Małgorzata Potocka

Jak to się stało, że zostałaś aktorką?

Pochodzę z rodziny filmowców. Dorastałam w szalonym domu. Mój tata, Ryszard Potocki, był scenografem. Pracował przy takich fimach jak “Historia żółtej ciżemki”, “Skarb”, “Pociąg”i wiele innych. Ja nie chodziłem do przedszkola tylko na plan filmowy, do hal zdjęciowych i tam siedziałam. W barze u pani Waci, albo w garderobie, albo u taty w pracowni. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym być w jakimś kretyńskim przedszkolu. I, oczywiście, żółta ciżemka była moja, a nie Marka Kondrata, pelikany z “O dwóch takich, co ukradli księżyc” były moje, a nie bliźniaków Kaczyńskich. Zresztą oni mieli do mnie pretensje, że nie pozwalałam im siadać na tych pelikanach i byłam wredna. Ja po prostu uważałam, że to nieważne, że te pelikany grają w filmie, według mnie one były moje, bo mój tata je robił i były u mnie w domu.

Fantastyczne dzieciństwo.

Dramat się zaczął, kiedy poszłam do szkoły (edukację zaczęłam w Gdyni). Ja po prostu z tej szkoły uciekałam po każdych 15-20 minutach lekcji i pół miasta mnie szukało. A ja najchętniej siedziałam w porcie i patrzyłam zahipnotyzowana na żurawie dźwigów portowych. Zawsze też miałam nienajlepsze  stopnie. Wszystko było nudniejsze od tego świata, który był w Łodzi. W domu pełnym fantazji, ciekawym, szalonym i niezwykłym. Na szczęście zaczęłam grać w filmie i się z tej szkoły wyrywałam. W trakcie matur, grałam w polsko-rosyjskim filmie “Legenda” i większość czasu spędzałam w Moskwie, w Mosfilmie. Tam poznałam Bondarczuka, Tarkowskiego, Michałkowa. Bondarczuk uczył mnie różnych rzeczy Na przykład dał mi spróbować spirytusu, po którym omal nie wyzionęłam ducha i zaproponował mi miskę kawioru, który był wtedy dla mnie ohydny, a on powiedział, że kiedyś będzie to dla mnie najsmaczniejsze. Przygody więc miałam wciąż niesamowite i nic dziwnego, że szkoła była dla mnie karą. Po powrocie z Moskwy szłam do szkoły, już w Łodzi, w XXIX LO, ubrana w ohydny mundurek i mówiłam sobie: “Boże, przecież mnie wybrałeś! Tyle mi dałeś, dlaczego teraz mi to odbierasz? Dlaczego mnie tak upokarzasz?” (śmiech) Inaczej mówiąc, gdy się dorasta w takiej rodzinie chce się żyć nadal w świecie fantazji i marzeń. Chociaż potem się bieduje, bo zawód aktora jest dość idiotyczny, to bardzo trudno się z takim uzależnieniem później rozstać.

A żałujesz, że się nie rozstałaś?

Tak. Kocham być aktorką, uwielbiam reżyserować, ale to są zawody, które zależą od tylu okoliczności, głównie niesprzyjających, że trzeba mieć siłę słonia. W Polsce nie ma przemysłu filmowego, to u nas nie działa. Są trzy stacje telewizyjne i jak zagrasz w jednej, to druga cię w życiu nie zaangażuje, bo wszyscy są pokłóceni. To są jakieś prowincjonalne kompleksy. Na zachodzie możesz grać, gdzie chcesz i nikogo to nie interesuje.

To co teraz robisz?

Gram w serialu, ale z dużej roli w “Barwach szczęścia” zrobiła się marginalna, bo weszło dużo nowych i to młodych aktorów. Piszę scenariusze i pracuję nad dokumentalnymi filmami o sztuce i artystach. Kiedyś ich zrobiłam sporo, ale ponieważ zajęłam się innymi rzeczami, byłam szefem łódzkiego ośrodka TVP, to przestałam je kręcić i teraz niedawno Muzeum Kinematografii w Łodzi zrobiło przegląd moich filmów. Sama się zdziwiłam, że tyle ich narobiłam i że nikt nie wyszedł z sali. Wszyscy mnie namawiają, żeby robić te filmy dalej. Mamy wielu wybitnych artystów, którzy przeżyli poprzednią ekpokę tworząc niesamowite dzieła.  Ich czas jest ograniczony, a przecież są naszym dziedzictwem i trzeba o nich pamiętać. Ja uwielbiam rozmawiać z nimi i dokumentować ich dorobek. Rozmawiać z nimi o sztuce i o życiu. Problem polega jednak na tym, że nikt tego nie chce, pomimo deklaracji, że świetne, że fantastyczna idea i że takie rzeczy są bardzo potrzebne. Nikt nie chce dać na to pieniędzy.

A jak trafiłaś do Mysiadła?

