Lukasz Grass

Pokochałem to miejsce

 

Łukasza Grassa poznałem najpierw z głosu. Kiedy rozpocząłem pracę w TVN, przez pierwsze kilka lat dojeżdżałem samochodem z Łodzi. Serwisy prowadzone prze z Łukasza towarzyszyły mi wielokrotnie podczas coraz bardziej wydłużających się – z powodu remontów – podróży Łódź-Warszawa-Łódź. Nie zdziwiłem się więc wcale, gdy zobaczyłem go potem na antenie TVN24. Za to zdziwiłem się bardzo widząc go przelotnie w znanym ośrodku sportowym w naszej miejscowości. Ale wtedy jeszcze nie znaliśmy się osobiście. Poznaliśmy się nieco bliżej na I biegu ulicami J&J (warto o tym wspomnieć, bo już organizujemy drugi), na którym Łukasz wspomógł nas konferansjerką. Od razu pomyślałem, że muszę go wciągnąć na szpalty naszej gazety. No i udało się.

 

Jacek Sut: Jak długo tu mieszkasz?

 

Łukasz Grass: Jeśli dobrze pamiętam, wprowadziłem się do Julianowa około 9 lat temu, kiedy wokół nie było jeszcze tylu osiedli, a w pobliżu nie było szkoły i wielu prywatnych przedszkoli, dyskontów i centrów handlowych. Pierwszych kilka lat przypominało niemal życie na wsi. Dziś to prawdziwa sypialnia Warszawy, ruch jak na Marszałkowskiej – szczególnie w godzinach szczytu.

 

  1. S.: Co Cię sprowadziło do Julianowa?

 

Ł. G.: Mieszkaliśmy już wtedy w Warszawie prawie 4 lata. Początkowo w centrum, przy ulicy Siennej, później na Ursynowie, aż w końcu postanowiłem z żoną wziąć kredyt na mieszkanie i poszukać docelowego miejsca. Już wówczas wiedzieliśmy, że na długo zwiążemy swoje losy z Warszawą, przede wszystkim ze względu na moją pracę w radiu i telewizji. Krążyliśmy wokół Stolicy poszukując idealnego miejsca, które spełniałoby nasze oczekiwania, a więc spokój, cisza, ogród, a jednocześnie szybki dojazd do miasta, bliskość kluczowych dla funkcjonowania rodziny instytucji. Oczywiście decydującą rolę odegrała lokalizacja i cena. Trafiliśmy w dziesiątkę.

 

  1. S.: Co Ci się tu podoba?

 

Ł. G.: Bliskość Lasu Kabackiego, usytuowanie wszystkich kluczowych placówek niemal w zasięgu wzroku (szkoła, przedszkole, przychodnia), sklepy. Dziś z perspektywy czasu widzę, że dokonaliśmy idealnego wyboru, choć to miejsce ma również wiele wad i gdybym mógł cofnąć czas, i jakoś zawczasu protestować przeciwko niektórym decyzjom, na pewno bym to zrobił. Pomimo to pokochałem Julianów ze wszystkimi jego plusami i minusami. (tak to widzę – odnośnik na dole tekstu)

 

  1. S.: Jakie zatem zalety, a jakie wady niesie ze sobą mieszkanie w J&J?

 

Ł. G.: Zacznę od wad. Czasami zastanawiam się, co kierowało urzędnikami, którzy wydawali pozwolenia na budowę, zajmowali się planowaniem przestrzennym, aby w tak bezmyślny sposób gospodarować tym miejscem. To naprawę niepojęte, jak szybko decyzjami urzędników można było zniszczyć ten piękny teren. Widzę, że obecnie próbuje się naprawiać pomyłki – powstają chodniki, oświetlenia, infrastruktura, ale całkowicie nie da się już naprawić błędów z przeszłości. Myślę, że największą wadą urzędników, którzy zmieniali to miejsce swoimi decyzjami, był brak wyobraźni. Myślę, że nikt nie przewidział, jak szybko będzie rozrastał się Julianów, Józefosław… bo aż nie chce mi się wierzyć w celowość takich decyzji.

Natomiast – z mojego i rodzinnego punktu widzenia – największą zaletą jest bliskość Lasu Kabackiego, szkoły, przedszkola, basenu, przychodni i apteki. W zasięgu ręki mam wszystko, co potrzeba do sprawnego funkcjonowania w ciągu tygodnia, bez logistycznej gimnastyki. Ponieważ uprawiam wolny zawód, nie mam też problemów z korkami. Poza sporadycznymi przypadkami, to mnie nie dotyczy. Ale jak już właduję się w korek na Puławskiej, wówczas mam niezły trening cierpliwości i tolerancji.

