Algorytmy i booty

Do czerwoności nas ostatnio rozgrzewają informacje o cyfrowych sposobach wpływania na wyniki wyborów w tym lub innym, zdawałoby się, cywilizowanym kraju, w którym dostęp do puszki Pandory ograniczają z dawna ugruntowane wartości. Są nimi w skrócie: prawda jest ważniejsza od fałszu (ale czy lepsza?), konsekwencja jest cnotą polityka (ale czy pomaga zdobywać mu poparcie?), empatia pozwala pozyskać elektorat (ale czy nie przeszkadza nim manipulować?) itp. itd.

Nie łudzę się i wiem, że kłamstwo, naginanie faktów, cyniczne zmiany frontów i aliansów, nielojalność i megalomania są cechami przynależnymi polityce, odkąd istnieje. Oczywiście znajdzie się sporo wyjątków, ale biorąc pod uwagę ścieżki historii takie przykłady liczymy w promilach. Zresztą te i tak skromne ilościowo wzorce nieustannie doświadczają prób umniejszania im wartości rzucając kłamstwa i kalumnie. Nie bez kozery, a nawet z niejakim uporem powtarza się komunał o nieczystości polityki. Wynika to zapewne z chęci usprawiedliwiania się z czynów, które chluby żadnemu człowiekowi nie przynoszą, a bywają skutecznymi narzędziami w walce o władzę.

Cyfrowe dylematy

I tu nagle bęc. Siurpryza i prezent. Można zatrudnić bezduszną maszynę, ażeby niejako za nas, ale „we własnym imieniu” wylewała pomyje na głowy innych, nie obciążając już biednych i umęczonych sumień naszych. Porno-kapitalizm w hardcorowej wersji. Wystarczy zapłacić, a najczarniejszą robotę wykonają reprodukujące się jak bakterie booty, które do tego wszystkiego tak dobrze udają ludzi, że przekonują nieprzekonanych, a strachliwych spychają do kąta. Nigdy bowiem nie będzie już pewności, czy za panem/panią X z internetowego forum, którego konto pachnie ściemą, nie stoi rzeczywisty człowiek, z którym można się spotkać w „realu”. Sam ostatnio doświadczyłem takiej pomyłki. Mam w zwyczaju wchodzić na konta społecznościowych dyskutantów i gdy w najpopularniejszym portalu widzę konto z kilkoma/kilkunastoma znajomymi, bez zdjęcia profilowego lub ze zdjęciem wazonu lub węża, z historią sięgającą najwyżej paru dni/tygodni wstecz, to zazwyczaj zgłaszam je jako fałszywe i ostrzegam znajomych. Raz jednak się pomyliłem i było mi głupio. Cóż – jako się rzekło, lekko nie jest.

Narzędzia są niewinne?

Mówiło się, że nóż jest tylko takim właśnie narzędziem. Od ręki i człowieka zależy czy ukroi nim pajdkę chleba, czy zanurzy go we krwi. Nie mam jednak pewności, czy tak jest z algorytmami i bootami. I czy można mówić o nich jako o narzędziach. Mnie się zdaje, że ich najpopularniejszą funkcją jest jednak agresja, czyli że przekształciły się w broń. Jak to z bronią bywa, jedni się nią posługują nieudolnie i brutalnie, a inni umieją zadawać ciosy bardziej precyzyjne i zniuansowane. Zwykłe okładanie się cepami w necie nie jest w sumie tak groźne jak inteligentna, zmasowana kampania półprawd i przekłamań, których już nigdy nie będzie można do końca ludziom wyjaśnić. Od tego też są analizy by badać grunt i odpowiednie nań rzucać ziarno. Przykładem najlepszym jest hasło, które było lokomotywą kampanii partii rządzącej. Pomimo, iż Polska notowała gospodarczy wzrost, powstawała infrastruktura za miliardy złotych i w miastach rodził się etos życia eko, to slogan „Polska w ruinie” trafił do ludzi, którzy po prostu nie czuli się beneficjentami tych zmian. Nawet idiotyczne konferencje na tle wykopów lub nieczynnych magazynów nie tylko nie zapalały ostrzegawczych lampek, ale pozwalały się cieszyć, bo skoro z „tłustymi kotami” nie umiemy grać wedle ich reguł, to wywracamy stolik i powołujemy własne. Pierwsza z nich głosi, że kłamać wolno, a czasami nawet trzeba. W związku z tym mamy dziś premiera, który kłamie nawet wtedy, gdy nie trzeba.

Trudny temat rozgrzeszenia

Instytucją spowiedzi kościół zdobył narzędzie władzy i wpływu, które dotykało każdej sfery człowieka i każdej społecznej warstwy. Tajemnice królów i tyranów przepływały przez konfesjonały na zawsze cementując sojusz tronu z ołtarzem. Nie zmieniło się wiele do dziś. I dziś narzędzie rozgrzeszenia niejednego ducha uwalnia od moralnej udręki, przez którą już tylko obłęd i szaleństwo. Ciężko nieść własne grzechy w pojedynkę. Najlepiej wiedzą o tym, w swojej moralnej odwadze, ateiści. Stąd bierze się główna siła kościoła i kapłanów, że niosą ulgę. Paradoksalnie algorytmy i booty podkopują fundament związku wiernych z kościołem. Skoro grzeszą cyfrowe byty, to i spowiadać się niedługo nie będzie z czego. Z drugiej strony im słabsze się wydają instytucjonalne instrumenty i liturgiczne procedury tym ważniejsze stają się ludzkie wybory. Większą sztuką jest świadoma decyzja i unoszenie potem jej konsekwencji niż cotygodniowe poszukiwanie rozgrzeszenia. Zresztą, gdyby się głębiej zanurzyć, to nie zachodzi tu sprzeczność. Wszystko zawsze zaczyna się w człowieku.

Boot stop

Nie dajmy się więc zwodzić bootom, wykorzystywać algorytmom i nie ulegajmy ordynarnym generatorom emocji. Na własny użytek wypracowałem sobie nawyki przeglądania kont rozmówców i historii ich wpisów. Gdy są podejrzanie podobne, równie napastliwe lub chamskie, to mam zawsze dwa wyjścia, albo uznać, że to boot i przestać brać pod uwagę jego wytwory, albo uznać, że to wyjątkowo odporny na rzeczywistość delikwent, z podobną reakcją. Przecież nikt inny nie jest wzorcem dla programistów tworzących booty jak realni w swej prostocie hejterzy i trolle.

Jacek Sut

Białoruś nadciąga

Generalnie Wyborowa jest lepsza od wyborów, ale… No właśnie. Jak trzeba, to się musi. Czyli iść.

Józefosław, Zalesie, Mysiadło, Iwiczna i pobliskie Piaseczno są miłymi miejscami do mieszkania i choć trochę rozkopane, jednak dobrze się tu żyje. Taka mini Europa. A propo’s rozkopania: wiadomo, by było lepiej, musi być gorzej. No, więc w całym kraju gorzej, a u nas jakby lepiej.

Jak zrobimy sobie gorzej, to na lepiej poczekamy długo.

Takie mam bowiem wrażenie, że nadciąga Białoruś. Na Białorusi dyrektor PGR-u się już od ponad 20 lat lat realizuje w roli prezydenta. Od roku 1994 mianowicie. Niezły wynik.

Chata z kraja – jest głównym hasłem Aleksandra Ryhorawicza Łukaszenki i ta sama kwestia jest ostatnio z uporem powtarzana przez polityków PIS i ich akolitów. Niczym jakaś mantra. „Nie wtrącajcie, decydujemy o sobie. Niezłomni i Niepodlegli”. Zupełnie jak Aleksander Rychorawicz Ł.

Wczoraj, czyli 17 września, pamiętna data, Białoruś straciła pomoc finansową MFW. Czyli koniec kroplówki. Zaczęli od nich. Oczywiście – za łamanie praw obywatelskich. Z Rosją Białoruś też się czas jakiś temu skłóciła, oczywiście poszło o finanse i gaz, zatem Białorusini zostali sami. Z gospodarką w ruinie.

Kiedy byłam w Grodnie parę lat temu, wzruszyłam się niezmiernie. W tzw. mięsnym. Ta nasza młodość, te wspomnienia! Na ladzie tylko żółta słonina. Jakże się nie wzruszyć.

Ludzie za to życzliwi, ugościli nas czym tam mieli, mówiąc ze ślicznym akcentem: u nas wszystkiego jest. Rzeczywiście, szyjki z kurczaków i kawałki ogonów rybich grubo panierowane. Do tego kukurydza i papryka.  Bimbru przedniego do woli, każdy we wsi ma swoją ziemiankę w lesie i pędzi. Grzyby.

