Jarek Staniek

Poznajmy się

 

W zgodzie z własnym sercem

 

Wierzę w taki rodzaj intuicji, który mi mówi, gdy coś nie działa. Że czuję, kiedy coś nie działa. W Czechach mają takie fajne słowo „funguje”. Jak coś nie „funguje”, zaczynam szukać przyczyny i idę w tę stronę, którą podpowie mi serce – opowiada Jarosław Staniek, reżyser, choreograf, m.in. hip-hopowego projektu teatralnego „12 ławek”, trans-opery „Sen nocy letniej”, filmu „Ubu Król” oraz wielokrotny Mistrz Polski w breakdance. – Właśnie wróciłem z próby „Operetki” Gombrowicza i mam takie dziwne uczucie, jakbym robił wszystko pierwszy raz. A zajmuję się tym już prawie 30 lat! Zastanawiam się zawsze, czy wejście w jakiś projekt coś mi daje, czy jakoś się zmieniam, czy dla mnie jest to ważne.

 

Sąsiedzi: Jak doszedłeś do tego, czym się zajmujesz, kim jesteś teraz?

 

Jarosław Staniek: Przyjechałem do Warszawy z Sandomierza, wtedy wiele się tam nie działo. Trafiłem do szkoły sportowej w Warszawie. System działał, wybierał nas, żebyśmy byli mistrzami sportu. I tak miałem być kimś, kto będzie biegał, skakał, latał, pływał… nie wiem (śmiech). Najważniejsze, że byłem w Warszawie. Ten sport miał mi dać coś, ale nie wiedziałem do końca co. I nagle w ówczesnym dzienniku telewizyjnym zobaczyłem dwuminutowy materiał o Stanach Zjednoczonych, w których wybuchło kompletne szaleństwo – degeneraci, zepsuta młodzież, wariaci po prostu tańczą na głowach ryzykując życie i to wszystko dlatego, że nie mają, co robić i wymyślają głupoty. Jak to oglądałem, przestałem słyszeć komentarz, zamurowało mnie. To było dla mnie połączenie energii – tej sportowej, do której byłem przyzwyczajony i tego tańca, który uważałem dotąd bardziej za takie coś nie „cool”. Zawsze tańczyłem, ale to było dla mnie jakieś niepoważne.

 

S: Co to znaczy, że zawsze tańczyłeś?

 

  1. S.: Już od przedszkola. Kiedyś podczas jakiejś choinki czy innej zabawy byłem przebrany za Indianina. Każdy chciał być wtedy Winnetou. Mama zrobiła mi strój. I wszystko było dobrze, byłem dumny i szczęśliwy jako Winnetou do momentu, kiedy nie zaczęły się pląsy. No, i zacząłem pląsać, i natychmiast zostałem królem, więc mi zabrali pióropusz i zrobili ze mnie króla balu. A ja chciałem być Winnetou! Płakałem, nie chciałem tańczyć z dziewczynkami – przekleństwo po prostu. Wtedy zakumałem, że ten taniec jest taki no… niedobry. Że owszem czuję go, ale nie mogę tego eksponować, bo zaraz będzie jakiś problem.

 

S: I nagle pojawia się ten breakdance z dziennika TV.

 

  1. S.: Tak. I te dwie energie się we mnie złączyły. Plus muzyka. Dla mnie muzyka jest najważniejsza. Kiedy słyszę muzykę, odpływam. Zaraz wyłapuję jakieś basy, jakieś instrumenty, linie melodyczne, cały chodzę. Nie mogę prowadzić samochodu, kiedy słyszę muzykę, bo nie wiem, co się dzieje dookoła. Dlatego w aucie słucham wyłącznie wiadomości albo audiobooków. Kiedy słyszę muzykę, trudno się ze mną komunikować, to jest automatyczne. To się dzieje poza mną. Breakdance wszystko połączył i zacząłem to robić.

 

S: Ale jak zacząłeś to robić?

 

  1. S.: Po prostu. Z tych dwóch minut stworzyłem cały świat. Zapamiętałem je jako jakiś przebłysk z przeszłości, jakby jakieś poprzednie wcielenie do mnie przemówiło. Nie było wtedy żadnych magnetowidów, nic nie było. Zapisałem to wszystko w głowie – te obrazki, kiedy jakiś gość robił „szybę” (klasyczna figura w breakdance polegająca na dotykaniu wyimaginowanej szyby – red.) czy „moonwalk” (słynny chód do tyłu rozpropagowany później przez Michaela Jacksona – red.). Ja po prostu zacząłem dobudowywać do tego resztę. Coś pamiętałem, czegoś nie. Coś sobie „dowyobrażałem” i stworzyłem cały repertuar figur i zdarzeń, które mi się wydawało, że zobaczyłem w tym materiale. I normalnie się tym jarałem. Wszędzie to robiłem, na korytarzu, w domu, wszędzie… Cały czas wymyślałem i coraz bardziej mi się to podobało. Nie zastanawiałem się, czy potrafię tańczyć. Po prostu czułem, że to jest to.

