowości Runów istnieją wspaniałe warunki do sportów pieszych, konnych, rowerowych jak i do psich zaprzęgów – warto mieć to na uwadze planując kolejne weekendy.

Za merytoryczne przygotowanie imprezy odpowiadać będzie Hodowla Psów Zaprzęgowych z Klanu Wydry oraz Takuna, którzy wspólnie z pozostałymi organizatorami przygotowywali dwie pierwsze imprezy z cyklu, względem których Mikołajkowy Wyścig 5 grudnia 2015r. będzie trzecim i najważniejszym wydarzeniem organizacyjnym tego roku. Z kolei prowadzeniem imprezy zajmie się guru Polskich Wyścigów Psów Zaprzęgowych – Radosław Ekwiński.

Pierwsze psy wystartują wraz z wybiciem godziny 11:00, tak więc przygotujcie się na długi sobotni, pełny sportu dzień. O 14:30 rozpocznie się oficjalne wręczanie nagród przez Burmistrza Miasta i Gminy Piaseczno, Sołtysa Miejscowości Runów jak i Starostwa Powiatowego, którzy stanowią partnerów honorowych wydarzenia organizowanego w Osadzie Psów Północy.

Na miejscu nie może zabraknąć Mikołaja, który tym razem przyjedzie do nas Kolejką i przywiezie niespodzianki.

Jeśli nie wiecie jeszcze jak dojechać na to wydarzenie to zamówcie bilety na Piaseczyńsko-Grójecką Kolej Wąskotorową, która swój pobyt na miejscu imprezy przewiduje przez cały okres trwania wyścigów, lub dojedźcie na rowerze, pieszo, czy też samochodem.

Więcej szczegółów na stronach:

Szczegóły Osada Psów Północy: http://www.fb.com/OsadaPsowPolnocy

Szczegóły Kolej: http://www.kolejka-piaseczno.pl/

Hodowla Psów Zaprzęgowych Z Klanu Wydry oraz Takuna: www.alaskanmalamt.pl i www.takuna.pl

Klimat nam się psuje od głowy

Będzie na poważnie. Nie ma już chyba w naszej częsci Europy kraju, ani człowieka, który by nie dostrzegł zmian w pogodzie. Śniegu jak na lekarstwo od co najmniej dwóch lat. Upały nie kończą się wraz z wakacjami. Jadąc ścieżkami lasu Kabackiego obserwujemy niepokojący obrazek stuprocentowej jesieni pod nogami, gdzie uschnięte liście tworzą solidny już dywanik i pełni lata na drzewach, gdzie wciąż jeszcze jest zielono. Trochę się to – przyznajcie sami – nie zgadza. Zastanawiając się na efektem cieplarnianym odbijamy się od ściany do ściany wplątywani co i rusz w dyskusje nie do końca rzetelene i niezbyt często uczciwe. Polscy naukowcy z Politechniki Wrocławskiej zamierzają w tym miesiącu zbadać empirycznie rozkład freonu w stratosferze – jako pierwsi na świecie. Skonstruowali urządzenie, które wysyłają balonem do góry. Freon został okrzyknięty złoczyńcą już dawno. Większość państw świata cywilizowanego (z wyjątkiem największych jego producentów – USA i Chin) już go nie produkuje. Reszta poniosła olbrzymie koszty zmian technologicznych, choćby w przemyśle chłodniczym. Jak wiadomo, gdzie ktoś ponosi koszty, tamktoś inny zarabia. Ścierają się więc opinie i oskarżenia. Z jednej strony słychać o niszczącym wpływie działań człowieka, a po drugiej stoją naukowcy twierdzący, że nasz wpływ na choćby ilość wytwarzanego dwutlenku węgla nie przekracza 4% w skali globu. Prof. Wolszczan kiedyś mi tłumaczył, że i tak wszystko zależy od aktywności wulkanów, a ekolodzy toczą wojnę z lobbystami szeroko pojętego przemysłu wydobywczego paliw kopalnych. Galimatias jest potężny, nierzadko podsycany celowo i za grube pieniądze.

