RACHUNKI KRZYWD

Mijają tygodnie, a burza wokół nieszczęśliwych sformułowań zawartych w nowelizacji ustawy o IPN nie gaśnie. Mimo, że to temat dzisiaj polityczny, postanowiłem zaryzykować i wtrącić swoje publicystyczno – historyczne trzy grosze, ufnie licząc na to, że służby nie skorzystają z art. 55a powyższej ustawy, by pewnego pięknego dnia wyprowadzić mnie z domu w kajdankach o szóstej rano.

A teraz już obiecane refleksje. Pierwszy grosz wrzucam do koszyczka tzw. światowej opinii publicznej w sprawie unicestwionych w czasie okupacji 6-ciu milionów obywateli polskich. Podkreślam, oni wszyscy byli obywatelami II RP. Dlaczego więc dzisiaj niektóre kręgi dzielą pomordowanych na Żydów i Polaków, tym ostatnim skąpiąc nawet określenia „Holokaust”. Przecież zagłada na terenach polskich objęła przedstawicieli obu narodów w równym stopniu. Dlatego nie dziwię się, że w książce wydanej w Stanach w 1986r. pt. „Zapomniany Holokaust” profesor Richard Lukas zaapelował do amerykańskich środowisk żydowskich, ale jednocześnie opiniotwórczych, o obiektywizm. W oczach tych środowisk – protestuje profesor – „Polacy są tylko tłem dla Holokaustu”. Dlaczego?

Belka w oku

Dlaczego w USA nikt nie interesuje się rozporządzeniem generalnego gubernatora Hansa Franka, dla okupowanych ziem polskich z 15 października 1941r. o karze śmierci dla Polaków udzielających schronienia Żydom. Społeczność światowa ignoruje ten fakt albo jest on celowo przemilczany. Gdzie indziej stosowano tylko więzienie. A teraz kilka liczb: Polaków ratujących Żydów zginęło z rąk niemieckich ponad 5 tysięcy (Anna Poray-Wybranowska, „Those Who Risked Thier Liveg”, Chicago 2008), natomiast Teresa Prekerowa twierdzi, że w akcje ratowania Żydów zaangażowanych było ponad 360 tys. Polaków („Konspiracyjna Rada Pomocy Żydom w Warszawie w latach 1942-45”, Warszawa 1982). Fakty te znalazły egzemplifikację w Yad Vashem, gdyż to tam właśnie, w Lesie Jerozolimskim posadzono w hołdzie Polakom najwięcej, bo 6706 drzewek wdzięczności. A o ilu takich zdarzeniach nic nie wiemy? Byłem na Wzgórzach Herzla, zwiedziłem Muzeum Holocaustu, dotknąłem drzewka poświęconego moim wspaniałym teściom Jadwidze i Leopoldowi Niewiadomskim, którzy pomogli w przetrwaniu 24 Żydom. Dlaczego tak mało uratowaliście naszych braci – padają pytania zza oceanu? I tu konsternacja. Jak zmierzyć wiedzę i wrażliwość pytających? Jaki był wkład ich ojców i dziadów w dzieło ratowania współbraci wyznania mojżeszowego? (zaledwie pięć drzewek w Jerozolimie!), jak można szukać drzazgi w oku innych, nie dostrzegając belki we własnym? Zadziwiające!

Ziarno z plewami

Awantura na świecie, pomimo czynionych prób rozładowania napięcia wokół uchwalonej na kolanie kontrowersyjnej noweli, nie milknie. Premier niestety, w Monachium spotęgował jeszcze emocje, zupełnie nie zwracając uwagi na stosowność używanych określeń. No bo jak można porównywać inspirujący i wykonawczy wkład Niemców w Holokaust do sprawczego, lecz ograniczonego współudziału Żydów? Rażą mnie proporcje. My Polacy wiemy doskonale, że ani my, ani oni nie byli bez winy. O nas za chwilę, a teraz przypomnę aktywność zbrodniczych judenratów w gettach, okrutne policje żydowskie pałkami formujące szeregi skazańców do transportów śmierci. Dalsze przykłady? Proszę, choćby Piaseczno! Tu także w sierpniu 1940r. zorganizowano getto w południowej części miasta, zamykając tę nację w kwadracie ulic Krótka –Świętojańska – Czajewicza, aż po Nadarzyńską. Tu również utworzono judenrat. Jakie tam zapadały decyzje? Niestety protokoły z posiedzeń litościwie zniszczyła wojna, ale pozostały strzępy świadectw. Na polecenie narzuconego miastu przez okupantów burmistrza Karola Roschildta wspomniana Rada Żydowska opracowała nieludzki plan przemarszu w styczniu i lutym 1941r., w łachmanach, 3,5 tysiąca swoich współbraci podzielonych po 500 osób, z Piaseczna do getta warszawskiego. Cały majątek i dokumenty osobiste kazano nędzarzom, odartym z podmiotowości pozostawić w punktach judenratu. Czy można założyć, że te okrutne działania wynikały z niewiedzy władz żydowskich, co do dalszego losu pobratymców? Niektórzy tak twierdzą, natomiast znana pisarka i myślicielka żydowska XX w., Hannah Arendt ostro potępiła Żydów za kolaborację z Niemcami: „Dla Żydów, rola jaką przywódcy żydowscy odegrali w unicestwianiu własnego narodu, stanowi niewątpliwie najczarniejszy rozdział całej historii”. Taką prawdę zawarła w swej książce pt. „Eichman w Jerozolimie”, Kraków 1987, s.151. (A jak już padło nazwisko Eichman, to przypominam, że degenerat ów wywodził się z rodziny żydowskiej i odegrał niepoślednią rolę w niszczeniu własnego narodu). Czyli co? – premier miał rację. Ale chciałoby się jednocześnie zawołać: „znaj proporcje mocium panie!” i bacz na to do kogo, w jakim czasie i co mówisz. I tu nie chodzi tylko o oburzenie w Izraelu, ale jeszcze bardziej o żywotne interesy naszego kraju ulokowane w dobrych stosunkach z USA. A lobby żydowskie w tym kraju natychmiast uruchomiło młyny mielące ziarna z plewami. Czy o to chodziło w tej awanturze?