Zupełny przypadek. Musiałam sprzedać olbrzymi dom, 1400 metrów, którego nie mogłam utrzymać. W tamtym okresie, po rozwodzie, podejmowałam wiele decyzji  w stresie i nie zawsze były one słuszne. Dziś żałuję, że go sprzedałam. Wtedy jednak musiałam rozwiązać wiele problemów np. córki – Matylda i Weronika, musiały chodzić do szkoły, a ja, nie pracując, nie miałam szans na bycie matką odwożącą dzieci. Znalazłam osiedle, obok szkoły, boiska, sklepów, na którym byłam pierwszą lokatorką. To do mnie ludzie przychodzili pytać, jak się mieszka, co mieści się w okolicy. W zasadzie mój dom był domem pokazowym i powinnam za to brać pieniądze od dewelopera (śmiech). Ja tam zamieszkałam na dwa lata, do tej pory gdzieniegdzie wisi goła żarówka, coś tam jeszcze mam w kartonach.

A ile lat minęło?

Dwanaście! Niebywałe jest to, że plan na mieszkanie był duletni, ale jak wiadomo prowizorki okazują się najtrwalsze. Z kolei dom, który budowałam “na zawsze” musiałam sprzedać, gdy rozleciała się rodzina. Takie jest życie. W mieszkaniu tutaj jedymy problemem są dla mnie dojazdy. Naprawdę wracając do domu w nieludzkim korku ja płaczę. Ja już nie mam 3 godzin dziennie w życiu na jeżdżenie samochodem! Jestem zwierzęciem miejskim. Chcę pójść do kina, do teatru, spotkać się ze znajomymi, mieć wszystko pod nosem. Komunikacyjnie dla mnie to miejsce jest horrorem. Ale jak już dojadę do domu, to jest mi cudownie w moim ogródku i w mojej przestrzeni, którą sobie urządziłam tak, jak chciałam. Mogę słuchać muzyki, mogę przyjmować gości, którzy mogą u mnie spać. Tego w mieście bym nie miała. I teraz ostatnio przestaję już myśleć o przeprowadzce. Doszłam do wniosku, że mieszkając w Nowym Jorku i chcąc dojechać np. z Manhattanu do New Jersey spędzę w samochodzie tyle samo. Powtarzam sobie: “Nie przesadzaj. Masz takie piękne miejsce na ziemi. Twoi przyjaciele tak lubią tu przyjeżdżać”. To niesamowite jak pokochałam to miejsce, i że w tej “budzie dla psa”, jak kiedyś mówiłam o moim domu, mieszkam najdłużej w życiu. Mam tu absolutnie wszystko. Mam swój ulubiony fitness klub w Józefosławiu, niedaleko w Lesznowoli jest rewelacyjny Dom Kultury. Odkryłam też Piaseczno, w którym załatwiam wszystkie życiowe sprawy, włącznie z zakupem pierogów i uszek domowej roboty, gdy zjeżdżają się goście. Mój samochód zawsze naprawia cudowny pan Marek.

Nie załatwiam tylko spraw zawodowych, które są podstawą naszego bytu, ale takie domowe życie mam zorganizowane w pełni lokalnie.

To fakt. Ty jesteś z Mysiadła, ja mieszkam w Józefosławiu, a żeby pogadać spotykamy się w Telewizji Polskiej w Warszawie.

No tak, bo oboje mamy jakieś sprawy związane z naszą pracą do ogarnięcia. Dopóki w Piasecznie nie wybudują teatru, w którym mogłabym pracować, tak zawsze będzie. Mamy kretyńskie zawody – związane z kulturą, na którą nikt nie daje pieniędzy. Ale jestem przekonana, że gdybym zdecydowała się prowadzić np. restaurację, to z powodzeniem mogłabym to zrobić w okolicy, w której mieszkam.

 

Czech Open w Kickboxingu

Zawodnicy  klubu X Fight Piaseczno sięgają po kolejne medale,  tym razem na  międzynarodowym turnieju Czech Open 2015.

17 Października w Pradze odbył się międzynarodowy turniej Czech Open w Kickboxingu. Wśrod reprezentacji z kilkunastu krajów nie zabrakło zawodników X Fight Piaseczno. Rewelacyjnie wypadli Kadeci, którzy w formule Pointfighting zdobyli 3 pierwsze miejsca natomiast w walce ciągłej 2 srebrne medale. Najtrudniejsze walki miał Klaudiusz Świstulski który w obu formułach miał bardzo wymagających przeciwników. W Pointfightingu w walce finałowej Wygrał z faworyzowanym zawodnikiem gospodarzy a w light-contakcie uległ w finale Węgrowi. Patrycja Jaworska o wejście do fianłu pokonała zawodniczkę Kiraly team z Węgier a w finale swoją rodaczkę z klubu Dan Świdnik. Podobnie w strefie medalowej wyglądała rywalizacja Mikołaja Dąbrowskiego w kat.-42kg wśród Kadetów Starszych, który w drodze do najwyższego stopnia podium musiał pokonac Węgra i Polaka.

Wśród Seniorów najlepiej walczył Łukasz Wichowski nie dając najmniejszych szans swoim przeciwnikom w formule Light-contact kat. wag. -84kg. Łukasz w półfinale zdeklasował swojego przeciwnika a walce finałowej z wyraźnie przeważał nad reprezentantem gospodarzy. Dobrze spisali się również Łukasz Świderski i Tomasz Kurzeja zdobywając miejsca na podium w formule Pointfighting. W sumie zawodnicy z Piaseczna przywieźli z Pragi 11 medali (4 złote, 4 srebrne i 3 brązowe). Gratulujemy i trzymamy kciuki za Seniorów, którzy już niedługo walczyc będą w Mistrzostwach Świata w Irlandii i Serbii. Wiecej informacji na stronie www.kbpiaseczno.pl

 

Kolory jesieni

Moda. Czy kolory jesieni pasują każdemu?