 

S: Ile miałeś lat, kiedy ci się to zaczęło tak składać?

 

  1. S.: Piętnaście-szesnaście. Taniec stał się wtedy przestrzenią wyobraźni. Dobrze się uczyłem, więc mogłem pozwolić sobie na to, żeby na lekcji całe 45 minut myśleć tylko o tym, że jak wyjdę, to zaraz coś wypróbuję.

 

S: Jakie miałeś wtedy plany?

 

  1. S.: Nie miałem żadnych. Pewnie by się to skończyło jako jakaś tam przygoda, gdyby nie program w stylu dzisiejszego „You Can Dance”. To nazywało się Ogólnopolski Telewizyjny Konkurs Tańca. Był 1984 rok. Ogłosili nabór w TV, a biorąc pod uwagę, że były wtedy tylko dwa kanały, wszyscy o tym wiedzieli. Poczułem ogromną presję – w szkole, w internacie – wszyscy na mnie patrzyli, ci moi koledzy sportowcy z takim: „No co? Idziesz?”. Nawet mój trener nazywał mnie „Trawolcik”. Poczułem, że muszę tam jechać, że nie mam wyboru. Zgłosiłem się. Pojechałem na Woronicza. Kolejka chętnych kończyła się na Puławskiej. Zatańczyłem, wróciłem do domu i czekałem. Przyszedł telegram, że zostałem zakwalifikowany. Potem były kolejne eliminacje, z każdych przechodziło dwóch tancerzy do następnych, ale w tych eliminacjach, gdzie ja startowałem, przechodziłem tylko ja. Widzowie i jury głosowali na mnie. Wtedy były to jakieś worki listów przychodzące do telewizji. Finał był taki sam – zdobyłem wszystko. I to był pierwszy moment, kiedy poczułem, że może coś w tym jest, że nie wymyślam sobie czegoś tam na swój temat, tylko że to jest coś warte.

 

S: Czy to wreszcie był przełom?

 

  1. S.: Nie. Nadal nie miałem planu. Nawet teraz nie mam żadnego… (śmiech). Wróciłbym pewnie do normalnego życia, ale wtedy właśnie odezwał się do mnie i zaprosił do współpracy, nieżyjący już słynny polski tancerz i choreograf, Witold Gruca. Powiedział, że robi „Aidę” w Teatrze Wielkim, że jest tam taniec niewolnic i on by chciał, żebym nauczył tancerki takiego dzikiego tańca. Dzięki temu trafiłem od razu do Teatru Wielkiego i uczyłem baletnice, jak tańczyć breakdance. Potem siedziałem na premierze i dopiero wtedy zrozumiałem, że to wszystko, co robię może mieć dalszy ciąg. Patrzyłem na scenę; tu wchodzi wojsko, balet, orkiestra, soliści, nieprawdopodobne sceny i pomyślałem, że też mogę tworzyć takie rzeczy. Zakochałem się w teatrze w jednym momencie. Nie rozumiałem tego. Wiedziałem tylko, że ten konkurs, to nie jest koniec, ale początek. Kiedy zaproponowano mi wynagrodzenie, powiedziałem, że nie chcę żadnych pieniędzy, za to chcę uczyć się tańczyć, jak baletnice. Zrobiłem dyplom eksternistyczny z klasycznego baletu. Nigdy bym nie zatańczył w balecie, z szacunku dla samego baletu, ale dyplom mam.

 

S: A jak jest dzisiaj?

 

  1. S.: Najważniejsze, co mogę powiedzieć o sobie to to, że wszystko, co robię, te moje spektakle, choreografie itp. utwierdzają mnie w przekonaniu, że ja nie mam potrzeby rozmawiania z publicznością. Nie mam potrzeby mówienia innym ludziom, jaka jest moja interpretacja tego czy owego. Przy każdym projekcie rozmawiam sam ze sobą i jeśli nie ma w nim czegoś, co sprawi, że pójdę stopień wyżej, to go odrzucam. Muszę znaleźć swój własny cel. Jeśli nie znajdę wyzwania dla siebie, to tego nie robię. Skala projektu, jego prestiż czy miejsce, gdzie się to robi, nie ma znaczenia. Bardzo się staram, żeby nie grać według utartych reguł. Kiedy robiłem „Opentańca” (tytuł od open taniec – red.), z Adamem Sztabą wymyśliliśmy poloneza na 5/4. Nie wiem, czy ktoś to zauważył, skumał, zrozumiał. Nie obchodzi mnie to. Ale my wiedzieliśmy, że to jest nasz polonez na 5. To jest coś, co mi zostało po tańczeniu breakdance na ulicy. Koleś tańczy przed tobą, pach, pach, pach i już. Nie wiesz, co się wydarzy, jak ty zatańczysz, ale jedno, co wiesz to to, że nie możesz tego zrobić tak samo jak on. Czasem spotykam się z zarzutem, że wyważam otwarte drzwi. Ale ja uważam, że tak trzeba, bo ja je wyważam na swój sposób.