Teraz będzie o nas. Uderzmy się w piersi. Jeśli nasi starsi bracia w wierze mają coś za pazurami, to Polacy upaprali się jeszcze bardziej. Niech przemówią fakty, subiektywne bez wątpienia, ale osobiście mi znane. Jako dziecko wielokrotnie słyszałem rozmowy rodziców (oboje w AK) o pewnym znajomym, który trudnił się szmalcownictwem. Termin ten szybko stał się dla mnie w pełni zrozumiały, gdy dowiedziałem się, że mój wuj Julian Jerzy Gójski, szef dywersji AK w Skierniewicach, zaraz po wojnie został opluty i posądzony o bliskie kontakty z Niemcami za wykonywane na nich egzekucje, co zakończyło się jego dwuletnią zsyłką do krainy białych niedźwiedzi. Powód: wykonując wyroki śmierci musiał zbliżać się do skazanych – diagnoza: agent gestapo. Dodatkowo „obciążał” go fakt eliminowania szmalcowników, co nie było mile widziane w organach UB, zasilających swoje szeregi degeneratami. Szerzej potraktował problem historyk Mirosław Traczyk, wspominając okupacyjne pogromy. Uważa, że tej sprawy nie można ograniczyć jedynie do Jedwabnego, Goniądza czy Wąsoszy, gdyż np. tylko w 1941r. odnotowano kilkadziesiąt podobnych przypadków w wielu polskich miejscowościach („Miasta śmierci. Sąsiedzkie pogromy Żydów”, Wydawnictwo RM, (e-book), 2015). Czy znamy podłoże tych zdarzeń? Tak, zawsze takie samo: szczucie jednych przeciwko drugim; banalizowanie zachowań radykalnych, antysemickich i skrajnie prawicowych, a także chciwość i chęć wykorzystania sytuacji do swoich celów. Żydom m. in. zarzuca się kolaborowanie z NKWD przy tworzeniu list proskrypcyjnych wymierzonych w Polaków w 1939r., a Polakom getta ławkowe, bojkoty sklepów żydowskich, czy zwyczajny bandytyzm na ulicach w II RP. (Newsweek z 19.04.2013r.: „W ciągu tylko jednego miesiąca, od 15 czerwca do 15 lipca 1938r., w Warszawie ciężko pobito 242 Żydów, a zabito czterech”). Tego nie zrobiły krasnoludki!

Powtarzam za Wł. Broniewskim: „Są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli, ale krwi nie odmówi nikt…” I bratnia krew lała się strumieniami. Profesor Andrzej Żbikowski z Żydowskiego Instytutu Historycznego ocenia, że z rąk Polaków zginęło więcej Żydów niż zostało przez nich uratowanych. Dyrektor tegoż Instytutu Paweł Śpiewak uściśla szacunki: „…z rąk Polaków zginęło w czasie wojny 120 tys. Żydów” („Rzeczpospolita” z dnia26.11.2011r. ). W 2018r. problem dostrzegł klasyk celnych konkluzji stwierdzając: „Diabeł podpowiada nam antysemityzm”. Groza.

Jan R. Krzyżewski

Odpocząć

Dawno nie czekałem na święta, jak w tym roku. Pączkujące obowiązki, gazeta, szkolenia i polityczne debaty, pomysły na to, co chciałbym jeszcze robić w życiu plus poważniejszy powrót do pierwszego zawodu zawęziły mój czas do minimum. W zasadzie pożarły go kompletnie. Dlatego święta traktuję jako czas wolny, od którego w zasadzie się uciec nie da. Mam nadzieję poleżeć, pogapić się w tv, a może nawet zagrać w jakąś grę na komputerze, czego nie robiłem od lat.

Zanim jednak ten błogi czas nastąpi czeka mnie (i zapewne także Was, drodzy Czytelnicy) morderczy finisz. Slalom specjalny turbo. Zjazd w beczce ze schodów wprost pomiędzy półki sklepów, wzdłuż witryn w galeriach handlowych, pośród straganowych świecideł i całej tej lśniącej, mieniącej się, mrugającej, bożonarodzeniowej, tandetnej w większości scenerii. Da się to przeżyć, co roku się daje. Grunt, to się nie śpieszyć. Śpieszymy się, żeby zdążyć wypocząć, co wydaje się absurdalnym zajęciem. 