Po upalnym lecie, każdy ma ochotę wyciszyć się, uciec od zgiełku i wakacyjnego szału. Zamienić ostre wyraziste kolory i ekstrawaganckie połączenia na delikatne, przytłumione barwy. Nic prostszego, w tym wypadku podążajmy za naturą, ona doskonale wie co robi. Zbliżająca się jesień przyciąga wzrok głównie złotem, pomarańczem i czerwienią. Nie wszyscy jednak w tych kolorach czujemy się dobrze. Nie zrażajmy się, nie są to wszystkie barwy jakie proponuje nam paleta jesieni.

Zainspiruj się naturą

Przyjrzyjmy się dokładnie naturze spacerując choćby po lesie, który mamy zresztą tak blisko. Zwróćmy uwagę na kolory drzew częściowo oświetlonych słońcem, częściowo ukrytych w cieniu. Spójrzmy na głęboki błękit nieba prześwitujący zza zielonych liści i na zieleń mchu. Kolory khaki, brązu albo niebieski w różnych nasyceniach – który dla nas będzie odpowiedni? Ciepły czy chłodniejszy? A może beże i wyblakłe rudości, których pełno na skoszonych polach, przemieszane z szarością pochmurnego nieba? Te pytania będą się mnożyć, nie zawsze dając jednoznaczną odpowiedź.

Ustal własny typ kolorystyczny

Nie dla każdego jest to prosta sprawa. Zwykle kierujemy się intuicją, ale najczęściej idziemy za tym, co proponują witryny i trendsetterzy. Często szukamy podpowiedzi w Internecie natrafiając na skomplikowane opisy 12 czy nawet 24 typów kolorystycznych, dalej nie znajdując odpowiedzi. Powielamy schematy i ubieramy się w kolory odwrotne do tych, jakie przygotowała dla nas natura!

Sięgnijmy odrobinę do przeszłości i zastanówmy się, jaki miałyśmy kolor włosów na przykład w wieku 22 lat? Zerknijmy do lustra, jaki mamy kolor skóry i tęczówki.

Każda pora roku ma swoje określone barwy – wszystkie różnią się od siebie, wszystkie są piękne i są niezwykłym źródłem inspiracji. Mimo zmieniającej się mody przypomnij sobie, jakie barwy najbardziej pociągały Cię w okresie młodości i podsumuj, co powoduje, że obecnie jesteś często zagubiona, kiedy masz odświeżyć kolorystycznie garderobę, a wcześniej nie miałaś z tym problemu? Jednym słowem od natury nie uciekniesz, dlatego nie warto w tym przypadku iść pod prąd.

Jesienią też możesz być sobą

Nadchodzący sezon stawia na kilka mocnych tendencji. Oprócz wyrazistych, kanciastych wzorów pojawi się trend geometryczny nawiązujący delikatnie do stylu etno czy kowbojskiego, ale również kontrastujący trend florystyczny w iście wiktoriańskim stylu. Wszystko w odcieniach ciemnych zieleni, granatów, mocnego khaki i burgundu przemieszane z klasycznymi barwami szarości, beżu, czerwieni. Jesienne propozycje są tak bogate i różnorodne, że każda z nas znajdzie wśród nich coś wyjątkowego, jakby stworzonego tylko dla siebie.

 

Katarzyna Krzyszkowska

Idzie zima. Spódnica kontra spodnie.

Czy zimą częściej zakładamy spódnice czy spodnie? W naszych, kobiecych szafach można odnaleźć i ten i ten element garderoby. Z góry mogę założyć czego macie więcej. Robiąc przeglądy szaf, dominującym w nich składnikiem są mimo wszystko spodnie. Sama reprezentuję typ kobiecy wkładający spódnicę „od wielkiego dzwonu”, ale znam panie które obdarzają równym zinteresowaniem obie składowe naszej szafy i panie które traktują spodnie jako zło konieczne.

Za noszeniem spodni zimą przemawia przede wszystkim komfort cieplny. Przy temperaturach dochodzących do -20 stopni C nikogo to nie dziwi. Mnie dziwi za to widok biodrówek odsłaniających plecy i spodnie w fasonie skinny, bo te nijak nie ogrzewają ani naszych nóg ani bioder. Czy warto przeziębiać nerki dla mody? Nie sądzę. Zamiast tego proponuję sięgnąć po inne modowe rozwiązania, wśród których jest miejsce dla spódnic i sukienek.