Czy wokół Józefosławia znajdziemy jakieś lasy?

Obdarowali nas tym, co mieli najlepszego, czyli bimbrem i okazało się, że być może i życie nam uratowali, bowiem struliśmy się w jedynej restauracji w Lidzie – rosół z łapek z kurczaka z ósemką jajka. Potem zielone parówki z kartoflanym puree z paczki. Tylko te dwa dania w menu. Serio. Zamówiliśmy, co było nam robić, jeść trzeba. Gdyby nie ten bimber… oszczędzę detali.

Zatem mamy tuż obok, za granicą wschodnią dwa państwa totalitarne, oba zamknięte na zewnątrz, rządzące się swoimi, wilczymi, prawami. Żadna konstytucja, żadne sądy. Tylko Łukaszenka i Putin. Ktoś wie, jak się nazywa premier w Rosji? Albo Białorusi?

No, dobrze, w Rosji już któryś raz premieruje zamiennie z Putinem niejaki Miedwiediew. No i co ten ich Misiu robi? Ano nic. Dekoruje. Rośnie, rzecz jasna, w siłę i zamożność. Jeśli urośnie za duży albo podskoczy dostanie po łapkach. Wiadomo.

Białorusi odebrano kasę, Rosji się skończyły surowce. Tak sobie pomyślałam, że skoro za łamanie praw człowieka i niszczenie demokracji MFW zabrał kasę, to zaraz skończy się Łukaszenka. Ale jak wiadomo zgniłe reżimy potrafią trwać i trwać. A obywatele już nie są obywatelami wszak, bo demokracji nie ma, są poddanymi. Jest to wizja katastroficzna. Ale ku temu idziemy. Oczywiście nie dojdziemy, bo my nie tacy. Ale zdarzają się wypadki przy pracy. PiS jest takim wypadkiem. Nie wspominając o Kukiz ‘15 czy mocnym na naszym terenie ONR.  Pamiętam, że w 2005 głosowałam na Lecha Kaczyńskiego. Tak, przyznaję się. Bijcie. Ale uważałam, że dobrze robi w polityce jak są dwie nogi różne. Lech na prezydenta, Donald na premiera. Pierwsza naiwna.

Ale Kaczyńscy wzięli wszystko. No i się po raz pierwszy rozjechało. Człek chciał dobrze, a wyszło jak zawsze. Dwa lata rządów PiS, tym z nas, co żyli za PRL, dało jasny obraz, co czeka Polskę, gdy znów się dorwą do władzy. Mamy wszyscy alergię, więc szybko zaczęliśmy reagować.

Teraz słyszę, że obywatele, dziwnym trafem deklarujący się jako apolityczni, będą głosować na ludzi, a nie na partie. I to jest idea słuszna, jak mawia Tym. Tylko nie w tych wyborach. Tu gra idzie o wszystko. Więc skoro nie jest nam źle, z kranów nam leci ciepła woda, robią nam drogi i kwietniki, na rynku kawa, sushi i imprezy.  zagłosujmy na tych, którzy nam te kwietniki, koncerty, szkoły i przedszkola, nie zapominając o sushi rzecz jasna, fundują. Z naszych podatków i funduszy unijnych fundują, a przecież mogliby szwagra zatrudnić, czy sobie zasponsorować jaką podróż studyjną do Australii, by kupić fregatę na Jeziorkę. Bo jeśli zagłosujemy na ludzi, to ci ludzie mogą nagle się okazać większością w radach i sejmikach. I będzie tak, jak wszędzie.

A później, tak jak obok. Na Białorusi może. Czemu nie. Ostatnio wszystko stało się możliwe. Kasa się zaraz skończy. Na szwagra może wystarczy, ale dla nas – poddanych, już nie.

Skoro zaś aktualna władza piaseczyńska ma słuszną linię i pomysły (na oko) w porządku i jeszcze obywateli słucha (czasem, nawet dość często), to pozwólmy im porządzić. Eksperymentować (i to jak!) będziemy w lepszych i bezpieczniejszych czasach.

Rewolucja musi trochę poczekać. Ale przyjdzie. Na razie krzyknijmy rewolucyjnie – no pasaran! Nie ma zmiłuj. Jak trzeba, to się musi. Idźmy na wybory. Tylko tyle i aż tyle.

No pasaran! A potem się zobaczy.

Manula Kalicka

RACHUNKI KRZYWD

Mijają tygodnie, a burza wokół nieszczęśliwych sformułowań zawartych w nowelizacji ustawy o IPN nie gaśnie. Mimo, że to temat dzisiaj polityczny, postanowiłem zaryzykować i wtrącić swoje publicystyczno – historyczne trzy grosze, ufnie licząc na to, że służby nie skorzystają z art. 55a powyższej ustawy, by pewnego pięknego dnia wyprowadzić mnie z domu w kajdankach o szóstej rano.

A teraz już obiecane refleksje. Pierwszy grosz wrzucam do koszyczka tzw. światowej opinii publicznej w sprawie unicestwionych w czasie okupacji 6-ciu milionów obywateli polskich. Podkreślam, oni wszyscy byli obywatelami II RP. Dlaczego więc dzisiaj niektóre kręgi dzielą pomordowanych na Żydów i Polaków, tym ostatnim skąpiąc nawet określenia „Holokaust”. Przecież zagłada na terenach polskich objęła przedstawicieli obu narodów w równym stopniu. Dlatego nie dziwię się, że w książce wydanej w Stanach w 1986r. pt. „Zapomniany Holokaust” profesor Richard Lukas zaapelował do amerykańskich środowisk żydowskich, ale jednocześnie opiniotwórczych, o obiektywizm. W oczach tych środowisk – protestuje profesor – „Polacy są tylko tłem dla Holokaustu”. Dlaczego?

Belka w oku

Dlaczego w USA nikt nie interesuje się rozporządzeniem generalnego gubernatora Hansa Franka, dla okupowanych ziem polskich z 15 października 1941r. o karze śmierci dla Polaków udzielających schronienia Żydom. Społeczność światowa ignoruje ten fakt albo jest on celowo przemilczany. Gdzie indziej stosowano tylko więzienie. A teraz kilka liczb: Polaków ratujących Żydów zginęło z rąk niemieckich ponad 5 tysięcy (Anna Poray-Wybranowska, „Those Who Risked Thier Liveg”, Chicago 2008), natomiast Teresa Prekerowa twierdzi, że w akcje ratowania Żydów zaangażowanych było ponad 360 tys. Polaków („Konspiracyjna Rada Pomocy Żydom w Warszawie w latach 1942-45”, Warszawa 1982). Fakty te znalazły egzemplifikację w Yad Vashem, gdyż to tam właśnie, w Lesie Jerozolimskim posadzono w hołdzie Polakom najwięcej, bo 6706 drzewek wdzięczności. A o ilu takich zdarzeniach nic nie wiemy? Byłem na Wzgórzach Herzla, zwiedziłem Muzeum Holocaustu, dotknąłem drzewka poświęconego moim wspaniałym teściom Jadwidze i Leopoldowi Niewiadomskim, którzy pomogli w przetrwaniu 24 Żydom. Dlaczego tak mało uratowaliście naszych braci – padają pytania zza oceanu? I tu konsternacja. Jak zmierzyć wiedzę i wrażliwość pytających? Jaki był wkład ich ojców i dziadów w dzieło ratowania współbraci wyznania mojżeszowego? (zaledwie pięć drzewek w Jerozolimie!), jak można szukać drzazgi w oku innych, nie dostrzegając belki we własnym? Zadziwiające!