Odpocząć w pierwotnym znaczeniu (używanym na przykład przez Norwida) oznaczało „zacząć od nowa”. Od-począć, czyli zamknąć to, co było, żeby wystartować od „poczęcia”. Można to rozumieć jako nowe otwarcie, ale też jako próba ponownego podejścia do tych samych zadań. Zabawne, że w tym znaczeniu w słowie od-począć nie ma miejsca na współcześnie rozumiany odpoczynek. No bo kiedy niby miałby on wypaść?

Wszelkie nakazy i zakazy religijne mają swoje antropologiczne i logiczne korzenie. Niejedzenie wieprzowiny w krajach Bliskiego Wschodu, zakazane przez judaizm i islam, wynikało z faktu, że w tamtym, upalnym klimacie, szybko psujące się mięso stwarzało realne zagrożenie dla życia i zdrowia. Podobnie rzecz się ma z obrzezaniem, które jest nakazem z gruntu higienicznym. Dlaczego te (a także wiele innych) ograniczeń i zaleceń spisano w świętych księgach? Zapewne dlatego, że gdyby nie pochodziły od Boga, to nikt by ich nie przestrzegał. Dokładnie to samo dotyczy świąt, kiedy się nie pracuje. Można powiedzieć, że zalecenia biblijne dziś zastępowane są (lub interpretowane – niestety) przez prawo stanowione w parlamencie. Niekiedy z lepszym, ostatnio z wątpliwym powodzeniem.

Innymi słowy: prawo do odpoczynku, to nie to samo co wypoczynek obowiązkowy. Podobnie jak zawodowcy w sporcie, my także musimy, oprócz reżimu pracy, narzucać sobie kajdany odpoczynku. 

Moje świąteczne dyby lenistwa zbliżają się zalotnie. Mam nadzieje, że i Wasze już podrychtowane. W obowiązkowo wolnych chwilach zachęcam do lektury „Sąsiadów”. Przygotujcie się na spotkanie ze sztuką malarską i magią książkowej ilustracji, powiemy trochę o strukturalnym bezpieczeństwie na drogach i wyzwaniu, jakim jest świadomy wybór własnego lokum na lata. Jan R. Krzyżewski szturchnie nasze sumienia, poczytacie o sposobach walki ze świątecznym stresem i jak mogłaby w tym pomóc czekolada. Intrygującym tematem broszki zajmiemy się w dziale mody, a tym, którzy urlopy planują w górach przekażemy kilka rad wprost od ratowników TOPR. Zapraszamy.

Jacek Sut

Znani – zapomniani

O osobach, które odeszły powinienem pisać na początku listopada, gdyż zwyczajowo to wtedy jest najwłaściwszy czas na pogłębioną refleksję. Tak się jednak nie stało, bo święto goni rocznice, a w połowie listopada bardziej aktualnym okazał się temat dworku w ruinie, „Poniatówki” – symbolu piaseczyńskiej niepodległości. W swoim felietonie sugerowałem wówczas ze smutkiem, że „nie da się” nic zrobić w dziele renowacji tego zabytkowego obiektu, bo starostwo, opacznie pojmując hasło dobrych zmian w polityce historycznej, strumień gotówki zamiast na ratowanie dobra narodowego, skierowało na remont własnej siedziby, niegdyś matecznika PZPR.

Na własną rękę

W minionym grudniu więc, tak aby zmieścić się jeszcze w roku obchodów (których nie było) setnych urodzin naszej wielkiej aktorki Lidii Wysockiej (ur. w 1916 r.), udałem się na cmentarz komunalny w Piasecznie w poszukiwaniu Jej mogiły. Z duszą na ramieniu pokonałem fatalne skrzyżowanie ulic Julianowskiej i Okulickiego (do jego przebudowy „nie da się” przystąpić, bo jest w zarządzie województwa), minąłem piętrowy garaż, gdzie parkować „nie da się”, bo jest prywatny, a że chyba za drogi dla mieszkańców, więc stoi pusty. No, ale przecież od czego jest parking miejski, położony wzdłuż nekropoli, tam też są miejsca postojowe, bardziej cenne, bo darmowe. Niestety, władze gminy tolerują cwaniactwo miejscowych zmotoryzowanych blokujących gościom rotacyjny dostęp do furt cmentarnych. Koniec końców, pokonując wszystkie przeszkody, przebiłem się do wejścia.