Jedną z moich propozycji na zimę jest właśnie sukienka dzianinowa w tym sezonie często oversizowa, bardzo wdzięczny materiał do stylizacji. Możesz dowolnie zestawiać ją z różnego rodzaju kurtkami, w tym z ramoneską na kożuszku oraz z kryjącymi bawełnianymi rajstopami lub legginsami. Za duże, warstwowe, nie krępujące ruchów poza ciepłem i komfortem gwarantują także najmodniejszy, nowoczesny kształt sylwetki. Świetnie egzamin zdają tu wszelkie dodatki, takie jak chusty, szale, paski. Tymi ostatnimi możemy manipulować do woli. Wąski paseczek zawiązujemy w pasie, szeroki zsuwamy na biodra. Kolorowe i czarne rajstopy kryjące w połączeniu z długimi kozakami to świetny dodatek do dzianinowych sukienek i spódnic z wełny i bawełny dresowej. Doskonale prezentuje się klasyczne połączenie czerni i beżu (wielbłądziego) ale w trendach dominują obecnie orientalne wzory, dżins, krata, ciepłe kolory jesienne. Hitem są również wełniane dłuższe swetry, które równie dobrze wyglądają w roli sukienki, jak i w towarzystwie spodni.

 

 

Kardigan powraca do łask

To rodzaj swetra bez kołnierza, zapinanego z przodu na guziki lub suwak. Jest to jedna z tych części męskiej garderoby, którą przyswoiłyśmy sobie bez większych oporów.

Gdy przychodzą chłodniejsze dni, marzymy żeby otulić się miękkim, ciepłym swetrem. Osobiście jestem okropnym zmarzluchem i lubię opatulać się od stóp do głów. W ostatnim sezonie niestety niewiele ciekawych propozycji udało mi się znaleźć na sklepowych wieszakach, wszędzie czerń, biel i pudełkowe fasony. Wypatrzyć coś choćby w kolorze wielbłądziej wełny było nie lada wyczynem.

Do wyboru, do wzoru

Nadchodząca jesień zapowiada się jednak całkiem ciekawie i to właśnie dzięki kardiganowi. Wersje są różne: lekkie, delikatne i cięższe, o grubych splotach, bardziej dopasowane i te mające w sobie sporo luzu. Kardigan ma tę zaletę, że nadaje się do jesiennych eksperymentów z warstwami – ujawnia to, co założysz pod nim. Może być elegancki, ale też swobodny i niezobowiązujący. W każdym z przypadków – bardzo wygodny. Ja stawiam na długi kardigan bez guzików, ewentualnie ze skórzanym paskiem. A ty?

Jaka figura, taki krój

Zakładając kardigan musisz pamiętać o swojej sylwetce. Jeśli nosisz rozmiar powyżej 40, grube kardigany optycznie dodadzą ci kilogramów. Unikaj więc dużych wzorów. Wyszczuplający efekt przyniesie gładki, czarny lub granatowy sweter.

Przy szerokich biodrach lub udach najlepszy będzie kardigan o dłuższych połach z przodu, fantastycznie zamaskuje to, co chciałabyś ukryć. Przy obszernej sylwetce ważne jest również, jaki sweter jest w dotyku. Najlepsze są miękkie wełny i bawełna z jedwabiem.

Szczupłe osoby mogą zestawiać kardigan z innymi częściami garderoby nawet „na cebulkę”. Na przykład obcisłe dżinsy, t-shirt, sweter na guziki i ramoneska.

Przy obszernym kardiganie postaw na biżuterię w wersji maxi. Drobna biżuteria nie będzie widoczna. Kardigan możesz ozdobić kołnierzem z futra, zyska na uroku.

Na okazje i bez okazji

Do pracy, do biura możesz ubrać kardigan do ołówkowej spódnicy lub do wąskich spodni. Całość uzupełnij klasyczną bluzką z kołnierzykiem. Jeśli wybierasz sweter z myślą o ubiorze formalnym, włóż model uszyty z delikatnej tkaniny – strój będzie miał więcej szyku. Na uczelnię i wykłady – proponuję długi kardigan. Idealny będzie taki z małymi kieszonkami i haftowanym godłem na piersi. Możesz go zakładać również na zakupy i spotkania z przyjaciółmi.

Kardigan to element garderoby wielce użyteczny. Pasuje niemal do wszystkich wariacji – do dżinsów, legginsów, spódnic.

Polecam

Katarzyna Krzyszkowska

fashionmagenta.com

 

Nazwa swetra pochodzi od tytułu angielskiego generała Jamesa Thomasa Brudenella (1797-1868) – hrabiego Cardigan, którego ten ciepły, wełniany sweter ogrzewał, kiedy wojował na wojnie krymskiej. Dopiero po wielu latach, w 1925 roku za sprawą Chanel kardigan ponownie zagościł w świecie mody, gdy męskie swetry i dzianiny wkroczyły do damskiej garderoby. W latach 50. XX wieku kardigany robiły furorę. Nosiły je gospodynie domowe, gwiazdy, aktorki i modelki.

Bransoletki

Bransoletki  – mój ulubiony element biżuterii. Wybieram różne z zawieszkami, na gumce, żyłce czy delikatnym sznureczku. Zakładając je czuję się w pełni ubrana. Lubię nosić kilka na raz, jednak najchętniej sięgam po charmsy.

Jeśli któraś z twoich przyjaciółek (mam jedną, którą sprzed wystawy trzeba odciągać siłą) wypowie słowo bransoletka z zawieszkami, przed oczami masz ekskluzywną witrynę Pandory. Do głowy by ci nie przyszło, że już w Starożytnym Egipcie zamożne kobiety nosiły takie cudeńka. Co na nich wisiało? Nie mamy pewności… Może skarabeusz albo zatopiony w żywicy komar? Z pewnością pełniły funkcję amuletów, chroniących przed złymi mocami i duchami. W Polsce moda na zawieszki lub jak kto woli – charmsy, pojawiła się stosunkowo niedawno, bo wraz z duńska marką Pandora. Od 1982 roku Pandora tworzy ponadczasową i kobiecą biżuterię. W 2000 roku Lisbeth Eno Larsen i Lone Frandsen zaprojektowali bransoletkę z zawieszkami, co stało się nie lada przełomem w historii firmy.