Zastanówmy się więc tak po prostu. Po pierwsze na czym z grubsza efekt cieplarniany polega? Atmosfera Ziemi zaczęła się zachowywać jak goretex i przepuszcza ciepło tylko w jedną stronę. Na dół. Dziura ozonowa powoduje, że więcej promieniowania podczerwonego się na Ziemię dostaje i zamiast, jak to było przez miliony lat, odbić się i wrócić w kosmos zostaje ono zatrzymane przez rosnącą warstwę innych gazów, w tym dwutlenku węgla.
Ziemia jest miejscem unikalnym, enklawą, gdzie rozwinęło się życie. Podobne warunki miały planety sąsiednie i warto pomyśleć, co tam poszło nie tak? Wiemy, że na Marsie na pewno była woda. Na Wenus w dzień temperatura sięga 500 stopni Celsjusza, a w nocy przekracza 400. I nie chodzi o bliskość Słońca, bo Merkury, który jest przecież znacznie bliżej, w dzień ogrzewa się do „jedynie” do 350 stopni, a w nocy cierpi mrozy dwustustopniowe. Na Wenus mamy więc do czynienia z efektem cieplarnianym w swym najkoszmarniejszym wydaniu.
Co sprawiło, że Ziemi i nam się do tej pory udaje? Prawdopodobnie algi. Czyli organizmy żywe, które zdążyły się tutaj wykształcić, zanim temperatury przekroczyły punkt krytyczny, i które… zaczęły pochłaniać dwutlenek węgla z atmosfery. Przez miliony lat roślinność Ziemi odsysała ten gaz z otoczenia, przykrywając własne szczątki kolejnymi warstwami obumierających organizmów. Tak powstały olbrzymie złoża węgla, ropy i gazu. Ludzie, a w zasadzie kilka gigantycznych korporacji i państw nie robią dziś nic innego jak wydobywają na powierzchnię zmagazynowany w ciągu milionów lat dwutlenek węgla, po czym my sami spalając paliwa wyrzucamy go w atmosferę. Dzieje się tak od niecałych stu lat, trudno więc mówić o jakichkolwiek proporcjach. Po jednej stronie mamy całą historię ekosystemu planety, a po drugiej chciwość i bezmyślność kilku ludzkich pokoleń. Niestety Polska przoduje w bezmyślnym i bezkrytycznym popieraniu przemysłu węglowego. Sami przyznajemy, że mamy go jeszcze na całe… 200 lat. Więc po co się martwić i o co to całe zamieszanie. Przecież nas już nie będzie, kiedy ten cudowny, węglowy projekt wypali się do reszty.
Nie jestem naukowcem. Swoją wiedzę opieram na rozmowach z mądrzejszymi od siebie. Być może badania nad freonem w ramach projektu FREDE (z Politechniki Wrocławskiej) staną się początkiem poważniejszych działań. Zastanawiam się, co sam mogę zrobić dla ochrony klimatu? Oszczędzać wodę. Nie tylko ze względu na kosmiczne (po tym lecie) rachunki. Ograniczyć zużycie prądu, mniej jeździć samochodem, dbać o segregację odpadów i czystość w najlbliższym otoczeniu. Tyle mogę ja. Może wśród Was są tacy, którzy mogą więcej?
Wojtek Smarzowski

Robienie filmów nie jest najważniejsze.

Jacek Sut:

Tradycją naszą jest zadawanie prostych pytań: Jak to się stało, że jesteś tym, kim jesteś?

Wojtek Smarzowski:

(pauza) Z nudów chyba. Wychowałem się w małym miasteczku, w Jedliczu, gdzie były dwie atrakcje: Klub Sportowy „Nafta” i kino „Nafta” – nie mówię o alkoholu. Tak więc trochę kopałem i trochę chodziłem do kina. Na sportowca się nie nadaję, więc wyszło, że jestem reżyserem. Oglądałem tygodniowo 5-6 filmów. Tydzień w tydzień. Po liceum nie chciałem jednak jechać do szkoły filmowej, nie miałem jeszcze na siebie pomysłu. Uciekałem głównie przed wojskiem, więc byłem w kilku szkołach, które zaczynałem i nie kończyłem po to tylko, żeby nie pójść do wojska. I w jednej z tych szkół, w Krośnie, spotkałem ludzi, którzy mi otworzyli oczy na to, jak oglądać filmy. Że to, żeby podążać za akcją, to jedno, a to, żeby tam szukać znaczeń, to drugie. To pierwszy ważny element, a drugi jest taki, że spotkałem tam też Andrzeja Szulkowskiego, później mojego operatora, Edwarda Durdę, Roberta Rozmusa i kilka osób, które już do tej Łodzi regularnie jeździły na egzaminy i chciały być aktorami, operatorami, filmowcami… Ja też więc pojechałem do Łodzi… i od razu wszystko oblałem. W następnym roku już się przygotowałem do tych egzaminów. No i byłem pod kreską, drugi pod kreską… To było bolesne bardzo. Dopiero za trzecim razem się udało dostać. No i już.

J.S.:

Ale dostałeś się przecież na wydział operatorski?

W.S.:

Oczywiście! Bo wychodziłem z założenia, że jak na operatorskim jest 8 miejsc, a na reżyserii 6, to łatwiej będzie się dostać na wydział operatorski. Sam wiesz, że było po 300 kandydatów na te miejsca, więc chyba dobrze wykombinowałem.

J.S.:

I jak ci szło?

W.S.:

Wiesz jak jest. Zawsze tam kogoś w końcu wyrzucają, więc i mnie wyrzucili. Jednak nieskutecznie. Kończyłem te szkołę w 5 lat zamiast w 4. Najważniejsze jednak jest to, że już tam zrozumiałem, że jak sobie sam nie napiszę scenariusza, to nikt za mnie tego nie zrobi. Specyfika tej szkoły była taka, że to reżyser dobierał sobie operatora. Ponieważ ja… (pauza) …jakąś mam pewnie trudność (śmiech), to nikt mnie nie wybierał. Ja jestem raczej odludkiem, a film jest pracą zbiorową, wiec nie ma tu żadnej skargi, to była tylko moja wina. Zrozumiałem, że jestem “nieprzysiadalny” i na trzecim roku napisałem scenariusz „Małżowiny” i już wtedy myślałem – nie, że miałbym być od razu reżyserem, ale że nakręcę swój film.