Poszukiwania

Pora wczesna, cmentarz świecił pustkami, tylko pies średniej wielkości z zapałem i bez kontroli znaczył swój teren strzykając na groby. Wreszcie pojawiła się miła pani z administracji, która, co prawda, na psa machnęła tylko ręką (co oznaczało „nie da się” nic zrobić), ale za to pokazała mi miejsce pochówku artystki. Przeżyłem szok. Tak zaniedbanej mogiły dawno nie widziałem. Zardzewiałe klepsydry nadziane na kołki informują, że tu spoczywa od 2006 r. jakaś Lidia Wysocka, że trzy lata później pochowano tu jakiegoś Piotra Nowakowskiego. Nędza, zapomnienie i jęki wichru pomiędzy krzakami. A kim był Piotr – zapytacie? Otóż, oprócz tego, że był synem pani Lidii i także ukończył uczelnię artystyczną, to dla Piaseczna zasłużył się niebywale tworząc teatrzyk „To i owo”. Przez 40 lat niestrudzenie zajmował się animacją kultury, plenerami malarskimi i spotkaniami poetyckimi. Znana aktorka Teatru Polskiego w Warszawie pani Ewa Domańska – niegdyś podopieczna Piotra, swego mistrza nazwała „wyjątkowym erudytą, znawcą sztuki, reżyserem i architektem sukcesu artystycznego całego pokolenia młodzieży”. A mogiła? No cóż, liści kupa ogrodzona ażurowym płotkiem, chyba tylko po to, żeby nie fruwały w porywach wiatru, a w obrębie tego płotka – prochy (powiem jednym tchem): zjawiskowej polskiej aktorki i wybitnej piosenkarki, patriotki więzionej w czasie okupacji na Pawiaku, twórczyni kabaretu „Wagabunda” (m.in. Dymsza, Kobiela, Przybora), który to zespół, podczas 11 lat swego istnienia rozprowadził ponad 2 miliony biletów wstępu. Co więc kryje klepisko przywalone stosem gnijących liści? – odpowiadam: „perły rzucone przed wieprze” (św. Mateusz).

„Nic nie da się zrobić”

Mówi w lokalnej prasie radny Zbigniew Mucha, założyciel i prezes Społecznego Komitetu Renowacji Cmentarza Parafialnego i rozkłada bezradnie ręce – No bo kto za to zapłaci? – zapytuje. A ja tak sobie pomyślałem, że troska o cmentarz parafialny i zaniedbane groby to obowiązek gospodarza, czyli proboszcza, bo to on jest beneficjentem profitów, a nie ubogiego Społecznego Komitetu. Natomiast gmina powinna być naturalnym mecenasem cmentarza komunalnego. Stawiając więc wszystko na nogi oddajmy Bogu, to co boskie, obligując jednocześnie gminę (bo to my ją finansujemy) do okazania wdzięczności ludziom, których niegdyś tłumy nosiły na rękach, a teraz spoczywają w zapomnieniu pozbawieni prawnych opiekunów.

Dosłownie 250 m od furty głównej w kierunku Konstancina – Jeziorny, na zakręcie drogi, u wylotu ul. Przesmyckiego (Miriama) znajduje się wyjątkowo wysoki wiklinowy płot. Cóż kryje posesja za nim? „Dworek klasyczny do wynajęcia” – głosi baner. W dworku tym mieszkała Lidia Wysocka z synem Piotrem (noszącym po ojcu przydomek Sawan) i jego żoną (gdy ta jeszcze darzyła go uczuciem), a w czasie okupacji, z wielomiesięczną przerwą na Auschwitz- Birkenau – także Zbigniew Sawan-Nowakowski – mąż pani Lidii i ojciec Piotra. Czy my go znamy? Tak, oczywiście, to przecież legenda polskiego kina niemego, aktor, kreator scen operowych, reżyser i dyrektor wielu teatrów w kraju, a tuż po wojnie – o tym już dziś nikt nie pamięta – współtwórca i aktor teatrzyku „Różowy balonik” w… Piasecznie. A co z tajemnicą ukrytą za sztachetami podwójnego płotu? Ludzie nie chcą mówić. Przebąkują o śmierci Piotra w niewyjaśnionych okolicznościach, o ludzkiej bezwzględności i tupecie, a napotkana sąsiadka, lawirująca między pędzącymi pojazdami (bo „nie da się” przy tej ulicy wybudować chodnika), przypomniała sobie nawet fakt istnienia jakiejś sekty, która opętała Sawana juniora tak skutecznie, że zmarł przedwcześnie, oddając cały majątek „przyjaciołom”.

Na grób niestety nie wystarczyło

I jeszcze jedna uwaga. Ignacy Gogolewski, w czasie niedawnego grudniowego spotkania z mieszkańcami w Klubie Kultury w Józefosławiu, zaproponował na zakończenie wieczoru „zanucić pieśń szczęśliwą”. Czy jednak Piotra i jego rodziców może ona dotyczyć? Chyba nie, bo pozostała po nich tylko „poezja, pamięć o dobroci i… więcej nic” (to już cytat z Norwida). A co pozostało gminie? Dążenie do zmiany przylepionego do niej negatywnego stereotypu.

Pokażmy światu, my społeczeństwo Piaseczna, w odróżnieniu od tych, którym pazerność przysłoniła resztki wstydu, że „wdzięczność jest najpiękniejszym kwiatem” (Beecher). Może jednak „da się” coś zrobić.

Jan R. Krzyżewski

Siła uśmiechu

Moja nauczycielka tajskiego mówi “odmawiaj z uśmiechem”. W tym stwierdzeniu mieści się filozofia tego języka, komunikacji, relacji i nieporozumień.

Uśmiech w Tajlandii jest wszechobecny. Towarzyszy sporom drogowym, pracy, przywitaniu i pożegnaniu. Podobno policzono, że istnieje 2000 rodzajów tajskiego uśmiechu. Żeby go przyjąć, zaakceptować i zrozumieć potrzeba odrobiny pokory. I tak na przykład wchodząc do sklepu w Tajlandii próbujemy dowiedzieć się gdzie stoi mleko. Nasza pierwsza próba po tajsku wywołuje chichot ekspedientek. Zgrabnie przechodzimy na angielski, żeby się dalej nie ośmieszać. Wśród ekspedientek zapada chwila ciszy, długa wymiana melodyjnych zdań po tajsku, a następnie salwa śmiechu. Przechodzimy więc na uniwersalny, tak nam się wydaje, język gestów i powtarzamy słowo Milk na wszystkie sposoby próbując nawet akcentować je po tajsku, żeby było lepiej zrozumiane. Śmiechom nie ma końca. Teraz my już też padamy ze śmiechu, aż w końcu ekspedientka doprowadza nas licznymi zakamarkami do ukrytej w kącie lodówki i z tryumfem wykrzykuje „NM!”. I wszyscy z postronnymi klientami włącznie wybuchają śmiechem.