JAKIE SĄ ICH RODZAJE?

Tak naprawdę można na niej zawiesić wszystko, co wam przyjdzie do głowy i czym dany jubiler dysponuje. Atutem tej biżuterii jest głównie to, że każda z was może być projektantką. Pozwala to dowolnie tworzyć kompozycje, uwzględniając charakter dodatków, co jest o wiele bardziej zabawne, niż kupowanie gotowych błyskotek. Możesz tworzyć bransoletki tematyczne, począwszy od owadów, żabek, słoników itp. przez propozycje kulinarne: owoce, truskawki, jabłuszka, banany, po znane budowle: wieżę Eiffla, czy krzywą wieżę w Pizie.

Z CZEGO SĄ ROBIONE?

Najbardziej wartościowe zawieszki jak i całe bransoletki, to te wykonane ze srebra, złota i z drogimi kamieniami. Niestety nie każdą z was na nie stać, ale nie ma zmartwienia, dostępne są także tańsze wersje z metalu lub posrebrzane. Poza tym masz możliwość komponowania swojej bransoletki tak długo, jak będziesz chciała. Mogą być ozdobione kolorową emalią, kryształkami Swarovskiego, perełkami, cyrkoniami i oczywiście kamieniami. Bazę stanowią również tkaniny, rzemyki ze skóry i różne plecione sznureczki.

JAK, GDZIE I KIEDY NOSIMY TE BRANSOLETKI?

Bransoletki te są tak eleganckie i unikatowe, że nie masz zbyt wielu okazji, żeby popełnić faux pas. Nadają się prawie na każdą okazję. Noś je tak, jak ci w duszy gra, na jednym sznureczku miej zawieszkę, perełkę, kuleczkę, czy co tam sobie wymyślisz. Innym razem noś je wszystkie naraz, w zależności od humoru i stylizacji. Możesz zakładać również z innymi, bardziej stonowanymi, czy nawet minimalistycznymi bransoletami, ale już z kontrastowego materiału.

Pasują do wszelkich stylizacji, od tych klasycznych po awangardowe i ekstrawaganckie. Możesz zestawiać z wszelkiego rodzaju klasycznymi żakietami i sportowymi marynarkami. Jeśli posiadasz kilka wersji tematycznych możesz dowolnie dopasowywać je do okoliczności i stylizacji. Raz może to być wakacyjny styl marinare z zawieszkami w kształcie kotwic, muszelek i latarni morskich, a raz styl hippie z różnymi kwiatkami, słoneczkami i innymi darami natury. Idąc na prezentację kolekcji naczyń drogiej marki możesz włożyć tę z kulinarnymi akcentami na przykład łyżki lub widelca.

KIEDY Z NICH REZYGNUJEMY?

W sytuacjach, w których swoim brzęczeniem mogłyby zagłuszyć wymaganą ciszę. W sądzie, sejmie i wszelkich instytucjach, gdzie trzeba wyrazić swoim strojem szacunek do partnera w rozmowie. W branżach takich jak finanse, prawo i wszędzie tam, gdzie firmy ustalają zasady właściwego ubierania się, musisz się powstrzymać. Często prezenterki telewizyjne mają problem, ponieważ czułe mikrofony wyłapują dzwonienie bransoletki. Pracując przy komputerze także poczujesz się lepiej, kiedy już ją zdejmiesz.

Przestrzeń wspólna – przestrzeń niczyja?

Najwięcej przeszkód mamy w głowie

Moim poprzednim miejscem zamieszkania była Łódź. Miasto secesyjnych kamienic i fabryk. Zakochałam się w jednej z nich. Znajomi patrzyli z niedowierzaniem – tu?! Okropna dzielnica! Ja jednak widziałam ją inaczej. Już wtedy zastanawiałam się, co robić i jak działać, by cieszyć się przestrzenią publiczną wysokiej jakości. Małymi krokami przez wiele lat udało się doprowadzić kamienicę do ładu. Trzeba było jednak nie lada osobistego wysiłku. Troska o jakość mieszkania i otaczającej nas przestrzeni publicznej nie leżała tam nawet sąsiadom. Łatwiej było śmieć wyrzucić lub użyć klatki schodowej jak latryny nie bacząc, że przecież jest wspólna. Patrząc z perspektywy czasu nie leżała chyba również w interesie wybranych przez społeczność władz lokalnych. Wtedy najpierw zrezygnowaliśmy z gminnej administracji zmieniając ją na prywatną. I przekonywaliśmy sąsiadów dając przykład samemu. To inna tkanka społeczna, kpina była najłagodniejszą odpowiedzią. Dziś już tam nie mieszkamy, ale powiem tylko, że sąsiadka, której „standardy“ były wiodące, kiedy się tam wprowadziliśmy (libacje na schodach, śmieci i brud), dziś używa domofonu i grzecznie się kłania. Nie dlatego, że się boi lub przeszła duchową przemianę. Poczuła po prostu, że jej się to też opłaca. Lata lecą i wygoda rośnie w cenę.