Ziarno z plewami

Awantura na świecie, pomimo czynionych prób rozładowania napięcia wokół uchwalonej na kolanie kontrowersyjnej noweli, nie milknie. Premier niestety, w Monachium spotęgował jeszcze emocje, zupełnie nie zwracając uwagi na stosowność używanych określeń. No bo jak można porównywać inspirujący i wykonawczy wkład Niemców w Holokaust do sprawczego, lecz ograniczonego współudziału Żydów? Rażą mnie proporcje. My Polacy wiemy doskonale, że ani my, ani oni nie byli bez winy. O nas za chwilę, a teraz przypomnę aktywność zbrodniczych judenratów w gettach, okrutne policje żydowskie pałkami formujące szeregi skazańców do transportów śmierci. Dalsze przykłady? Proszę, choćby Piaseczno! Tu także w sierpniu 1940r. zorganizowano getto w południowej części miasta, zamykając tę nację w kwadracie ulic Krótka –Świętojańska – Czajewicza, aż po Nadarzyńską. Tu również utworzono judenrat. Jakie tam zapadały decyzje? Niestety protokoły z posiedzeń litościwie zniszczyła wojna, ale pozostały strzępy świadectw. Na polecenie narzuconego miastu przez okupantów burmistrza Karola Roschildta wspomniana Rada Żydowska opracowała nieludzki plan przemarszu w styczniu i lutym 1941r., w łachmanach, 3,5 tysiąca swoich współbraci podzielonych po 500 osób, z Piaseczna do getta warszawskiego. Cały majątek i dokumenty osobiste kazano nędzarzom, odartym z podmiotowości pozostawić w punktach judenratu. Czy można założyć, że te okrutne działania wynikały z niewiedzy władz żydowskich, co do dalszego losu pobratymców? Niektórzy tak twierdzą, natomiast znana pisarka i myślicielka żydowska XX w., Hannah Arendt ostro potępiła Żydów za kolaborację z Niemcami: „Dla Żydów, rola jaką przywódcy żydowscy odegrali w unicestwianiu własnego narodu, stanowi niewątpliwie najczarniejszy rozdział całej historii”. Taką prawdę zawarła w swej książce pt. „Eichman w Jerozolimie”, Kraków 1987, s.151. (A jak już padło nazwisko Eichman, to przypominam, że degenerat ów wywodził się z rodziny żydowskiej i odegrał niepoślednią rolę w niszczeniu własnego narodu). Czyli co? – premier miał rację. Ale chciałoby się jednocześnie zawołać: „znaj proporcje mocium panie!” i bacz na to do kogo, w jakim czasie i co mówisz. I tu nie chodzi tylko o oburzenie w Izraelu, ale jeszcze bardziej o żywotne interesy naszego kraju ulokowane w dobrych stosunkach z USA. A lobby żydowskie w tym kraju natychmiast uruchomiło młyny mielące ziarna z plewami. Czy o to chodziło w tej awanturze?

Teraz będzie o nas. Uderzmy się w piersi. Jeśli nasi starsi bracia w wierze mają coś za pazurami, to Polacy upaprali się jeszcze bardziej. Niech przemówią fakty, subiektywne bez wątpienia, ale osobiście mi znane. Jako dziecko wielokrotnie słyszałem rozmowy rodziców (oboje w AK) o pewnym znajomym, który trudnił się szmalcownictwem. Termin ten szybko stał się dla mnie w pełni zrozumiały, gdy dowiedziałem się, że mój wuj Julian Jerzy Gójski, szef dywersji AK w Skierniewicach, zaraz po wojnie został opluty i posądzony o bliskie kontakty z Niemcami za wykonywane na nich egzekucje, co zakończyło się jego dwuletnią zsyłką do krainy białych niedźwiedzi. Powód: wykonując wyroki śmierci musiał zbliżać się do skazanych – diagnoza: agent gestapo. Dodatkowo „obciążał” go fakt eliminowania szmalcowników, co nie było mile widziane w organach UB, zasilających swoje szeregi degeneratami. Szerzej potraktował problem historyk Mirosław Traczyk, wspominając okupacyjne pogromy. Uważa, że tej sprawy nie można ograniczyć jedynie do Jedwabnego, Goniądza czy Wąsoszy, gdyż np. tylko w 1941r. odnotowano kilkadziesiąt podobnych przypadków w wielu polskich miejscowościach („Miasta śmierci. Sąsiedzkie pogromy Żydów”, Wydawnictwo RM, (e-book), 2015). Czy znamy podłoże tych zdarzeń? Tak, zawsze takie samo: szczucie jednych przeciwko drugim; banalizowanie zachowań radykalnych, antysemickich i skrajnie prawicowych, a także chciwość i chęć wykorzystania sytuacji do swoich celów. Żydom m. in. zarzuca się kolaborowanie z NKWD przy tworzeniu list proskrypcyjnych wymierzonych w Polaków w 1939r., a Polakom getta ławkowe, bojkoty sklepów żydowskich, czy zwyczajny bandytyzm na ulicach w II RP. (Newsweek z 19.04.2013r.: „W ciągu tylko jednego miesiąca, od 15 czerwca do 15 lipca 1938r., w Warszawie ciężko pobito 242 Żydów, a zabito czterech”). Tego nie zrobiły krasnoludki!

Powtarzam za Wł. Broniewskim: „Są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli, ale krwi nie odmówi nikt…” I bratnia krew lała się strumieniami. Profesor Andrzej Żbikowski z Żydowskiego Instytutu Historycznego ocenia, że z rąk Polaków zginęło więcej Żydów niż zostało przez nich uratowanych. Dyrektor tegoż Instytutu Paweł Śpiewak uściśla szacunki: „…z rąk Polaków zginęło w czasie wojny 120 tys. Żydów” („Rzeczpospolita” z dnia26.11.2011r. ). W 2018r. problem dostrzegł klasyk celnych konkluzji stwierdzając: „Diabeł podpowiada nam antysemityzm”. Groza.

Jan R. Krzyżewski

Odpocząć

Dawno nie czekałem na święta, jak w tym roku. Pączkujące obowiązki, gazeta, szkolenia i polityczne debaty, pomysły na to, co chciałbym jeszcze robić w życiu plus poważniejszy powrót do pierwszego zawodu zawęziły mój czas do minimum. W zasadzie pożarły go kompletnie. Dlatego święta traktuję jako czas wolny, od którego w zasadzie się uciec nie da. Mam nadzieję poleżeć, pogapić się w tv, a może nawet zagrać w jakąś grę na komputerze, czego nie robiłem od lat.

Zanim jednak ten błogi czas nastąpi czeka mnie (i zapewne także Was, drodzy Czytelnicy) morderczy finisz. Slalom specjalny turbo. Zjazd w beczce ze schodów wprost pomiędzy półki sklepów, wzdłuż witryn w galeriach handlowych, pośród straganowych świecideł i całej tej lśniącej, mieniącej się, mrugającej, bożonarodzeniowej, tandetnej w większości scenerii. Da się to przeżyć, co roku się daje. Grunt, to się nie śpieszyć. Śpieszymy się, żeby zdążyć wypocząć, co wydaje się absurdalnym zajęciem. 

Odpocząć w pierwotnym znaczeniu (używanym na przykład przez Norwida) oznaczało „zacząć od nowa”. Od-począć, czyli zamknąć to, co było, żeby wystartować od „poczęcia”. Można to rozumieć jako nowe otwarcie, ale też jako próba ponownego podejścia do tych samych zadań. Zabawne, że w tym znaczeniu w słowie od-począć nie ma miejsca na współcześnie rozumiany odpoczynek. No bo kiedy niby miałby on wypaść?

Wszelkie nakazy i zakazy religijne mają swoje antropologiczne i logiczne korzenie. Niejedzenie wieprzowiny w krajach Bliskiego Wschodu, zakazane przez judaizm i islam, wynikało z faktu, że w tamtym, upalnym klimacie, szybko psujące się mięso stwarzało realne zagrożenie dla życia i zdrowia. Podobnie rzecz się ma z obrzezaniem, które jest nakazem z gruntu higienicznym. Dlaczego te (a także wiele innych) ograniczeń i zaleceń spisano w świętych księgach? Zapewne dlatego, że gdyby nie pochodziły od Boga, to nikt by ich nie przestrzegał. Dokładnie to samo dotyczy świąt, kiedy się nie pracuje. Można powiedzieć, że zalecenia biblijne dziś zastępowane są (lub interpretowane – niestety) przez prawo stanowione w parlamencie. Niekiedy z lepszym, ostatnio z wątpliwym powodzeniem.

Innymi słowy: prawo do odpoczynku, to nie to samo co wypoczynek obowiązkowy. Podobnie jak zawodowcy w sporcie, my także musimy, oprócz reżimu pracy, narzucać sobie kajdany odpoczynku. 

Moje świąteczne dyby lenistwa zbliżają się zalotnie. Mam nadzieje, że i Wasze już podrychtowane. W obowiązkowo wolnych chwilach zachęcam do lektury „Sąsiadów”. Przygotujcie się na spotkanie ze sztuką malarską i magią książkowej ilustracji, powiemy trochę o strukturalnym bezpieczeństwie na drogach i wyzwaniu, jakim jest świadomy wybór własnego lokum na lata. Jan R. Krzyżewski szturchnie nasze sumienia, poczytacie o sposobach walki ze świątecznym stresem i jak mogłaby w tym pomóc czekolada. Intrygującym tematem broszki zajmiemy się w dziale mody, a tym, którzy urlopy planują w górach przekażemy kilka rad wprost od ratowników TOPR. Zapraszamy.