Uśmiech jest kluczem

Uśmiecha się pani na skuterze, która o mały włos potrąciłaby nas na pasach, bo wjechała pod prąd zza węgła. Uśmiechają się ogrodnicy i budowniczowie drogi. Czasami jest to uśmiech zmartwienia, czasem odmowy, zażenowania lub klęski. Jest jednak niezbędny w ludzkich relacjach jako część tamtejszego języka.

Bardzo trudno jest zrozumieć zaprzeczenie, któremu towarzyszy uśmiech. Można by to porównać z negacją przy jednoczesnym kiwaniu głową góra-dół. Stąd zdarzające się komiczne pomyłki.

Nie mamy tego dania, mówi kelner z uśmiechem zażenowania, który my odbieramy za potwierdzenie. Czekamy pół godziny przy stoliku, nic się nie dzieje, kelner nie chce nas pośpieszać, ani martwić brakiem kurczaka, więc się cały czas uśmiecha. Dla przeciętnego Europejczyka, dla którego uśmiech jest luksusem dawkowanym w małych ilościach, jest oczywiste, że kelner przyjął zamówienie. Zanim sytuacja się wyjaśni, mijają długie minuty, Europejczyk więdnie głodny, a kelner w końcu wysyła po sąsiada, który wpadnie i z uśmiechem stwierdzi: “No have”.

To nie Polska

Problemu z akceptacją tajskiego uśmiechu można dopatrywać się w naszej kulturze. Te salwy śmiechu na stoiskach z warzywami, na nasze nędzne próby wyśpiewania tajskiej melodii w nazwach sałaty i bakłażana to nic innego tylko wielka sympatia jaką nas darzą ci niezwykle serdecznie gospodarze. Żeby wierzyć w to, że nie jesteśmy obśmiewani trzeba się otworzyć, zrozumieć, że jesteśmy w innym kraju i innych okolicznościach i teraz to oni dyktują warunki. Jak już to pojmiemy, to nie pozostaje nam nic innego jak tylko uśmiechać się od ucha do ucha i brnąć przez codzienność, która z tajemnych powodów przestaje być szara.

A.B.

Postscriptum

Pracownik myjni za sprawdzenie ciśnienia w kołach i dolanie płynu do spryskiwaczy nie chce przyjąć żadnych pieniędzy. Prosi koleżankę, żeby przetłumaczyła krótkie zdanie: “Smile is enough”.

Nasza autorka od niedawna mieszka w Tajlandii gdzie zajmuje się zgłębianiem tamtejszej kultury i historii. Swoimi codziennymi obserwacjami będzie się dzielić na łamach Sąsiadów. 

Jak zostać co najmniej królem?

Jutro robię prezentację. Mam rozmowę o pracę. Ważne spotkanie. Dopiero jutro, ale już dziś zaczyna mnie dopadać efekt sekatora, już dziś wyobrażam sobie, że jak zwykle Ten będzie kręcił nosem, Tamten będzie się czepiał, Ta będzie chichotać, a Tamta, nie patrząc i pewnie nie słuchając, zada pytanie mądre inaczej, czyli będzie tak samo jak zwykle – beznadziejnie.

Tysiące ludzi na świecie ma ten sam problem, a właściwie, nie problem, tylko ten sam obszar do Rozwoju, bo jak mawiał pewien Anglik, ludzie mają z jednej strony zalety, a z drugiej… strefy Rozwoju. Czyli co konkretnie? Szansę, aby pokonać lęk przed wystąpieniem publicznym, ekspozycją, a właściwie obawę, żeby się nie ośmieszyć. Lęk przed oceną innych, to jest jedna z wspólnych cech ludzkości (górnolotność stwierdzenia zamierzona M.O.).

Nieważne czy jesteś maklerem giełdowym, radnym czy maturzystą, stres masz podobny. To jest w nas. Jeśli ktoś potknął się kiedykolwiek na ulicy, wie o czym mówię. Obawa, że wszyscy to widzieli jest tak duże, że niektórzy potrafią nie tylko zakląć szpetnie lub spłonąć rumieńcem, ale nawet wrócić w to samo miejsce i kopnąć kawałek chodnika, żeby „wyrównać rachunki”, odreagować „upokorzenie”.

Pytanie brzmi: „Droga redakcjo, co robić?”

Są dwa wyjścia. Można usiąść, zapłakać i pogodzić się z tym, że tak już będzie zawsze.