Oficjalne trendy

Obecnie coraz częściej w samorządach pojawiają się wydziały „estetyzacji miast”. Zauważono w końcu i na tym szczeblu, że potrzebna jest przede wszystkim spójna wizja i koordynacja pracy wszystkich podmiotów władających przestrzenią. Mam tu na myśli zakład energetyczny, wodociągi, urząd miasta, zarządy dróg, zakłady komunalne, zarządy zieleni, firmy oraz osoby prywatne. Koordynacja wszystkich, którzy decydują o swoich planach inwestycyjnych. Niezbędna jest dobra wola i współpraca. Potrzebne są także różne inicjatywy, akcje uświadamiające, że przestrzeń publiczna jest dobrem wspólnym całej społeczności. W społeczeństwach bardziej rozwiniętych niż nasze „wspólne“ znaczy tyle samo, co „moje“.

Trudne sprawy

Najbardziej palącym pytaniem niezmiennie  bowiem jest: jak sprawić, aby przestrzeń wspólna przestała być „terenem niczyim“? Kawałkiem ziemi, który dzieli nasze bramy od przystanku, który zaczyna się kilka metrów za furtką, który przyjmie każdy śmieć, psią kupę czy nieestetyczne ogłoszenie na płocie. Tam, te kilkanaście metrów od drzwi wejściowych do mieszkania, już jest „nie nasze“, „czyjeś“ i niech ten „ktoś“ lub to „coś“, do kogo to należy się tym zajmie. Rolą mieszkańca jest przemierzyć ten teren „suchą nogą“, omijając brązowe „miny“ i nie zauważając fruwającej po skwerze foliowej torebki.

Wierzę jednak, że tylko dając przykład można przekonać nieprzekonanych.

Wsparcie instytucjonalne

Czyn społeczny nie jest oczywiście jedyną drogą ku poprawie wyglądu naszej okolicy. Z autopsji wiem, że Straż Miejska dość energicznie reaguje na zgłoszenia dotyczące zaniedbanych działek. Upominani właściciele zrobili porządki na wielu z nich – jak choćby na rogu ulic Wilanowskiej i XXI wieku, gdzie wycięto w końcu chaszcze i działka przestała być wysypiskiem. Muszę Straż Miejską pochwalić, bo na każde moje zgłoszenie działa równie energicznie. Czasem tylko mniej energiczni są właściciele zaniedbanych i zaśmieconych terenów. To na nich jednak spoczywa obowiązek utrzymania porządku.

Obowiązki obywatelskie i sąsiedzkie

Nie ma jednak spisanego kodeksu powinności sąsiedzkich. A szkoda. Dlatego starajmy się działać przez dawanie przykładu. Spotkajmy się 31 maja w „Dzień Sąsiada“, zasadźmy razem drzewka przy ulicy Cyraneczki i porozmawiajmy co możemy dla naszej wspólnej przestrzeni jeszcze zrobić!

Katarzyna Krzyszkowska-Sut

Radna

Dopalacze

W lipcu br. przeszła przez Polskę fala zatruć dopalaczami, wśród których znalazły się również zatrucia ze skutkiem śmiertelnym. Dopalacze są groźne i o tym wiedzą już chyba wszyscy. Ostatnimi czasy często się o nich słyszy. Czy wiesz jednak czym są dopalacze i jak się przed nimi ustrzec?

Dopalacze to substancje psychoaktywne o zróżnicowanym składzie chemicznym. Pozyskuje się je z setek roślin o charakterze halucynogennym, jak również ze skóry jadowitych gadów i płazów, a następnie łączy ze związkami chemicznymi. Część dopalaczy robiona jest na bazie legalnych, dostępnych bez recepty leków z pseudoefedryną lub kodeiną. Kryją się pod takimi nazwami jak Designer Drugs (DD) czy Research Chemicals (RC) i często pod tymi nazwami można je nabyć w sklepach internetowych jako przedmioty kolekcjonerskie lub legalne środki chemiczne przeznaczone wyłącznie do celów naukowych. Sprzedaje się je w probówkach jako odczynniki chemiczne, ale młodzi „chemicy” dobrze wiedzą, że ich przeznaczenie jest inne. Najczęściej jednak występują pod postacią białego proszku lub mieszanek ziołowych (kanabinoidów).

Na polskim rynku dopalacze oferuje kilkadziesiąt e-sklepów. Często działają one pod przykryciem komisów komputerowych, sklepów ze „śmiesznymi rzeczami”, z zapachami i kadzidełkami itp.

Zażycie dopalaczy niesie za sobą nieprzewidywalne skutki. Wciąż nie ma badań, które wprost pokazałyby, jak konkretny produkt wpływa na organizm. Po zażyciu tylko jednej dawki zdarzają się przypadki śmiertelne albo głębokiego uszkodzenia układu nerwowego. Użytkownicy nie wiedzą, w jakich dawkach je stosować, tym bardziej, że zawartość substancji czynnej w sprzedawanych produktach podlega znacznym wahaniom. Lekarze, nie znając składu substancji nie wiedzą, jak leczyć. Podstawowe objawy zażycia, to rozszerzone źrenice, wytrzeszcz oczu, słowotok, nadmierna ruchliwość, zaburzenia snu, zmienność nastrojów, trudności w koncentracji uwagi, niepokój, ataki agresji, krwotoki z nosa lub nietypowy zapach włosów i ubrania, nadmierna wesołość, przekrwione oczy, kaszel, zwiększony apetyt, zaburzenia koordynacji ruchowej.