 

  1. S.: Co byś chciał zmienić w swoim najbliższym otoczeniu?

 

Ł. G.: Właściwie zaczyna się to już zmieniać, bo wreszcie powstają chodniki i ścieżki rowerowe. Gdybym był urzędnikiem, na pewno nie podniósłbym już ręki za dodatkową rozbudową osiedli w Julianowie i Józefosławiu! Gdybym był Komendantem Policji, każdego dnia na ulicy Julianowskiej krążyłby radiowóz z radarem, który łapałby kierowców wariatów. To, co dzieje się na drogach naszych miejscowości, jest balansowaniem na granicy tragedii. Mieszkam przy ulicy Julianowskiej i każdego dnia rajdy zaczynają się przed godziną 6 rano, kiedy w pobliskiej fabryce Technicolor zaczyna się zmiana pracowników. Niestety kierowcy nie szanują i nie biorą pod uwagę tego, że w obecnej sytuacji – braku odpowiedniej infrastruktury – pieszy powinien być podwójnie uprzywilejowaną osobą, szczególnie kiedy porusza się z dzieckiem. Nawet w sytuacji, gdy kierowca teoretycznie ma pierwszeństwo, powinien wziąć pod uwagę, że nie znajdujemy się w normalnych warunkach. Niestety czasami jestem świadkiem, kiedy kierowcy na siłę próbują udowodnić, kto tu rządzi. My to wiemy, ale drodzy kierowcy… korona z głowy Wam nie spadnie, jeśli do czasu wybudowania chodników i ścieżek, pieszy i rowerzysta będą na pierwszym miejscu.

 

  1. S.: Kim jesteś z wykształcenia, a kim z zawodu?

 

Ł. G.: Skończyłem Akademię Wychowania Fizycznego w Poznaniu, chciałem być dziennikarzem sportowym. Przez moment nawet nim byłem, ale później „wpadłem” w sidła dziennikarstwa politycznego i tak prawie przez 13 lat. Później z różnych względów podjąłem decyzję o zmianie zawodowej i porzuciłem dziennikarstwo newsowe.

 

  1. S.: Jak to się stało, że trafiłeś do mediów?

 

Ł. G.: Zawsze chciałem być dziennikarzem sportowym i już na studiach udzielałem się w radiu studenckim, później w poznańskich rozgłośniach, aż w końcu dostałem propozycję pracy w Radiu TOK FM w Warszawie. Po dwóch latach przyszła propozycja z TVN24, gdzie spędziłem 6 lat.

 

  1. S.: Byłeś czołowym dziennikarzem w TVN. Jak udało Ci się to osiągnąć?

 

Ł. G.: Nie byłem czołowym dziennikarzem TVN (śmiech). Nigdy przecież nie pracowałem we flagowym programie newsowym tej stacji, czyli Faktach. Pracowałem w programach stacji TVN24 (Magazyn 24 godziny, Cały ten świat, Polska i Świat, Dzień na żywo). Myślę, że udało mi się to osiągnąć przede wszystkim dzięki niezwykle ciężkiej pracy nad sobą, poświęceniu, wielu godzinom spędzonym na pracy nad dykcją i emisją głosu, a także spotkaniu na swojej drodze odpowiednich ludzi, którzy to zauważyli i dali mi szansę.

 

  1. S.: Dlaczego odszedłeś?

 

Ł. G.: Nie nadawałem się do newsów. Zresztą one z czasem bardzo się zmieniły. Czułem się zmęczony i wypalony tego typu dziennikarstwem. Na własne życzenie pracowałem też zbyt ciężko, ale z mojego punktu widzenia tak musiało być, jeżeli chciałem rzetelnie przygotować się do programu. Cały czas szukałem w życiu swojej drogi i myślę, że od kilku lat właśnie taką podążam.

 

  1. S.: Jak zmieniały się Twoje priorytety w życiu?

 

Ł. G.: Zawodowe? Wróciłem do sportu, czyli tego, co lubię najbardziej. Razem z Michałem Drelichem z agencji marketingu sportowego Sportevolution założyłem spółkę Wydawnictwa Sportowe i Naukowe, w ramach których funkcjonują dwa portale internetowe: Akademia Triathlonu i Biegi Masowe. Prowadzę szkolenia medialne z wystąpień publicznych, a także motywacyjne, czyli coaching związany z realizacją siebie na płaszczyźnie zawodowej, rodzinnej i swoich pasji. Jestem związany z mediami, ale w ograniczonym zakresie i tylko w obszarach niezwiązanych z polityką i poważną publicystyką. Współpracowałem z TVP, Discovery Channel, a od 7 marca prowadzę na antenie Polsatu program Celebrity Splash. Taki zakres aktywności medialnej pozwala mi na realizowanie się na zupełnie innych, najważniejszych dla mnie płaszczyznach. Jedną z nich jest właśnie wspominany triathlon. Uprawiam go na poziomie nieco wyższym niż amatorski. Zakwalifikowałem się już na Mistrzostwa Świata na dystansie Ironman 70.3, czyli prawie 2 km pływania, 90 km jazdy rowerem i 21 km biegu. W tym roku po raz kolejny będę startował w kwalifikacjach do Mistrzostw Świata na Hawajach na dystansie pełnym Ironman (prawie 4 km pływania, 180 km jazdy rowerem i 42 km biegu). A Julianów chyba pokochałem ze wszystkim jego wadami i zaletami. (trochę od czapy wydaje mi się to zdanie w tym miejscu… przeniosłabym je wyżej – zaznaczone kolorem)