 

S: Ile lat mieszkacie tu, w Józefosławiu?

 

  1. S.: (pytające spojrzenie na żonę) Jedenaście?

 

S: Czyli wielką powódź przeżyliście.

 

  1. S.: Tak. Woda stała do pierwszego stopnia schodów wiodących do sypialni. A my wzięliśmy butelkę wina i weszliśmy sobie wtedy do wanny. Co mieliśmy robić?

 

Z Jarosławem Stańkiem rozmawiał Jacek Sut

By darń stała się dywanem

Kwiecień jest jednym z piękniejszych miesięcy roku, to właśnie teraz przyroda na dobre budzi się z zimowego snu i robi to bardzo intensywnie: pojawiają się kolory, zapachy i śpiew ptaków. Dla mnie to czas magiczny, kiedy z dnia na dzień, czasem wręcz z godziny na godzinę, świat się zmienia.

Sygnał do pracy

Kiedy tylko pierwsze symptomy nadchodzącej wiosny stają się zauważalne, to znak, że nastał czas na porządki w ogrodzie. To właśnie teraz jest najlepszy moment, by zadbać o trawnik, żeby w okresie wegetacji móc cieszyć się jego soczystą zielenią i miękkością.

Na początku należy wygrabić go przy użyciu sprężystych grabek. Jeśli ma więcej niż 2 lata warto przeprowadzić wertykulację – czyli naciąć darń na głębokość 4-10 cm. Jest to zabieg wzmacniający trawnik, poprawiający jego kondycję. Podczas wertykulacji usuwa się filc powstały ze zbitych resztek roślinnych obumarłej trawy, blokujący dostęp powietrza, składników pokarmowych i wody do korzeni.

Jak przeprowadzić odmładzanie

Trawa jest byliną, która bardzo dobrze reaguje (tj. krzewi się i lepiej rośnie) na różnego rodzaju nacinanie.

Wertykulację przeprowadza się zanim ruszy wegetacja, a ziemia jest lekko osuszona – gdy jest zbyt mokro, podczas zabiegu wyszarpywane są duże kępy trawy, co w efekcie niszczy darń. Na małym trawniku można to zrobić ręcznym wertykulatorem, gdy powierzchnia jest większa niż 200 metrów kwadratowych lepiej posłużyć się mechanicznym. Trawnik nacinamy na krzyż, prowadząc urządzenie raz wzdłuż, raz w poprzek murawy. Resztki roślinne starannie grabimy. Po wykonaniu wertykulacji trawnik można posypać piaskiem, co powoduje lepsze napowietrzenie darni.

Zabiegi koniecznie potrzebne

Uzupełniamy ubytki – miejsca, gdzie nie ma trawy lekko spulchniamy i wysiewamy nasiona trawy, mieszając je z wierzchnią warstwą ziemi lub zastosujemy gotową mieszankę nasion z ziemią i mulczem, dostępną w sklepach ogrodniczych.

Nawozimy przygotowany trawnik – najbezpieczniej jest użyć nawozu wieloskładnikowego (np. Azofoska) lub długo działających (np. Substral). Nawóz musi być równomiernie rozsypany (warto użyć siewnika). Stosuje się go na skoszony, wygrabiony i suchy trawnik, który trzeba obficie podlać tuż po nawożeniu.

Pamiętamy o odchwaszczaniu – najlepiej wykonywać je na bieżąco, w miarę możliwości ręcznie. Środki chemiczne (np. Chwastox) stosujemy, gdy nastąpi masowy wysyp chwastów.

Napowietrzamy trawnik – przeprowadza się to przynajmniej raz w roku przy pomocy areatora, który robi w darni otwory doprowadzające tlen do korzeni.

Odcinamy krawędzie – ostatnim szlifem trawnika może być odcięcie jego krawędzi, które sąsiadują z rabatami, ścieżkami i nasadzeniami.

Po tych wszystkich zabiegach pozostaje już „tylko” koszenie trawnika, które wykonuje się, gdy jego wysokość jest większa niż 5 cm (świeżo założony trawnik nadaje się do koszenia, kiedy osiągnie 10 cm wysokości).

Joanna Widaj

acrocona.pl