Jacek Sut

Znani – zapomniani

O osobach, które odeszły powinienem pisać na początku listopada, gdyż zwyczajowo to wtedy jest najwłaściwszy czas na pogłębioną refleksję. Tak się jednak nie stało, bo święto goni rocznice, a w połowie listopada bardziej aktualnym okazał się temat dworku w ruinie, „Poniatówki” – symbolu piaseczyńskiej niepodległości. W swoim felietonie sugerowałem wówczas ze smutkiem, że „nie da się” nic zrobić w dziele renowacji tego zabytkowego obiektu, bo starostwo, opacznie pojmując hasło dobrych zmian w polityce historycznej, strumień gotówki zamiast na ratowanie dobra narodowego, skierowało na remont własnej siedziby, niegdyś matecznika PZPR.

Na własną rękę

W minionym grudniu więc, tak aby zmieścić się jeszcze w roku obchodów (których nie było) setnych urodzin naszej wielkiej aktorki Lidii Wysockiej (ur. w 1916 r.), udałem się na cmentarz komunalny w Piasecznie w poszukiwaniu Jej mogiły. Z duszą na ramieniu pokonałem fatalne skrzyżowanie ulic Julianowskiej i Okulickiego (do jego przebudowy „nie da się” przystąpić, bo jest w zarządzie województwa), minąłem piętrowy garaż, gdzie parkować „nie da się”, bo jest prywatny, a że chyba za drogi dla mieszkańców, więc stoi pusty. No, ale przecież od czego jest parking miejski, położony wzdłuż nekropoli, tam też są miejsca postojowe, bardziej cenne, bo darmowe. Niestety, władze gminy tolerują cwaniactwo miejscowych zmotoryzowanych blokujących gościom rotacyjny dostęp do furt cmentarnych. Koniec końców, pokonując wszystkie przeszkody, przebiłem się do wejścia.

Poszukiwania

Pora wczesna, cmentarz świecił pustkami, tylko pies średniej wielkości z zapałem i bez kontroli znaczył swój teren strzykając na groby. Wreszcie pojawiła się miła pani z administracji, która, co prawda, na psa machnęła tylko ręką (co oznaczało „nie da się” nic zrobić), ale za to pokazała mi miejsce pochówku artystki. Przeżyłem szok. Tak zaniedbanej mogiły dawno nie widziałem. Zardzewiałe klepsydry nadziane na kołki informują, że tu spoczywa od 2006 r. jakaś Lidia Wysocka, że trzy lata później pochowano tu jakiegoś Piotra Nowakowskiego. Nędza, zapomnienie i jęki wichru pomiędzy krzakami. A kim był Piotr – zapytacie? Otóż, oprócz tego, że był synem pani Lidii i także ukończył uczelnię artystyczną, to dla Piaseczna zasłużył się niebywale tworząc teatrzyk „To i owo”. Przez 40 lat niestrudzenie zajmował się animacją kultury, plenerami malarskimi i spotkaniami poetyckimi. Znana aktorka Teatru Polskiego w Warszawie pani Ewa Domańska – niegdyś podopieczna Piotra, swego mistrza nazwała „wyjątkowym erudytą, znawcą sztuki, reżyserem i architektem sukcesu artystycznego całego pokolenia młodzieży”. A mogiła? No cóż, liści kupa ogrodzona ażurowym płotkiem, chyba tylko po to, żeby nie fruwały w porywach wiatru, a w obrębie tego płotka – prochy (powiem jednym tchem): zjawiskowej polskiej aktorki i wybitnej piosenkarki, patriotki więzionej w czasie okupacji na Pawiaku, twórczyni kabaretu „Wagabunda” (m.in. Dymsza, Kobiela, Przybora), który to zespół, podczas 11 lat swego istnienia rozprowadził ponad 2 miliony biletów wstępu. Co więc kryje klepisko przywalone stosem gnijących liści? – odpowiadam: „perły rzucone przed wieprze” (św. Mateusz).

„Nic nie da się zrobić”

Mówi w lokalnej prasie radny Zbigniew Mucha, założyciel i prezes Społecznego Komitetu Renowacji Cmentarza Parafialnego i rozkłada bezradnie ręce – No bo kto za to zapłaci? – zapytuje. A ja tak sobie pomyślałem, że troska o cmentarz parafialny i zaniedbane groby to obowiązek gospodarza, czyli proboszcza, bo to on jest beneficjentem profitów, a nie ubogiego Społecznego Komitetu. Natomiast gmina powinna być naturalnym mecenasem cmentarza komunalnego. Stawiając więc wszystko na nogi oddajmy Bogu, to co boskie, obligując jednocześnie gminę (bo to my ją finansujemy) do okazania wdzięczności ludziom, których niegdyś tłumy nosiły na rękach, a teraz spoczywają w zapomnieniu pozbawieni prawnych opiekunów.

Dosłownie 250 m od furty głównej w kierunku Konstancina – Jeziorny, na zakręcie drogi, u wylotu ul. Przesmyckiego (Miriama) znajduje się wyjątkowo wysoki wiklinowy płot. Cóż kryje posesja za nim? „Dworek klasyczny do wynajęcia” – głosi baner. W dworku tym mieszkała Lidia Wysocka z synem Piotrem (noszącym po ojcu przydomek Sawan) i jego żoną (gdy ta jeszcze darzyła go uczuciem), a w czasie okupacji, z wielomiesięczną przerwą na Auschwitz- Birkenau – także Zbigniew Sawan-Nowakowski – mąż pani Lidii i ojciec Piotra. Czy my go znamy? Tak, oczywiście, to przecież legenda polskiego kina niemego, aktor, kreator scen operowych, reżyser i dyrektor wielu teatrów w kraju, a tuż po wojnie – o tym już dziś nikt nie pamięta – współtwórca i aktor teatrzyku „Różowy balonik” w… Piasecznie. A co z tajemnicą ukrytą za sztachetami podwójnego płotu? Ludzie nie chcą mówić. Przebąkują o śmierci Piotra w niewyjaśnionych okolicznościach, o ludzkiej bezwzględności i tupecie, a napotkana sąsiadka, lawirująca między pędzącymi pojazdami (bo „nie da się” przy tej ulicy wybudować chodnika), przypomniała sobie nawet fakt istnienia jakiejś sekty, która opętała Sawana juniora tak skutecznie, że zmarł przedwcześnie, oddając cały majątek „przyjaciołom”.

Na grób niestety nie wystarczyło

I jeszcze jedna uwaga. Ignacy Gogolewski, w czasie niedawnego grudniowego spotkania z mieszkańcami w Klubie Kultury w Józefosławiu, zaproponował na zakończenie wieczoru „zanucić pieśń szczęśliwą”. Czy jednak Piotra i jego rodziców może ona dotyczyć? Chyba nie, bo pozostała po nich tylko „poezja, pamięć o dobroci i… więcej nic” (to już cytat z Norwida). A co pozostało gminie? Dążenie do zmiany przylepionego do niej negatywnego stereotypu.

Pokażmy światu, my społeczeństwo Piaseczna, w odróżnieniu od tych, którym pazerność przysłoniła resztki wstydu, że „wdzięczność jest najpiękniejszym kwiatem” (Beecher). Może jednak „da się” coś zrobić.

Jan R. Krzyżewski

Siła uśmiechu

Moja nauczycielka tajskiego mówi “odmawiaj z uśmiechem”. W tym stwierdzeniu mieści się filozofia tego języka, komunikacji, relacji i nieporozumień.

Uśmiech w Tajlandii jest wszechobecny. Towarzyszy sporom drogowym, pracy, przywitaniu i pożegnaniu. Podobno policzono, że istnieje 2000 rodzajów tajskiego uśmiechu. Żeby go przyjąć, zaakceptować i zrozumieć potrzeba odrobiny pokory. I tak na przykład wchodząc do sklepu w Tajlandii próbujemy dowiedzieć się gdzie stoi mleko. Nasza pierwsza próba po tajsku wywołuje chichot ekspedientek. Zgrabnie przechodzimy na angielski, żeby się dalej nie ośmieszać. Wśród ekspedientek zapada chwila ciszy, długa wymiana melodyjnych zdań po tajsku, a następnie salwa śmiechu. Przechodzimy więc na uniwersalny, tak nam się wydaje, język gestów i powtarzamy słowo Milk na wszystkie sposoby próbując nawet akcentować je po tajsku, żeby było lepiej zrozumiane. Śmiechom nie ma końca. Teraz my już też padamy ze śmiechu, aż w końcu ekspedientka doprowadza nas licznymi zakamarkami do ukrytej w kącie lodówki i z tryumfem wykrzykuje „NM!”. I wszyscy z postronnymi klientami włącznie wybuchają śmiechem.