Jeśli znacie stary dowcip, czyli jak to się dzisiaj mówi: „suchar” o sekatorze, to wiecie o czym mówię. Dla porządku tylko przypomnę, że w dowcipie tym pewien chłop udał się do sąsiada w celu pożyczenia sekatora. Ponieważ jednak droga zajęła mu chwilę zdążył nawyobrażać sobie różne scenariusze rozmowy, niezmiennie kończące się odmową pożyczenia tego ogrodniczego narzędzia, a więc upokorzeniem proszącego. Skutek był taki, że po dotarciu na miejsce, zamiast poprosić o sekator, chłop ów kazał zaskoczonemu sąsiadowi zrobić z nim (z sekatorem, nie z chłopem) rzecz wysoce nieprzyzwoitą. I niestety tak to często bywa, że „efekt sekatora” jest przyczyną nieudanych wystąpień lub prezentacji. Nakręcając się jak do boju, zawsze możemy tylko zwyciężyć lub ponieść porażkę. Lepiej chyba jednak przystąpić do robienia prezentacji po prostu jak do załatwienia sprawy. Wtedy najwyżej możemy jej nie zrealizować. Dobrze też iść z pozytywnym nastawieniem. Oczywiście może nie od razu z myślą, że wejdziemy do sali a zarząd, rada nadzorcza czy klienci, krzyczą z rękami w górze „Basia, Basia, dawaj, dawaj uuuu!”. Pamiętajmy, że my Polacy jesteśmy wprawdzie Włochami Północy, ale ciągle jeszcze z przewagą północy. Wystarczy więc nastawienie neutralne.

Drugie wyjście, to droga króla. Jest to droga niełatwa, długa i kręta. Jednak na jej końcu czekają nagroda, sława, pieniądze, sukces, ręka królewny i pół królestwa, a przynajmniej mandat radnego. To droga pracy, ćwiczeń, szkoleń i ciągłego samodoskonalenia. W filmie pt. “Jak zostać królem” mogliśmy obserwować zmagania człowieka, którego Bóg i historia, postawili przed zadaniem, mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, niewykonalnym, przekraczającym jego możliwości. Człowiek ów w sytuacjach stresowych jąkał się, zacinał okrutnie, nie był w stanie wydusić z siebie zdania, a często nawet słowa, o płynnym przemawianiu nie wspominając. Warto zwrócić uwagę, że nawet ludzie, którzy się nie jąkają, w sytuacjach publicznych, podczas prezentacji, rozmów o pracę, ważnego spotkania np. oświadczyn, zachowują się bardzo podobnie. Zacinają się, czerwienieją, zasycha im w gardle, pojawia się szczękościsk, drapanie w krtani i wiele jeszcze innych objawów. W efekcie często jest unikanie za wszelką cenę wystąpień wszelakich. Nie tędy droga. Przykład filmowego bohatera, opartego na prawdziwej postaci historycznej, może i powinien napawać nas optymizmem. To naprawdę można wypracować, można przezwyciężyć lęk i własne słabości, można pokonać smoka, zdobyć rękę księżniczki i posiąść królestwo (nigdy nie pamiętam, czy w tej kolejności).

Jeden człowiek, wbrew przeciwnościom losu, dzięki odwadze, wizji i pracy nad sobą może zostać kim zechce. Handlowcem, menadżerem, dyrektorem, prezesem, posłem, nauczycielem. Każdym. Ten człowiek to Ty!

Zostań więc królem – tak na początek.

Mirosław Oczkoś_DSC2944-Edit

Absolwent PWSFTviT w Łodzi oraz SGH w Warszawie. Mówca motywacyjny, specjalista w zakresie prezentacji, pracy głosem, autoprezentacji, mowy ciała oraz PR i wizerunku, konsultant marketingu politycznego, komentator telewizyjny. Trener/doradca  m in. polityków, sportowców i ludzi świata show biznesu. Autor książek „Abecadło mówienia”, „Sztuka Poprawnej Wymowy czyli o Bełkotaniu i Faflunieniu”, „Paszczodźwięki. Mały poradnik dla wielkich mówców”, „Sztuka Mówienia bez Bełkotania i Faflunienia”.

Zapomniana rewolucja

Studiowałem i pracowałem wiele lat w Łodzi. Jedną z ważniejszych ulic jest tam ulica Rewolucji 1905 roku. Kiedyś myślałem, że nazwa jak nazwa, rewolucja 1905 była dla mnie zwiastunem rewolucji Październikowej, więc nie wgłębiałem się, bo i sympatii we mnie dla tego zrywu było niewiele. Dziś wiem, jak wielki popełniałem błąd.