Niepokojące jest to, że co czwarty uczeń przyznaje, że przynajmniej raz zażył substancję psychoaktywną. Jeśli zatem dziecko zaczyna nagle oddalać się od rodziny, kłamie, odpowiada półsłówkami, mimo że dotychczas umieliście się z sobą porozumieć, jeśli opuszcza się w nauce, jest ciągle zmęczone, rozdrażnione lub agresywne, porusza temat śmierci czy samobójstwa, wychodzi często i nocuje poza domem, a z domu znikają pieniądze oraz cenne przedmioty – sprawdź, co się dzieje, gdyż to wszystko razem lub każde zachowanie z osobna może wskazywać na to, że dziecko zażywa dopalacze lub inne środki narkotyczne.

Jak zatem postępować, gdy okaże się, że tak faktycznie jest?

Nie unikaj problemu. Postaraj się zachować spokój (to czasem bardzo trudne). Nie oskarżaj. Dowiedz się jak najwięcej o substancjach psychoaktywnych. Przygotuj odpowiedni czas i miejsce do spokojnej rozmowy. Skoncentruj się na uzyskaniu istotnych informacji i przede wszystkim słuchaj. Nie obwiniaj i nie atakuj, nie wypominaj innych, dawniejszych zachowań. Zastanówcie się wspólnienad nowymi zasadami życia domowego. Ustalcie reguły postępowania i dyskretnie stosuj zasadę ograniczonego zaufania. Jeśli uznasz, że dziecku to pomoże – nawiąż kontakt ze szkołą oraz innymi rodzicami i wspólnie opracujcie dalsze środki zaradcze. W razie wątpliwości lub nadmiernego obciążenia zwróć się do specjalistycznej placówki leczenia uzależnień. Pracujący tam specjaliści na podstawie rozmowy i testów ocenią sytuację i w razie potrzeby zaproponują leczenie albo skierują do oddziału toksykologicznego.

Anna Kośmicka

Antynarkotykowy telefon zaufania: 801 199 990

Antynarkotykowa Poradnia Internetowa: www.narkomania.org.pl

Źródła: www.wsse.waw.pl,  www.przyjmujelekiczybierze.pl, www.cps.edu.pl, www.narkomania.gov.pl

 

 

 

Nasza mała Ojczyzna

Wczoraj świeciło piękne, wiosenne słońce, które sprowokowało mnie do spaceru po Julianowie i Józefosławiu. Słuchając śpiewu ptaków, które po ucieczce z tego terenu podczas nasilonych budów w poprzednich latach znów do nas wróciły, delektowałam się nowymi (choć jeszcze nie ukończonymi) chodnikami przy ul. Julianowskiej, podglądałam powstające nowe skrzydło naszej szkoły. Wiele samochodów ma numery rejestracyjne z całej Polski, co pokazuje, jak wielu z nas jest przyjezdnych. Numer rejestracyjny nie świadczy o braku zameldowania (np. samochody w leasingu są własnością banków), a brak zameldowania nie świadczy o niepłaceniu w J&J podatków. Tę sprawę załatwia się jednym podpisem w urzędzie. Jednak liczby są bezlitosne. Mówi się, że nasza gmina jest „bogata”, ale cóż to za bogactwo, kiedy potrzeb jest ciągle bardzo dużo i na wszystko pieniędzy nie starcza. Sama oświata „zjada” blisko 50 % budżetu, a inwestycje oświatowe (rozbudowa ZSP w Józefosławiu i w Zalesiu Górnym oraz planowane lada chwila rozpoczęcie budowy nowej placówki w Piasecznie) – wygenerują w roku bieżącym koszt ok. 30 milionów złotych. W naszej gminie przybywa dzieci lawinowo, jak chyba w żadnej innej gminie w Polsce – nie tylko się rodzą, ale przybywają wraz z rodzicami z innych miast. Dlatego po przeprowadzce tak ważny jest ten drobny ruch przeniesienia swoich podatków do nowego miejsca zamieszkania.

Kto płaci, ten wymaga – i tylko ten.