Uśmiech jest kluczem

Uśmiecha się pani na skuterze, która o mały włos potrąciłaby nas na pasach, bo wjechała pod prąd zza węgła. Uśmiechają się ogrodnicy i budowniczowie drogi. Czasami jest to uśmiech zmartwienia, czasem odmowy, zażenowania lub klęski. Jest jednak niezbędny w ludzkich relacjach jako część tamtejszego języka.

Bardzo trudno jest zrozumieć zaprzeczenie, któremu towarzyszy uśmiech. Można by to porównać z negacją przy jednoczesnym kiwaniu głową góra-dół. Stąd zdarzające się komiczne pomyłki.

Nie mamy tego dania, mówi kelner z uśmiechem zażenowania, który my odbieramy za potwierdzenie. Czekamy pół godziny przy stoliku, nic się nie dzieje, kelner nie chce nas pośpieszać, ani martwić brakiem kurczaka, więc się cały czas uśmiecha. Dla przeciętnego Europejczyka, dla którego uśmiech jest luksusem dawkowanym w małych ilościach, jest oczywiste, że kelner przyjął zamówienie. Zanim sytuacja się wyjaśni, mijają długie minuty, Europejczyk więdnie głodny, a kelner w końcu wysyła po sąsiada, który wpadnie i z uśmiechem stwierdzi: “No have”.

To nie Polska

Problemu z akceptacją tajskiego uśmiechu można dopatrywać się w naszej kulturze. Te salwy śmiechu na stoiskach z warzywami, na nasze nędzne próby wyśpiewania tajskiej melodii w nazwach sałaty i bakłażana to nic innego tylko wielka sympatia jaką nas darzą ci niezwykle serdecznie gospodarze. Żeby wierzyć w to, że nie jesteśmy obśmiewani trzeba się otworzyć, zrozumieć, że jesteśmy w innym kraju i innych okolicznościach i teraz to oni dyktują warunki. Jak już to pojmiemy, to nie pozostaje nam nic innego jak tylko uśmiechać się od ucha do ucha i brnąć przez codzienność, która z tajemnych powodów przestaje być szara.

A.B.

Postscriptum

Pracownik myjni za sprawdzenie ciśnienia w kołach i dolanie płynu do spryskiwaczy nie chce przyjąć żadnych pieniędzy. Prosi koleżankę, żeby przetłumaczyła krótkie zdanie: “Smile is enough”.

Nasza autorka od niedawna mieszka w Tajlandii gdzie zajmuje się zgłębianiem tamtejszej kultury i historii. Swoimi codziennymi obserwacjami będzie się dzielić na łamach Sąsiadów. 

Jak zostać co najmniej królem?

Jutro robię prezentację. Mam rozmowę o pracę. Ważne spotkanie. Dopiero jutro, ale już dziś zaczyna mnie dopadać efekt sekatora, już dziś wyobrażam sobie, że jak zwykle Ten będzie kręcił nosem, Tamten będzie się czepiał, Ta będzie chichotać, a Tamta, nie patrząc i pewnie nie słuchając, zada pytanie mądre inaczej, czyli będzie tak samo jak zwykle – beznadziejnie.

Tysiące ludzi na świecie ma ten sam problem, a właściwie, nie problem, tylko ten sam obszar do Rozwoju, bo jak mawiał pewien Anglik, ludzie mają z jednej strony zalety, a z drugiej… strefy Rozwoju. Czyli co konkretnie? Szansę, aby pokonać lęk przed wystąpieniem publicznym, ekspozycją, a właściwie obawę, żeby się nie ośmieszyć. Lęk przed oceną innych, to jest jedna z wspólnych cech ludzkości (górnolotność stwierdzenia zamierzona M.O.).

Nieważne czy jesteś maklerem giełdowym, radnym czy maturzystą, stres masz podobny. To jest w nas. Jeśli ktoś potknął się kiedykolwiek na ulicy, wie o czym mówię. Obawa, że wszyscy to widzieli jest tak duże, że niektórzy potrafią nie tylko zakląć szpetnie lub spłonąć rumieńcem, ale nawet wrócić w to samo miejsce i kopnąć kawałek chodnika, żeby „wyrównać rachunki”, odreagować „upokorzenie”.

Pytanie brzmi: „Droga redakcjo, co robić?”

Są dwa wyjścia. Można usiąść, zapłakać i pogodzić się z tym, że tak już będzie zawsze.

Jeśli znacie stary dowcip, czyli jak to się dzisiaj mówi: „suchar” o sekatorze, to wiecie o czym mówię. Dla porządku tylko przypomnę, że w dowcipie tym pewien chłop udał się do sąsiada w celu pożyczenia sekatora. Ponieważ jednak droga zajęła mu chwilę zdążył nawyobrażać sobie różne scenariusze rozmowy, niezmiennie kończące się odmową pożyczenia tego ogrodniczego narzędzia, a więc upokorzeniem proszącego. Skutek był taki, że po dotarciu na miejsce, zamiast poprosić o sekator, chłop ów kazał zaskoczonemu sąsiadowi zrobić z nim (z sekatorem, nie z chłopem) rzecz wysoce nieprzyzwoitą. I niestety tak to często bywa, że „efekt sekatora” jest przyczyną nieudanych wystąpień lub prezentacji. Nakręcając się jak do boju, zawsze możemy tylko zwyciężyć lub ponieść porażkę. Lepiej chyba jednak przystąpić do robienia prezentacji po prostu jak do załatwienia sprawy. Wtedy najwyżej możemy jej nie zrealizować. Dobrze też iść z pozytywnym nastawieniem. Oczywiście może nie od razu z myślą, że wejdziemy do sali a zarząd, rada nadzorcza czy klienci, krzyczą z rękami w górze „Basia, Basia, dawaj, dawaj uuuu!”. Pamiętajmy, że my Polacy jesteśmy wprawdzie Włochami Północy, ale ciągle jeszcze z przewagą północy. Wystarczy więc nastawienie neutralne.

Drugie wyjście, to droga króla. Jest to droga niełatwa, długa i kręta. Jednak na jej końcu czekają nagroda, sława, pieniądze, sukces, ręka królewny i pół królestwa, a przynajmniej mandat radnego. To droga pracy, ćwiczeń, szkoleń i ciągłego samodoskonalenia. W filmie pt. “Jak zostać królem” mogliśmy obserwować zmagania człowieka, którego Bóg i historia, postawili przed zadaniem, mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, niewykonalnym, przekraczającym jego możliwości. Człowiek ów w sytuacjach stresowych jąkał się, zacinał okrutnie, nie był w stanie wydusić z siebie zdania, a często nawet słowa, o płynnym przemawianiu nie wspominając. Warto zwrócić uwagę, że nawet ludzie, którzy się nie jąkają, w sytuacjach publicznych, podczas prezentacji, rozmów o pracę, ważnego spotkania np. oświadczyn, zachowują się bardzo podobnie. Zacinają się, czerwienieją, zasycha im w gardle, pojawia się szczękościsk, drapanie w krtani i wiele jeszcze innych objawów. W efekcie często jest unikanie za wszelką cenę wystąpień wszelakich. Nie tędy droga. Przykład filmowego bohatera, opartego na prawdziwej postaci historycznej, może i powinien napawać nas optymizmem. To naprawdę można wypracować, można przezwyciężyć lęk i własne słabości, można pokonać smoka, zdobyć rękę księżniczki i posiąść królestwo (nigdy nie pamiętam, czy w tej kolejności).

Jeden człowiek, wbrew przeciwnościom losu, dzięki odwadze, wizji i pracy nad sobą może zostać kim zechce. Handlowcem, menadżerem, dyrektorem, prezesem, posłem, nauczycielem. Każdym. Ten człowiek to Ty!

Zostań więc królem – tak na początek.