Gdyby nie rewolucja 1905 roku to… w zasadzie nie umiem sobie nawet wyobrazić. Pod znakiem zapytania stoi w zasadzie cały współczesny ustrój Polski, a nawet Europy. Nie byłoby polskiej niepodległości, nie byłoby potężnego obywatelskiego wzmożenia zakończonego Okrągłym Stołem. Historycy spierają się, czy rewolucja 1905 roku była pierwszą rewolucją, czy może czwartym powstaniem. Jej zdobyczami – mimo klęski samego zrywu – są liczne ustępstwa ówczesnych władz carskich, od poluzowania gorsetu wynaradawiającej szkoły, po większą swobodę zrzeszania się, wtedy powstały pierwsze związki zawodowe, wtedy robotnicy i robotnice Łodzi, Warszawy, Radomia, Sosnowca i wielu innych miast rozpoczęli walkę o lepszy byt, lepszy w znaczeniu nie tylko ekonomicznym, podwyżki płac oczywiście także były ważne, ale lud pracujący domagał się praw socjalnych oraz dostępu do powszechnej kultury i oświaty. Walczono o 6 tygodniowe płatne urlopy przed i po urodzeniu dziecka – dotąd kobiety rodziły niemal przy krosnach lub w fabrycznej hali i po 2-3 dniach musiały wracać do roboty, żądano 8-godzinnego dnia pracy, postulowano żłobki i biblioteki, zaczęto wydawać masowo niezależną prasę, lawinowo wzrosło czytelnictwo. Choć na ulicach lała się krew, niejednokrotnie przelewana w bratobójczych starciach (głównie z endekami), to rosły w siłę partie, dzięki którym powstały kadry późniejszej Polski niepodległej. Liczebność członków PPS na przykład wzrosła ponad 10 razy, z ok 5000 przed rewolucją do ponad 50 000 po niej. Oczywiście PPS „Lewica” i PPS „Frakcja Rewolucyjna” podzieliły później między siebie ten zasób, ale przebudzenia politycznego takiej masy ludzi już nie dało się zahamować. Zapomnieliśmy o tej rewolucji, a przecież z niej wyrosły takie postaci publicystki politycznej i filozofii jak Andrzej Strug, Stanisław Brzozowski czy zupełnie w zasadzie nieodkryta dla Polaków Róża Luksemburg. Krwawe starcia w Łodzi w czerwcu 1905 do dziś nie doczekały się właściwego upamiętnienia. Wszystko zaczęło się od pogrzebu zabitych wcześniej demonstrantów, który spontanicznie przerodził w pochód,  nastepnego dnia spontaniczna manifiestacja została bezpardonowo rozstrzelana przez carską ochranę i wojsko. W rezultacie między 22-gim i 24-tym czerwca ludzie ginęli w starciach na ulicach, ostrzeliwyani przez wojsko lub w bitwach z bojówkami endeckimi.

miodowa-po-wybuchu-bomby

Ulica Miodowa po wybuchu bomby, źródło: Polona

Przebudzenie

Charakter buntu, jego spontaniczność i zasięg (1 maja 1906 roku stały wszystkie ważniejsze ośrodki przemysłowe w Królestwie Polskim) zaskakiwały współczesnych. Wtedy nauczono się czym jest strajk i jaką siłę ma zjednoczony ruch robotniczy. Absolutnym fenomenem były strajki szkolne, w których o godność, możliwość nauki po polsku i zaniechanie drastycznych represji ubiegały się dzieci. Wtedy też łódzcy fabrykanci na zawsze stracili swą twarz zwalniając niemal wszystkich swoich pracowników w ramach lokautu, łamiąc ich ducha głodem przez kilka miesięcy. Kościół wespół z endecją właśnie wtedy po raz pierwszy zaczęli używać retoryki antysemickiej do prowadzenia doraźnej polityki. Dmowski opętany ideą wyzwolenia narodu ponad wszystkimi innymi celami dążył do ugody z caratem, jego Narodowy Związek Robotników i jego bojówki de facto wspierały carską policję zwalczając bojówki PPS-u i rozbijając barykady w Łodzi. 

Starły się w tej rewolucji prądy polityczne (wtedy skoncentrowane na wyzwolenie klasy lub narodu), które do dziś mają swoje miejsce w bieżących sporach. Jeden reprezentowany przez bardziej radykalne SDKPiL (Socjaldemokrację Królestwa Polskiego i Litwy), który mówił, że najpierw trzeba wyzwolić proletariat, zagwarantować prawa robotnikom, ograniczyć nieokiełznany niczym do tej pory wyzysk klas pracujących, ochronić kobiety (jednym z rewolucyjnych postulatów było na przykład żądanie możliwości odwoływania majstrów molestujących pracownice), a dopiero później myśleć o odrodzeniu państwa Polskiego, na innym już budowanego fundamencie. PPS chciał te procesy prowadzić równolegle, a prawica ponad wszystko stawiała naród i państwo, zmiany socjalne spychając na daleki, niewidoczny w istocie, bo niechciany plan. Na zawsze więc ukształtował się wtedy paradygmat konfliktu lewej i prawej strony sceny politycznej. Dla jednych najważniejsze były i są prawa oraz wolności jednostek oraz grup społecznych, drugim najbardziej odpowiada narracja symboliczno religijna służąca cementowaniu anachronicznego modelu państwa, rodziny i stosunków pracy. Warto wiedzieć, że dopiero w tym czasie, niejako jako wobec wspólnego wroga nastąpił mariaż endecji z kościołem. Kościół miał gotowe antysemickie kalki, a endecy potrzebowali wiecznie mobilizować swoje szeregi. Nic im lepiej nie służyło niż figura Żyda. Wcześniej polski kościół endecję traktował jak heretyków lub pogaństwo. Rewolucja 1905 roku była jednak skrajnie internacjonalistyczna. SDKPiL, PPS i żydowski Bund ramię w ramię, a czasem przemówienie w przemówienie zagrzewały tłum do walki o swoje prawa. Pamiętajmy też, że za początek rewolucji 1905 uważa się 22 stycznia tego roku, gdy rosyjscy kolejarze rozpoczęli strajk, który rozlał się na całą Rosję. Dosłownie stanął cały kraj, nigdy potem, a tym bardziej przedtem świat nie widział tak masowego strajku. Car Mikołaj się przestraszył, obiecał ograniczyć samodzierżawie, powołać Dumę i wiele jeszcze innych rzeczy, z których dotrzymał jedynie niewielką część. Biorąc jednak pod uwagę dotychczasowy ustrój Rosji, której Królestwo Polskie było częścią, był to fakt nie do przecenienie i proces nie do zatrzymania. Do tej bowiem pory jedynym suwerenem w Rosji był Car, kraj był przeżarty korupcją, prawo nie funkcjonowało, wyzysk przekraczał granice biologicznej wytrzymałości ludzi pracujących w fabrykach i folwarkach. 

