Perły są wśród nas

Dr Danuta Koziej Wrzosińska.

Ten jesienny poranek nie rozpoczął się optymistycznie. Padał deszcz i na domiar złego o mało nie spóźniłam się na autobus o wdzięcznej nazwie Roj Bus, który wówczas (ok. 15 lat temu) kursował do Warszawy. Myślałam, że jestem jedyną pasażerką moknącą na przystanku Srebrne Świerki w Julianowie, ale głośne stukanie w zamykające się za mną drzwi autobusu szybko wyprowadziło mnie z błędu. „Uf, zdążyłam” – zakrzyknęła z ulgą starsza, drobna pani, siadając obok mnie i z tym samym entuzjazmem wymieniła swoje nazwisko – Danuta Koziej Wrzosińska. „Jadę z wykładem do Muzeum Powstania Warszawskiego, gdzie jestem honorowym członkiem Działu Historii Mówionej”- wyjaśniła. Mój grzeczny uśmiech przyjęła jako zezwolenie na rozpoczęcie konwersacji i w ciągu 40 minut dowiedziałam się, że mam przed sobą obywatelkę Polski pochodzącą z królewskiego miasta Rzeczypospolitej Obojga Narodów – Wołkowyska, urodzoną tam w roku uroczystego podpisania w Warszawie przez pokonaną Rosję bolszewicką OSTATECZNEGO  (o ironio!)  protokołu o przebiegu granicy Polski z tym krajem, czyli w 1924r.; że jej ojciec, Franciszek był legionistą i żołnierzem 1. pułku Szwoleżerów im. J. Piłsudskiego, że przyjaźnił się z generałem Władysławem Andersem i że za udział w wojnie 20. roku został bestialsko rozstrzelany w Katyniu przez bolszewickich siepaczy. Z ożywieniem wspominała swoją edukację najpierw w Wołkowysku, a później maturę u Urszulanek Szarych na Powiślu w Warszawie. Z dumą pochwaliła się swoimi studiami medycznymi, specjalizacjami z położnictwa, ginekologii i seksuologii a także podkreśliła trud włożony w uzyskanie stopnia naukowego doktora nauk medycznych („a na emeryturę przeszłam dopiero po 72 roku życia” dodała). Gdy dojeżdżałyśmy do stacji metra, rozpoczęła snuć wspomnienia z Powstania Warszawskiego. Nie zdążyła. Niestety tam musiałyśmy się rozstać. Minęły kolejne miesiące. Od czasu do czasu widywałam panią Danutę, niestety chodzącą o kulach, gdyż zmogła ją osteoporoza, która spowodowała różne złamania, także kręgosłupa. Rozmawiałyśmy na nurtujące nas tematy. To wtedy właśnie dowiedziałam się i zareagowałam szczerym oburzeniem na nieludzkie decyzje administracji osiedla Willa Nowa w Józefosławiu, która z uporem wartym lepszej sprawy do dzisiaj nie zgadza się na otwarcie dodatkowej furtki na Julianowską, co zdecydowanie skróciło by („o ponad tysiąc kroków!”) drogę  starszym mieszkańcom tej zamkniętej enklawy do lekarza, apteki i autobusu.