Mirosław Oczkoś_DSC2944-Edit

Absolwent PWSFTviT w Łodzi oraz SGH w Warszawie. Mówca motywacyjny, specjalista w zakresie prezentacji, pracy głosem, autoprezentacji, mowy ciała oraz PR i wizerunku, konsultant marketingu politycznego, komentator telewizyjny. Trener/doradca  m in. polityków, sportowców i ludzi świata show biznesu. Autor książek „Abecadło mówienia”, „Sztuka Poprawnej Wymowy czyli o Bełkotaniu i Faflunieniu”, „Paszczodźwięki. Mały poradnik dla wielkich mówców”, „Sztuka Mówienia bez Bełkotania i Faflunienia”.

Zapomniana rewolucja

Studiowałem i pracowałem wiele lat w Łodzi. Jedną z ważniejszych ulic jest tam ulica Rewolucji 1905 roku. Kiedyś myślałem, że nazwa jak nazwa, rewolucja 1905 była dla mnie zwiastunem rewolucji Październikowej, więc nie wgłębiałem się, bo i sympatii we mnie dla tego zrywu było niewiele. Dziś wiem, jak wielki popełniałem błąd.

Gdyby nie rewolucja 1905 roku to… w zasadzie nie umiem sobie nawet wyobrazić. Pod znakiem zapytania stoi w zasadzie cały współczesny ustrój Polski, a nawet Europy. Nie byłoby polskiej niepodległości, nie byłoby potężnego obywatelskiego wzmożenia zakończonego Okrągłym Stołem. Historycy spierają się, czy rewolucja 1905 roku była pierwszą rewolucją, czy może czwartym powstaniem. Jej zdobyczami – mimo klęski samego zrywu – są liczne ustępstwa ówczesnych władz carskich, od poluzowania gorsetu wynaradawiającej szkoły, po większą swobodę zrzeszania się, wtedy powstały pierwsze związki zawodowe, wtedy robotnicy i robotnice Łodzi, Warszawy, Radomia, Sosnowca i wielu innych miast rozpoczęli walkę o lepszy byt, lepszy w znaczeniu nie tylko ekonomicznym, podwyżki płac oczywiście także były ważne, ale lud pracujący domagał się praw socjalnych oraz dostępu do powszechnej kultury i oświaty. Walczono o 6 tygodniowe płatne urlopy przed i po urodzeniu dziecka – dotąd kobiety rodziły niemal przy krosnach lub w fabrycznej hali i po 2-3 dniach musiały wracać do roboty, żądano 8-godzinnego dnia pracy, postulowano żłobki i biblioteki, zaczęto wydawać masowo niezależną prasę, lawinowo wzrosło czytelnictwo. Choć na ulicach lała się krew, niejednokrotnie przelewana w bratobójczych starciach (głównie z endekami), to rosły w siłę partie, dzięki którym powstały kadry późniejszej Polski niepodległej. Liczebność członków PPS na przykład wzrosła ponad 10 razy, z ok 5000 przed rewolucją do ponad 50 000 po niej. Oczywiście PPS „Lewica” i PPS „Frakcja Rewolucyjna” podzieliły później między siebie ten zasób, ale przebudzenia politycznego takiej masy ludzi już nie dało się zahamować. Zapomnieliśmy o tej rewolucji, a przecież z niej wyrosły takie postaci publicystki politycznej i filozofii jak Andrzej Strug, Stanisław Brzozowski czy zupełnie w zasadzie nieodkryta dla Polaków Róża Luksemburg. Krwawe starcia w Łodzi w czerwcu 1905 do dziś nie doczekały się właściwego upamiętnienia. Wszystko zaczęło się od pogrzebu zabitych wcześniej demonstrantów, który spontanicznie przerodził w pochód,  nastepnego dnia spontaniczna manifiestacja została bezpardonowo rozstrzelana przez carską ochranę i wojsko. W rezultacie między 22-gim i 24-tym czerwca ludzie ginęli w starciach na ulicach, ostrzeliwyani przez wojsko lub w bitwach z bojówkami endeckimi.

miodowa-po-wybuchu-bomby

Ulica Miodowa po wybuchu bomby, źródło: Polona

Przebudzenie

Charakter buntu, jego spontaniczność i zasięg (1 maja 1906 roku stały wszystkie ważniejsze ośrodki przemysłowe w Królestwie Polskim) zaskakiwały współczesnych. Wtedy nauczono się czym jest strajk i jaką siłę ma zjednoczony ruch robotniczy. Absolutnym fenomenem były strajki szkolne, w których o godność, możliwość nauki po polsku i zaniechanie drastycznych represji ubiegały się dzieci. Wtedy też łódzcy fabrykanci na zawsze stracili swą twarz zwalniając niemal wszystkich swoich pracowników w ramach lokautu, łamiąc ich ducha głodem przez kilka miesięcy. Kościół wespół z endecją właśnie wtedy po raz pierwszy zaczęli używać retoryki antysemickiej do prowadzenia doraźnej polityki. Dmowski opętany ideą wyzwolenia narodu ponad wszystkimi innymi celami dążył do ugody z caratem, jego Narodowy Związek Robotników i jego bojówki de facto wspierały carską policję zwalczając bojówki PPS-u i rozbijając barykady w Łodzi. 

Starły się w tej rewolucji prądy polityczne (wtedy skoncentrowane na wyzwolenie klasy lub narodu), które do dziś mają swoje miejsce w bieżących sporach. Jeden reprezentowany przez bardziej radykalne SDKPiL (Socjaldemokrację Królestwa Polskiego i Litwy), który mówił, że najpierw trzeba wyzwolić proletariat, zagwarantować prawa robotnikom, ograniczyć nieokiełznany niczym do tej pory wyzysk klas pracujących, ochronić kobiety (jednym z rewolucyjnych postulatów było na przykład żądanie możliwości odwoływania majstrów molestujących pracownice), a dopiero później myśleć o odrodzeniu państwa Polskiego, na innym już budowanego fundamencie. PPS chciał te procesy prowadzić równolegle, a prawica ponad wszystko stawiała naród i państwo, zmiany socjalne spychając na daleki, niewidoczny w istocie, bo niechciany plan. Na zawsze więc ukształtował się wtedy paradygmat konfliktu lewej i prawej strony sceny politycznej. Dla jednych najważniejsze były i są prawa oraz wolności jednostek oraz grup społecznych, drugim najbardziej odpowiada narracja symboliczno religijna służąca cementowaniu anachronicznego modelu państwa, rodziny i stosunków pracy. Warto wiedzieć, że dopiero w tym czasie, niejako jako wobec wspólnego wroga nastąpił mariaż endecji z kościołem. Kościół miał gotowe antysemickie kalki, a endecy potrzebowali wiecznie mobilizować swoje szeregi. Nic im lepiej nie służyło niż figura Żyda. Wcześniej polski kościół endecję traktował jak heretyków lub pogaństwo. Rewolucja 1905 roku była jednak skrajnie internacjonalistyczna. SDKPiL, PPS i żydowski Bund ramię w ramię, a czasem przemówienie w przemówienie zagrzewały tłum do walki o swoje prawa. Pamiętajmy też, że za początek rewolucji 1905 uważa się 22 stycznia tego roku, gdy rosyjscy kolejarze rozpoczęli strajk, który rozlał się na całą Rosję. Dosłownie stanął cały kraj, nigdy potem, a tym bardziej przedtem świat nie widział tak masowego strajku. Car Mikołaj się przestraszył, obiecał ograniczyć samodzierżawie, powołać Dumę i wiele jeszcze innych rzeczy, z których dotrzymał jedynie niewielką część. Biorąc jednak pod uwagę dotychczasowy ustrój Rosji, której Królestwo Polskie było częścią, był to fakt nie do przecenienie i proces nie do zatrzymania. Do tej bowiem pory jedynym suwerenem w Rosji był Car, kraj był przeżarty korupcją, prawo nie funkcjonowało, wyzysk przekraczał granice biologicznej wytrzymałości ludzi pracujących w fabrykach i folwarkach. 

źródło: Polona

Strajk we Lwowie, źródło: Polona

My z niej wszyscy

Rewolucja 1905 roku zbudowała podwaliny społeczeństwa obywatelskiego, obudziła świadomość mas, wyznaczyła miejsce oświaty i kultury w życiu społecznym, ugruntowała na pokolenia postawy polityczne w tej części Europy, a w Polsce szczególnie. To dzięki niej powstały na przykład zalążki późniejszego Związku Nauczycielstwa Polskiego (pod tą nazwą istnieje od 1930 roku) i Stronnictwa Ludowego, o piłsudczykach nie wspomnę. Dość powiedzieć, że solidarnościowy zryw 1980 roku często określa się jako wynik procesów rozpoczętych w roku 1905. Można bez większego wysiłku znaleźć analogie, porównać struktury protestów, a nawet postulaty strajkujących. Bez rewolucji 1905 roku być może Polski nie byłoby w ogóle.

