Jeremi Prokopowicz

 

Przed przeznaczeniem nie uciekniesz…

Broniłem się przed filmem rękami i nogami – mówi Jeremi Prokopowicz, operator m.in. na planach filmów takich jak „Katyń” Andrzeja Wajdy, „Persona non grata” Krzysztofa Zanussiego, czy „Wenus w futrze” Romana Polańskiego oraz realizator zdjęć do znanych seriali, np. „Prawo Agaty” i „Klub szalonych dziewic”.

Sąsiedzi: To od początku poproszę!

Jeremi Prokopowicz: Kiedy byłem w czwartej klasie liceum myślałem o tym, żeby zdawać do agielskiego college’u. Na przekór rodzinnej tradycji. Mój ojciec był wtedy od ponad 40 lat II reżyserem, mój brat skończył Filmówkę na wydziale operatorskim (Bartosz Prokopowicz – przyp. red.), mój ojciec chrzestny był reżyserem dźwięku. W moim domu film był od zawsze. A ja broniłem się rękami i nogami, dlatego wymyśliłem ten college, ale nagle zrozumiałem, że to nie to i po studniówce zacząłem robić zdjęcia. Wszyscy się w głowę pukali. Za miesiąc egzaminy, a ja wcześniej nie miałem aparatu w ręku i chcę zdawać. Mamusia mnie wspierała, za co jestem jej wdzięczny. Zdałem, zaraz po maturze. Jakoś samo z siebie się stało, że zostałem filmowcem. Do dziś dzień nie wiem, czy bardziej wolę filmy robić czy oglądać (śmiech).

S: Łódź filmowa cię ukształtowała?

Tak. Chodziłem do Wytwórni (Wytwórnia Filmów Fabularnych w Łodzi – dziś hotel – przyp. red.), do Dźwięku na postsynchrony (ponowne podkładanie dialogów pod film – przyp. red.). Jak ojciec potrzebował jakiś wrzask dziecka, to czasem mnie brał…

S: Co teraz robisz?

Obecnie oczekujemy na drugie dziecko (wywiad miał miejsce w lutym 2015 r. – red.), więc odpuściłem długoterminowe projekty takie jak „Prawo Agaty” w TVN, które współtworzyłem od operatorskiej strony od początku. To bardzo czasochłonne, a ja teraz muszę być w domu. Robię krótkie formy: reklamy, jakieś niskobudżetowe małe produkcje. No i pracuję z bratem nad jego reżyserskim debiutem pt. „Chemia”. Scenariusz jest oparty na jego własnych przeżyciach. To bardzo trudny projekt. Wyczerpujący emocjonalnie (nieżyjąca już Magdalena Prokopowicz, założycielka fundacji Rak’n’Roll była żoną Bartka – przyp. red.). Po dwudziestu dniach zdjęciowych czułem się bardziej wyeksploatowany niż po 4 miesiącach pracy przy „Herkulesie” na Węgrzech. To jest chyba najtrudniejsze moje doświadczenie filmowe.

S: Opowiedz o produkcji z Polańskim.

Z Romanem Polańskim pracowałem trzy razy. To był „Ghostwriter”, „Rzeź” i „Wenus w futrze”. Zostałem zaproszony do współpracy, jako operator kamery, przez Pawła Edelmana, który, jako operator, pracuje z Romanem od lat. Z Pawłem znamy się z Łodzi, szwenkowałem („szwenk” to określenie na ruch kamery, na operatora kamery mówi się też „szwenkier” – red.) przy reklamach, przy „Katyniu” i mimo, że zacząłem już swoją samodzielną drogę, jako operator, to pracy z Romanem Polańskim nie mogłem odmówić. I w tej chwili bym nie odmówił, bo praca z Romanem i Pawłem, to niezwykła przygoda i nobilitacja. Roman jest niesamowitym reżyserem, świetnym rzemieślnikiem, ma rękę do aktorów, sam jest dobrym aktorem i wie, jak do nich docierać, co z nich wydobyć dla siebie. Roman jest takim człowiekiem, który ma film nakręcony w głowie od A do Z. Propozycje na planie są niemile widziane (śmiech). Ma wizję i trzeba się jej podporządkować i całą siłą swojego talentu pomóc mu ją zrealizować. To jest wspaniałe móc obserwować kogoś, kto dokładnie wie, czego chce i wie, jak to osiągnąć i jakimi środkami. I potem widać to na ekranie. Patrzysz i widzisz: „A! To miało sens! I to miało sens! I to też! Wow!”. To rzadkość pracować z tak świadomymi ludźmi.

S: A najbardziej skomplikowane zdjęcia jakie robiłeś.

Bardzo trudnym dla mnie filmem był „Komornik”. Cały film kręcony z ręki, bardzo trudny technicznie, obciążający fizycznie. Mój kręgosłup do dziś to pamięta. Niełatwy też był „Herkules”, ten kręcony na Węgrzech. To była duża produkcja, 180 mln dolarów budżetu. Olbrzymie dekoracje i wszystkie zabawki, jakie sobie można wyobrazić do pracy. Przyjechałem na miejsce operatora kamery, który został zwolniony z roboty. Szukali operatora w Europie, zadzwonili do Romana (Polańskiego – przyp. red.) i on mnie polecił. Kiedy przyjechałem, atmosfera nie była najlepsza, a mnie od razu wsadzili na kamerę. Nikogo nie znałem, 450 osób ekipy, chodziłem z kartką i uczyłem się, kto jest kim. To było spore wyzwanie. Różnorodne sceny, o rożnym stopniu skomplikowania. Sceny dialogowe przeplatane ze scenami bitew, z olbrzymią liczbą statystów, którzy mieli dla siebie w zasadzie specjalnie wybudowaną wieś, w której mieszkali. I dekoracje, olbrzymie, w nocy podświetlane specjalnymi misami na gaz. Osiem takich mis, świecących tylko na schodach pałacu, zużywało 5 ton gazu co noc. Na planie pracowało ok. 1500 osób. Prawdziwa superprodukcja. Dużo nowych dla mnie rzeczy, których nie robiłem, a musiałem udawać, że robiłem (śmiech). Ciężki dla mnie film, ale fantastyczne doświadczenie.

S: Jak trafiłeś do Józefosławia?

Znalazłem się w tych okolicach przez mojego brata, który kupił w Mysiadle swoje drugie mieszkanie w Warszawie. A potem Anita (Anita Jancia, aktorka, żona Jeremiego – przyp. red.) wypatrzyła dla nas miejsce tutaj. I nie żałujemy. Ja wychowałem się na łódzkiej Retkini, więc nie w centrum. Lubię ciszę, jest las. Anita jeździ w lecie na próby do teatru rowerem. Nie wiem, może jeszcze kiedyś wrócimy do centrum, ale niekoniecznie musi to być centrum Warszawy.

 

Jeremi_Prokopowicz_02

fot. Piotr Bujnowicz / Fabryka Obrazu

Jeremi_Prokopowicz_01

fot. Piotr Bujnowicz / Fabryka Obrazu

Z Jeremim Prokopowiczem rozmawiali Katarzyna Krzyszkowska i Jacek Sut