Polacy lubią narzekać. Wiadomo, zawsze znajdą się braki i mankamenty. Ciągle za mało mamy ucywilizowanych ulic, (np. Spacerowa), brakuje chodników (np. przy Wilanowskiej, choć już tuż-tuż i przy Osiedlowej, na której nie widać na nie miejsca), a te co są – wymagają remontów i uzupełnień (np. przy ul. Ogrodowej). Ale prawo do narzekania nie przysługuje tym, co nie dokładają się do wspólnej kasy, nie dbają o swoją małą Ojczyznę, żeby wszystkim żyło się tu wygodniej, lepiej i piękniej. Płacąc podatki w miejscu zamieszkania i biorąc udział w głosowaniu (szczególnie w wyborach samorządowych), możemy zrobić coś dobrego dla swojej okolicy. Stąd przecież dojeżdżamy do pracy, urzędów, banków, na pocztę. Tu spacerujemy i odpoczywamy, cieszymy się zielenią pobliskiego lasu, ale też parku, który właśnie powstaje. Wybory samorządowe niedawno były, a kilka dni temu minął termin rozliczeń podatkowych. Pomyślmy jednak, żeby za rok dołączyć do grona rozliczających swoje dochody właśnie tu, w Piasecznie, bo tylko wtedy część naszej daniny zasili gminny budżet.  A za cztery lata weźmy bardziej gremialnie swoje sprawy w swoje ręce podczas następnych wyborów. Im więcej z nas utożsamiać się będzie z miejscem zamieszkania – tym więcej będzie można tu zrobić. Mała Ojczyzna cierpliwie czeka na nasze zaangażowanie.

Na koniec ciekawostka – informacja z sąsiedniej Gminy Lesznowola. Otóż tamtejszy Samorząd zdecydował, że do przedszkoli gminnych będą przyjmowane tylko dzieci tych rodziców, którzy płacą podatek dochodowy w Urzędzie Skarbowym w Piasecznie. Czy poparlibyście takie rozwiązanie u nas?

Hanna Krzyżewska, radna

Mój kawałek płotu.

Mój czy nie mój? O to jest pytanie. Większość ludzi zapewne odpowiedziałaby, że mój i mogę z nim robić co chcę.

Czy na pewno? Jednak zewnętrzna strona płotu ma inny charakter, jest częścią przestrzeni publicznej, która bije po oczach tysięcy ludzi. Właśnie ta cecha płotu spowodowała, że został on potraktowany jako wielka tablica ogłoszeń i jako źródło dochodu. Im bardziej atrakcyjny płot (przy skrzyżowaniu, przy centrum handlowym itp.) tym lepiej. Wtedy płot może być nawet piętrowy, żeby tylko było więcej powierzchni do wynajęcia.

Nie chcę tu potępiać właścicieli takich płotów, wykorzystują przecież okazję, że ktoś chce coś na tym płocie powiesić. Pominę również to, czy banerowy miszmasz jest skuteczną metodą dotarcia do klientów. Chodzi mi o wolność w rozporządzaniu naszą własnością.

Tak sobie myślę co by było, gdyby KAŻDY właściciel płotu, w imię tej wolności, potraktował go jako tablicę ogłoszeń. A co tam, wolno mu przecież. Wzdłuż naszych ulic ciągnęłyby się szpalery informacji o usługach w okolicy, sklepach w Piasecznie, restauracjach w Konstancinie, hotelach w Tatrach, promocjach ryb i mięsa, nie wspominając o usługach prania, wyburzeń, rozbiórek, korepetycji, nauki hiszpańskiego, kominiarzach, antenach i roletach. I oczywiście warto wiedzieć o co najmniej kilkunastu dostawcach drewna kominkowego. W drodze do pracy, szkoły czy podczas spaceru do lasu dobrze wiedzieć o tych wszystkich możliwościach.

Są też inne sposoby zagospodarowania płotu – na przykład można powiesić pranie. Rząd gaci suszących się na sierpniowych słońcu… Tylko za to raczej nikt nie zapłaci.

Ktoś powie, że się czepiam tych, którzy na tym zarabiają. A gdyby Wasz sąsiad wpadł na pomysł dorabiania na puszczaniu przez swój głośnik wystawiony na balkon tekstu reklamujący usługę prania? Tak od 7 rano do 22.00?

Przestrzeń publiczna to przestrzeń wspólna, jej wygląd też musi podlegać regułom. Problem reklamowego szumu na ulicach naszych miast i miasteczek został zauważony, czego efektem jest uchwalona w tym roku przez sejm tzw. ustawa krajobrazowa. Daje ona gminie możliwości tworzenia reguł i ich egzekwowania w zakresie zaśmiecania przestrzeni publicznej. W naszej gminie też szykujemy się do takich działań. Uważam, że jest to bardzo potrzebne, trzeba patrzeć na przestrzeń jako całość i wypełniać tę przestrzeń w uporządkowany sposób. To ona ma pływ na nasze samopoczucie i na atrakcyjność okolicy, która potem przekłada się na wartość naszych nieruchomości.

A czy wiecie, że zapisy dotyczące płotów i reklam istnieją już teraz, w obecnie obowiązującym miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego? Płoty mogą być ażurowe i nie większe niż 2.2 m, powierzchnia nośników reklamowych nie większa niż 3 m2, wolnostojących znaków i informacyjnych i reklam nie dopuszcza się wcale (na części Józefosławia). Ale kto by się tym przejmował?

Brak reklam w przestrzeni publicznej powinien wypełnić system informacji miejskiej, uporządkowany i spójny system informacji o usługach czy wydarzeniach, wykorzystujący tradycyjne (papierowe) i nowoczesne (internet, aplikacje mobilne) metody dotarcia z informacją do mieszkańców i potencjalnych klientów. Najlepiej, gdyby informacja docierała do tych, którzy właśnie jej poszukują. Wtedy uliczny chaos reklamowy nikogo nie będzie obchodził i znikną chętni do obwieszania naszych z płotów.

Robert Widz