Post Scriptum

Wiem, że opowieść o tym wydarzeniu brzmi, jakby zakończyło się ono zwycięstwem. Nic podobnego. Fabrykanci upokorzyli robotników lokautem, carat odzyskał oddech i zdusił protesty siłą, a jedyną organizacją, która naprawdę zyskała była endecja żerująca na zmęczeniu narodu ciągłą uliczną i domową wojną obiecując przywrócenie “porządku”. Jednak – jeśli by nawet nazwać rewolucję 1905 roku “czwartym powstaniem” zakończonym klęską, to było to jedyne powstanie po którym, w ostatecznym bilansie, sytuacja Polaków w zaborze rosyjskiem się nie pogorszyła. Zasiany został za to nieusuwalny ferment wolności. I tak już naprawdę na koniec: to dzięki temu zrywowi władze carskie zgodziły się na powstanie Teatru Polskiego w Warszawie (w 1912 roku).

Jacek Sut

O, rozumie tchórzliwy!

Chciałem zacząć od cytatu, przysłowia lub choć powiedzonka, aby temat zagaić i znajduję, że bardzo mi trudno znaleźć związek frazeologiczny, który nie byłby już zupełnie skompromitowany. Co znaczy co? Czym jest w dzisiejszej pisowskiej gadzinowej mowie „wyrównywanie szans”, „demokratyczne reformy”, „gotowość do dialogu”, „wypracowywanie kompromisu”, czy wreszcie „dobra zmiana” lub – czemu nie? – „prawo i sprawiedliwość”? Jak obronić ewangeliczne: „Niech wasza mowa będzie tak – tak, nie – nie”? Operacja, której dokonują działacze PiS, jego zwolennicy i sam prezes polega na ćwiartowaniu związków semantycznych toporem. Kaczyński z mowy czyni narzędzie dezorientacji, zasłonę dymną i gaz bojowy zarazem. W jego ustach słowa mają moc rozbijającą struktury, anihilującą dotychczas znane związki i odniesienia. Jest jak Grima Gadzi Język z Władcy Pierścieni sączący Polakom do ucha kłamstwa i przedstawiający opisy nieistniejącej rzeczywistości. Wszystko może znaczyć wszystko, najczęściej znacząc swoje przeciwieństwo. Skąd wziąć motywację i siły do walki o odzyskanie odpowiednich do rzeczy słów (Słowacki).

Mleko się rozlało.

Inteligencja (przestraszona i prawdziwa) siedzi wycofana w swych boksach. Z wdzięcznością przyjmuje zaproszenia do dyskusji tusząc, że kaganek nieść trzeba choćby miał tylko rozświetlić parchatą mordę rozmówcy. Zamiast zostawić prostactwo jego plebejskim uciechom legitymuje je swoją obecnością. Wchodzi w dyskusję z naukowcami od parówek i nie opuszcza towarzystwa, nawet gdy ktoś jawnie obłudnie i bezczelnie przeinacza fakty. Przeszkadza w tym mieszanina tchórzostwa i wynaturzonego poczucia misji, która w znakomitej większości jest figowym listkiem kryjącym konformizm i lenistwo.

Daliśmy sobie wmówić dwie rzeczy. Po pierwsze, że wiedza, oczytanie, krytyczne myślenie oraz otwartość światopoglądowa nie idą w parze z zasługą, a wręcz stoją jej na przeszkodzie. Po drugie, że ci wszyscy, którzy swą edukację zaniedbali, pozbawieni wiedzy i refleksji, odcięci od kulturowych korzeni (głównie na własne życzenie), ci głupi po prostu godni są współczucia, szacunku i troski. Trudno jednak bezkrytycznie, choćby ze względu na samą konstrukcję krytycznego myślenia, uznać, że fakt, iż wiem więcej ma być pretekstem do kary, jaką mi za moją „wyższość” prosty lud, w postaci szyderstwa i ekonomicznej opresji, wymierza.

Trujące młodopolskie mity i pozytywistyczne kalki.

Utopiona w rydlowskie idee, żywo pamiętająca Wyspiańskiego, „Siłaczkę” i Doktora Judyma, inteligencja polska pochylała się nad „maluczkimi” przy okazji grupowo ignorując fakty. Programowo nie zauważano intencjonalnego barbarzyństwa, duchowego lenistwa i deprawującego tchórzostwa intelektualnego u większości tych, którym życie „nie dało szansy” na wykształcenie, nad którymi lano krokodyle łzy, że nie dane im było posmakować Norwida, Bułhakowa czy Kafki, bo gdyby tylko zaznali tych rozkoszy doznaliby oświecenia i przemiany. Warto zapytać jak to się stało, że pogarda dla miernoty przerodziła się w jej kokietowanie („Pon się boją we wsi ruchu. Pon nos obśmiwajom w duchu” – St. Wyspiański). W imię idei nadstawiania policzka i unikania walki metodami niegodnymi ludzi kulturalnych chowaliśmy pod kloszami cymbałów i bezczelnych idiotów ufając w ich dobre intencje, żeby w efekcie wyhodować całe kolonie śmiercionośnych pasożytów. Sami zrezygnowaliśmy z piętnowania ignorancji i obskurantyzmu jako w dyskusji dyskwalifikujących, zbyt brutalne nam się wydawało tępienie chamstwa w towarzystwie. Brak oczytania z rzeczy wstydliwej stał się seksownym dodatkiem do fitnessu. Nie potrafiliśmy odwrócić się plecami do aberracyjnych obsesji ćwierćinteligentów w białych kołnierzykach, którzy w nagrodę rozjeżdżali nam trawniki i stopy coraz droższymi autami. Przestaliśmy używać języka do komunikowania niezgody na tandetę. O ile w rodzinie było to w miarę wybaczalne, choć równie niszczące, to na ulicy, na uczelni, w telewizyjnym studio lub w przeszklonym open-space nowoczesnego biurowca milczenie wobec rozlewającego się głupstwa okazało się kiełbasianym jadem, sarinem sączonym na redakcyjnych kolegiach i w korporacyjnych siłowniach. W którymś momencie brak wiedzy, ignorancja i tupet stały się więc orężem nuklearnym, bronią ostateczną. W starciu z pyskatym głupkiem jego niewiedza dawała mu immunitet. Jeśli nie rozumiał on świata, ani tematu dyskusji, to dla świata i tematu tylko gorzej. „Nie jestem prawnikiem, ale tu nie trzeba wybitnej prawniczej wiedzy…”, „Nie jestem pilotem, ale…”, „Nie widziałem filmu, lecz…”, „Choć nie znam się na fizyce, to sądzę…”. Czy może z mojej branży: „To dla widza za mądre”, „Widz jest debilem” aż po słynne „Czarny lud to kupi”. Obezwładniający tupet barbarzyństwa i ostentacyjnej ignorancji rozbił w pył wszystkie publiczne dyskusje. Bezwstydny obskurantyzm usprawiedliwiał, a nawet przewrotnie prowokował obezwładniające idiotyzmy, a nawet podłości. Nauczyliśmy się żyć z tym paradoksem. Lepiej, wygodniej i korzystniej stało się nie wiedzieć i głośno odmawiać płynącego z wiedzy pożytku. Odwrócono mechanizm aspiracyjny, bowiem aspirowanie zwyczajnie przestało się opłacać.

Głównym celem tej trucicielskiej operacji była przede wszystkim odwaga. Sam tchórzyłem łykając język, więc wiem, co mówię. Ustępowałem wtedy, gdy mój szef czy szefowa, w kompromitujący sposób używali niezrozumiałego dla siebie słownictwa lub propagowali wiedzę wartą „wyndliny koci, co na oknie” („Ślub” – W. Gombrowicz). Ustępowałem, gdy krzywda się działa rozumowi i moralności w imię zwiększania „szerów” i „rejtingów”. Łykam dzisiaj ropuchy wstydu i obecne tryumfy barbarzyństwa mnie dziwić nie powinny. Sam bowiem przykładałem do tego rękę. Milczeć wobec podłości jest podłością i tyle.