Mijały lata. Ja miałam swoje pasje, zajęcia i społeczne fascynacje a Pani Doktor swoje zainteresowania hipnoterapią, patologią więzi międzyludzkich czy też zwalczaniem bólu i uzależnień. („Bo, pani Haneczko, do seksuologa w moim wieku pacjenci raczej nie przyjdą, ale do hipnoterapeuty jak najbardziej”- uśmiecha się). Aż wreszcie przyszedł czas na dokończenie rozmowy, tej sprzed lat, prowadzonej w autobusie. Opowieść była bardziej niezwykła, niż  się spodziewałam: „W okresie okupacji zostałam zaprzysiężona przez major Ewę Grodecką na wierność Armii Krajowej i skierowana do podchorążówki. Powstanie Warszawskie zastało mnie w czasie wykonywania  obowiązków służbowych przy doręczaniu poczty. Po wielu tarapatach dotarłam do Poczty Głównej, gdzie zostałam przydzielona do oddziału Łączności Specjalnej. Dostarczałam różne materiały ze Śródmieścia na Stare Miasto. Wkrótce, ze względu na wzrost – 152 cm, zostałam zakwalifikowana jako przewodniczka kanałowa. Było to miejsce dobre dla szczurów, a nie dla ludzi” – kwituje Pani Danuta. W pierwszej fazie zrywu dziewczyny musiały walczyć nie tylko z wrogiem, ale przede wszystkim same z sobą. Musiały pokonywać strach przed ciemnością, nie ulegać przerażeniu, gdy obok piszczały przepływające szczury. („Tych bałam się najbardziej, a najwięcej ich było pod placem Piłsudskiego” -wspomina moja rozmówczyni). Kanał miał 60 cm szerokości, około metra wysokości i był do połowy wypełniony fekaliami. W związku z tym marsz odbywał się w kucki, z poprzecznym drążkiem w obu dłoniach, żeby łapać równowagę i zapierając się nim o ścianki boczne podciągać tułów i nie utopić się w cuchnącej mazi.  Ona musiała to wszystko pokonać. Każdy napotkany po drodze odkryty właz oznaczał przyczajonego z bronią niemieckiego bandytę. Wtedy Koziejówna wiedziała, że czas jej życia należy mierzyć przeskokiem pomiędzy wybuchającymi granatami i szła dalej z Daniłowiczowskiej na Mazowiecką i z powrotem, bo koledzy czekali na środki opatrunkowe, na broń, amunicję (można jej było przenieść w woreczku na piersiach zaledwie do 4 kg), no a dowódcy oczywiście liczyli na pocztę. Tak było do 25. sierpnia, gdyż właśnie wówczas gen. Bór-Komorowski wraz z Komendą Główną opuścił Starówkę i przeszedł kanałami do Śródmieścia. Poczta przestała się liczyć. Zbliżała się ostatnia faza powstania, w której najważniejszym zadaniem była bezpieczna ewakuacja powstańców. Dziewczyny przeprowadzały całe oddziały… Zasłuchana w opowieść pani Danuty zdałam sobie nagle sprawę, że tuż obok włazu do kanałów na Daniłowiczowskiej, w ruinach kościoła św. Andrzeja walczył i zginął 26. sierpnia 1944, „trafiony w środek czoła”, (jak to zdarzenie opisał Jarosław Iwaszkiewicz w „Odach Olimpijskich”), kuzyn mojego męża, poeta Juliusz Krzyżewski. Jego, niestety, kanałowe kruszyny nie zdążyły już ewakuować żywego. Ale wśród wycofujących się powstańców zdarzali się ludzie, którzy dzielnie walczący na powierzchni, w kanałach załamywali się nerwowo i dochodziło nawet do samobójstw. W tym kontekście poświęcenie i odwaga przewodniczek kanałowych nabiera zupełnie innego wymiaru.

Dzisiaj pani Danuta szczyci się stopniem wojskowym majora. Jeszcze od czasu do czasu spotyka się z koleżankami z powstania, utyskują razem na nieubłagany los, który co chwila wyrywa z ich szeregów kolejną osobę stawiając ją na honorowym, wiecznym posterunku. („Ze służb łączności AK zostało już nas tylko 6 osób”- wzdycha). Czynnie działa też w środowisku rodzin Koziejów. Spotykają się, odwiedzają, organizują cykliczne zjazdy, a było ich już 11.  Ostatnio otrzymała nawet honorowe odznaczenie rodzinne „Kozieja Roku”.

Tę ciekawą rozmowę odbyłyśmy w mieszkaniu Pani Danuty, w którym mieszka sama, choć niedaleko syna (on jest mieszkańcem Julianowa). Z nieukrywaną satysfakcją pokazała mi praktyczne udogodnienia życiowe, m. in. „chwytak rzeczy upadłych”, żeby nie trzeba było się schylać, czy „tampon na wysięgniku” do pielęgnacji trudno dostępnych części ciała, np. pleców. Regularnie Pani Danuta korzysta z Internetu, ciągle pogłębiając swą medyczną wiedzę, („teraz z geriatrii na użytek własny i rodziny” – wyjaśnia), a elektroniczna waga pozwala na co dzień kontrolować masę ciała naciskającą na „moje rzeszotowate kości i stawy- zauważa.  Jak tylko przybędzie mi 200 gram – ograniczam jedzenie pieczywa i ziemniaków. Choć przecież ziemniaki są zdrowe, zawierają dużo witaminy C i soli mineralnych a przede wszystkim potasu. Pani Haniu, ja nauczyłam wszystkie moje pacjentki, aby wywaru z ziemniaków nie wylewały bezmyślnie do zlewu. Do gotowania można dodać np. czosnek, koper lub inne zioła, a potem po prostu ten wywar wypić. Lub też potraktować jako bazę do zrobienia sosu, albo dodać do zupy. Nie można marnotrawić takiego bogactwa!” dzieli się Pani Danuta ze mną odrobinką swojej wiedzy, którą z wdzięcznością przyjmuję i przekazuję dalej. Jeśli można mi tu wyrazić swoje odczucia po spotkaniach z Panią Doktor – to moim zdaniem jest już rzadko spotykanym przykładem Człowieka ciepłego, pogodnego, życzliwego, mądrego a ponadto wyrażającego się piękną, poprawną polszczyzną. Dumni z TAKIEJ Sąsiadki życzymy Jej wszystkiego najlepszego, ciągłej przebojowości, witalności i jeszcze długich lat w zdrowiu.

Hanna Krzyżewska