J.S.:

Kiedy skończyłeś szkołę, to pracowałeś jako operator?

W.S.:

Tak zarabiałem na życie. Jako wynajmowany operator, który robi zdjęcia do jakichś programów telewizyjnych, reportaży, do newsów… I chciałem zrobić „Małżowinę” jako film, nawet kamerę kupiłem, trzydziestkę piątkę (kamera filmowa na taśmę 35 mm – red.), ale przerosło mnie to finansowo i w sumie dopiero po latach udało się zrobić tę „Małżowinę” w Teatrze Telewizji.

Wracając: zbiegało się wszystko to w czasie z podjęciem decyzji, że ja już nie chcę być operatorem. Zadzwonił do mnie Andrzej Szulkowski i powiedział, że jacyś Belgowie, czy Anglicy robią program o szpitalu. Trzy noce się siedzi w tym szpitalu i filmuje się różne sytuacje, a ja miałem kręcić jedną z czterech kamer. Pojechałem na zdjęcia. Pracowałem najlepiej, jak potrafiłem. A potem był przegląd materiałów. I widzę: kamera Szulkowskiego – idealna, dwie pozostałe mogłyby być, albo mogło by ich nie być, a moja – najgorsza.

J.S.:

Dlaczego?

W.S.:

Bo ja zacząłem już montować w głowie. Praca operatora jest służebna, on musi wykonać robotę zadaną, a ja już robiłem sztukę, już kombinowałem: tu panorama, tu przeostrzenie, tu bohater mówi ważne rzeczy, a ja filmuję coś innego, dzieci za jego głową… Mnie się to wtedy wydawało narawdę wstrząsające. Natomiast teraz, z obecnego punktu widzenia, gdyby operator przyniósł mi takie materiały, to bym go zabił. Miałem więc świadomosć, że moje zdjęcia naprawdę odstają, że się nie nadają do tego programu, że były złe. Szczęśliwie umiałem nazwać dlaczego. Było mi już w tym za ciasno, chciałem czegoś więcej. Zadzwoniłem do Andrzeja (Szulkowskiego – red.) i powiedziałem, że koniec, że nie robię więcej zdjęć. Z drugiej strony i tak nie miałem szansy pracować przy filmach fabularnych, bo nie mogłem zadebiutować nie mając doświadczenia, a nie mając doświadczenia, nie mogłem zadebiutować – zamknięte koło. Poza tym operator, to jest taki zawód, w którym musisz podążać za technologią. Nie pracujesz, to zostajesz w tyle. Za to reżyser główne narzędzie ma na karku. I może je ćwiczyć.

J.S.:

Najpierw, ale nie od razu, były „Małżowina” i potem „Kuracja” – obie w Teatrze Telewizji.

W.S.:

Tak. Przestałem być anonimowy i pozwolili mi zrobić pierwszy film: „Wesele”. Tu ważny jest kontekst i czas w jakim „Wesele” powstało. To był moment, gdy polska kinematografia kręciła niedużo i były to głównie wielkie i… beznadziejne produkcje. Oni czuli, że muszą wpuścić jakąś świeżą krew, chociaż świeża to pojęcie względne. Ja wtedy nie byłem już młodym reżyserem. Miałem 38 lat. To był ostatni dzwonek. A potem syn mi się urodził. Dzięki temu dużo łatwiej zaczęło się mi pracować w zawodzie, bo okazało się, że robienie filmów nie jest najważniejsze. A kiedy trochę poluzowałem z ambicją, to już wszystko bardzo ładnie poszło. Dziecko mi spolaryzowało życie.

J.S.:

­Kiedy się przeprowadziłeś w nasze strony? (Wojciech Smarzowski mieszka w gminie Lesznowola – red.)

W.S.:

To także się łączy z narodzinami syna. Jak lubisz życie imprezowe, to mieszkanie w środku miasta jest dobrym wyborem. Natomiast kiedy masz wózek, który trzeba wyprowadzić do parku, to nawet, kiedy ten park jest blisko, to i tak robi się z tego wyprawa. Poza tym ciężko było mieszkać w wynajmowanym, chcieliśmy kupić coś własnego. Ceny wtedy były koszmarne, więc kupiliśmy drewniany dom do remontu i to była świetna decyzja. Mówiłem wcześniej, że jestem z małego miasteczka, a w zasadzie ze wsi i pół życia robiłem wszystko, żeby mieszkać w centrum dużych miast, zanim wreszcie zrozumiałem, że wcale nie o to chodzi. Powróciłem na wieś i jest tak, jak trzeba.

Z reżyserem Wojtkiem Smarzowskim rozmawiał Jacek Sut

Drugą część wywiadu, m. in. o pracy nad filmem „Wołyń” przeczytacie w następnym numerze „Sąsiadów”.