Kaczyński wykonuje „gnypalską” (Witkacy) operację na narodzie. Ogarnięty jest mózg jego mieszaniną pragnień i żądz. Jak cienka między nimi granica, pozostawiam wyobraźni. Mówiąc „A” zdaję sobie sprawę, że trzeba powiedzieć też „B”: Jeśli ktoś wyznaje smoleńską religię lub cieszy się z oszukańczych praktyk w Sejmie jest albo podły, albo głupi. Tertium non datur. Czas zacząć to mówić głośno. Czas wrócić do mechanizmów bezwzględnego wykluczania chamstwa z debaty, czas uwolnić pogardę dla zła i ignorancji, a już na pewno nie fryzować jej na współczucie. Czas zamiast się wiecznie pochylać i podawać rękę do kąsania, wskazywać kierunki i rozliczać z postępów, a jeśli tego mało, to trzeba odważnie odwrócić się plecami i wyjść z pomieszczenia, choćby to był gabinet prezesa. Trzeba też mieć świadomość, że to nie koniec, że mogą przyjść nam do rozstrzygania spory, w których wszystkie decyzje będą tragiczne. Jeśli jednak inteligencji zabraknie odwagi, to czeka ją, być może już nie tylko symboliczna, rzeź.

Jacek Sut

Serialowe rozrywki

Będzie o Netfliksie. Po odbębnieniu i opłaceniu frycowego za zgody na “promocje” w kablówce zrezygnowałem ze wszystkiego, co dało się z listy moich płatności usunąć. Decydowały potrzeby rodziny, serial tu, serial tam oraz wciąż jednak sztywna oferta kablówek wciskająca nam rzesze kanałów, których nie chcemy lub nudnych jak flaki z olejem po prostu. Kiedy rachunek zmalał 50%, to połowę z tego przeznaczyłem na wykup Netfliksa na dwa ekrany (mogą dwie osoby jednocześnie na tym samym koncie oglądać coś innego).

Breaking Bad

Najpierw mnie zatkało. Przez pierwszych kilka dni wędrowałem po platformie usiłując poustawiać jakoś priorytety oglądania. Najpierw skończyłem “House of Cards” i tu mnie spotkało pierwsze zaniepokojenie bowiem ostatniej serii na trzeźwo nie dało znieść. Potem odpaliłem serial, na który namawiał mnie mój syn. Następny tydzień spałem po 2-3 godziny, ale obejrzałem całość niemal longiem.

Co mogę powiedzieć o Breaking Bad? Niestety kino amerykanskie, nawet jak usiłuje wyłamywać się z dramaturgicznych schematów, robi to w sposób schematyczny, więc czasem zwyczajnie sie nudziłem czekając na oczywisty zwrot akcji. Jednak rzeczą, która mnie najbardziej uwierała była monotonia bohaterów. Wszystkie epizodyczne postacie przechodziły jakąś ewolucję, przeobrażenia, a główni bohaterowie trwali jak zawieszeni w galarecie, nieznośnie przewidywalni, impregnowani na okoliczności, upływ czasu i rozwój akcji. Scenariusz jednak wymagał turbulencji, wątki się zagęszczały, w którymś momencie nawet (jak u Huxleya w Niewidomym w Gazie) z nieba na bohaterów spadły krwawe szczątki i… w zasadzie niewiele to dało. Pomiędzy tym, jacy byli Walt i Jesse, a tym, co robili, rodził się jakiś myślowy i emocjonalny skrót. Jakby twórcy chcieli oszczędzić nam czasu, żebyśmy za długo nie musieli rozgryzać naszych bohaterów. Szast – prast!

Koniec końców jednak dotrwałem do finałowej sceny. Generalnie było warto i serial, mimo wszystko, polecam.

Błędny rycerz

Przygoda z Breaking Bad nauczyła mnie ostrożności, bowiem wiele zarwanych nocy odbiło się na moim zdrowiu. Każdy następny tytuł, którego nie znałem, macałem bardzo ostrożnie. Tak odstawiłem Narcos, opowieść o dobrej Ameryce i jej dzielnych antynarkotykowych kowbojach w walce z socjopatycznym mafioso. Tymczasem Pablo Escobar nie wyrósł z zepsutego bogactwem zachodniego świata, ale z biedy i nie była to postać jednoznaczna. Nie mogę jednak narzekać, za kilkadziesiąt złotych miesięcznie mam dostęp do oferty, której nie sposób przerobić, a jest na każde zawołanie, w podróży i pod kołdrą.

Z drugiej strony jeśli poszukujecie czegoś więcej niż sprawnie zrobione i zawodowo zagrane kino, to amerykański sznyt może zacząć męczyć. Tak się stało ze mną.

Ostatnia próba

Z dużym zainteresowaniem przeczytałem, że Kiefer Sutherland wystąpił w serialu Designated Survivor, podobnie interesujący wydawał mi sie opis serialu. Lubię political fiction podobnie jak wszelkie inne utopie i dystopie (znów wracam do Huxleya) i spodziewałem się namiastki inetlektualnej rozrywki pod hasłem: co by było gdyby?

Obejrzałem trzy pierwsze odcinki. Najpierw uderzyło mnie “miniactwo” aktorów, którzy zamiast grać wciąż robią jakieś miny, unoszą brwi, wywracają oczami jak “odtwórcy” w polskich paradokumentach. Kiefer Sutherland z regularnością przypominajki w smartwatchu na przemian zdejmuje i zakłada okulary. To się tłumaczy, gdy ochroniarz zdradza mu dawny pseudonim jaki miał w Secret Servis – “okularnik”. Od razu zrozumiałem, że tym wahlowaniem szkłami głowny aktor przez dwie godziny przygotowywał mnie, tępaka, na tak doniosłą informację. Drugi sygnał był już dość znajomy; przez trzy odcinki żadnej zmiany w bohaterze, zresztą wokół niego też niewielkie. Sytuacja stoi w miejscu, akcja buksuje jak letnie opony w zimowym błocie, a Kiefer kilkoma grepsami usiłuje oddać hamletyczne rozterki bohatera. To nic jednak w porównaniu z tym, co się dzieje dalej.

zrzut-ekranu-2016-12-03-15-49-58

Propagandowy wzór

Autorzy (bo trudno mi przełknąć wyraz “twórcy”) Smoleńska powinni garściami czerpać z arsenału sztuczek i schematów użytych w tej amerykańkiej wersji równie zmyślonej historii. Powiem krótko: aż się coś w przewodzie gastrycznym podnosi na widok serii scen pokazujących wielkośc narodu amerykańskiego, heroizm i wszechobejmujące, biblijne wręcz człowieczeństwo poszczególnych bohaterów, którzy trudności wielkie, jak utrata całego rządu w zamachu (sic!) jak i małe, jak kłopot ze zjedzeniem rodzinnej kolacji, gdy Ameryka jest under attack rozwiązują wpatrzeni we własne serca i zaszklone łzą oczy, podając szorstkie i pomocne dłonie oraz przynajmniej dwa razy na odcinek wmiast mówić o np. prezydencie USA, CIA czy armii Stanów Zjednoczonych mówią o “prezydencie wolnego świata”, “największej służbie wywiadowczej wolnego świata”, “najpotężniejszej armii wolnego świata” itd. I to zupełnie, nieodwracalnie, zabójczo serio. Czytelność tej propagandy stawia ten serial na równi z z Czterej Pancerni i pies oraz NCIS realizowanymi, jak wiadomo, przy dużym współfinansowaniu armii. Jednak o ile w sensacyjnym tasiemcu uproszczenia są wręcz wskazane, to biorąc się za potężną historię z atomowym konfliktem globalnym na włosku wypadałoby się postarać o przekaz bardziej zniuansowany, żeby nie powiedzieć – rzetelny. Ciężko się znosi korowody patetycznych gestów, rozmyte i nieznośnie sentymentalne sytuacje rozgrywane przez długie minuty w takt podniosłej orkiestracji i zwyczajnie się nie nudzić. W nadziei, że może drugi odcinek odwróci poetykę, albo może trzeci zakpi z dwóch poprzednich doszedłem do mementu, kiedy tylko oglądałem jedynie początki i zakończenia kolejnych scen, resztę przewijając na szybko. W usłudze Netfliksa mamy możliwość przesuwania suwakiem na podglądzie.

W tym kontekście wściekle niedobre efekty komputerowe, a szczególnie “zniszczony” Capitol, który wygląda jakby graficy brali metaamfetaminę w czopkach o kształcie szyszki, już specjalnie wrażenia nie pogarsza.

Zostawiam więc i to “dzieło” i szukam dalej, jak co znajdę, to opiszę.

Jacek Sut