źródło: Polona

Strajk we Lwowie, źródło: Polona

My z niej wszyscy

Rewolucja 1905 roku zbudowała podwaliny społeczeństwa obywatelskiego, obudziła świadomość mas, wyznaczyła miejsce oświaty i kultury w życiu społecznym, ugruntowała na pokolenia postawy polityczne w tej części Europy, a w Polsce szczególnie. To dzięki niej powstały na przykład zalążki późniejszego Związku Nauczycielstwa Polskiego (pod tą nazwą istnieje od 1930 roku) i Stronnictwa Ludowego, o piłsudczykach nie wspomnę. Dość powiedzieć, że solidarnościowy zryw 1980 roku często określa się jako wynik procesów rozpoczętych w roku 1905. Można bez większego wysiłku znaleźć analogie, porównać struktury protestów, a nawet postulaty strajkujących. Bez rewolucji 1905 roku być może Polski nie byłoby w ogóle.

Post Scriptum

Wiem, że opowieść o tym wydarzeniu brzmi, jakby zakończyło się ono zwycięstwem. Nic podobnego. Fabrykanci upokorzyli robotników lokautem, carat odzyskał oddech i zdusił protesty siłą, a jedyną organizacją, która naprawdę zyskała była endecja żerująca na zmęczeniu narodu ciągłą uliczną i domową wojną obiecując przywrócenie “porządku”. Jednak – jeśli by nawet nazwać rewolucję 1905 roku “czwartym powstaniem” zakończonym klęską, to było to jedyne powstanie po którym, w ostatecznym bilansie, sytuacja Polaków w zaborze rosyjskiem się nie pogorszyła. Zasiany został za to nieusuwalny ferment wolności. I tak już naprawdę na koniec: to dzięki temu zrywowi władze carskie zgodziły się na powstanie Teatru Polskiego w Warszawie (w 1912 roku).

Jacek Sut

O, rozumie tchórzliwy!

Chciałem zacząć od cytatu, przysłowia lub choć powiedzonka, aby temat zagaić i znajduję, że bardzo mi trudno znaleźć związek frazeologiczny, który nie byłby już zupełnie skompromitowany. Co znaczy co? Czym jest w dzisiejszej pisowskiej gadzinowej mowie „wyrównywanie szans”, „demokratyczne reformy”, „gotowość do dialogu”, „wypracowywanie kompromisu”, czy wreszcie „dobra zmiana” lub – czemu nie? – „prawo i sprawiedliwość”? Jak obronić ewangeliczne: „Niech wasza mowa będzie tak – tak, nie – nie”? Operacja, której dokonują działacze PiS, jego zwolennicy i sam prezes polega na ćwiartowaniu związków semantycznych toporem. Kaczyński z mowy czyni narzędzie dezorientacji, zasłonę dymną i gaz bojowy zarazem. W jego ustach słowa mają moc rozbijającą struktury, anihilującą dotychczas znane związki i odniesienia. Jest jak Grima Gadzi Język z Władcy Pierścieni sączący Polakom do ucha kłamstwa i przedstawiający opisy nieistniejącej rzeczywistości. Wszystko może znaczyć wszystko, najczęściej znacząc swoje przeciwieństwo. Skąd wziąć motywację i siły do walki o odzyskanie odpowiednich do rzeczy słów (Słowacki).

Mleko się rozlało.

Inteligencja (przestraszona i prawdziwa) siedzi wycofana w swych boksach. Z wdzięcznością przyjmuje zaproszenia do dyskusji tusząc, że kaganek nieść trzeba choćby miał tylko rozświetlić parchatą mordę rozmówcy. Zamiast zostawić prostactwo jego plebejskim uciechom legitymuje je swoją obecnością. Wchodzi w dyskusję z naukowcami od parówek i nie opuszcza towarzystwa, nawet gdy ktoś jawnie obłudnie i bezczelnie przeinacza fakty. Przeszkadza w tym mieszanina tchórzostwa i wynaturzonego poczucia misji, która w znakomitej większości jest figowym listkiem kryjącym konformizm i lenistwo.

Daliśmy sobie wmówić dwie rzeczy. Po pierwsze, że wiedza, oczytanie, krytyczne myślenie oraz otwartość światopoglądowa nie idą w parze z zasługą, a wręcz stoją jej na przeszkodzie. Po drugie, że ci wszyscy, którzy swą edukację zaniedbali, pozbawieni wiedzy i refleksji, odcięci od kulturowych korzeni (głównie na własne życzenie), ci głupi po prostu godni są współczucia, szacunku i troski. Trudno jednak bezkrytycznie, choćby ze względu na samą konstrukcję krytycznego myślenia, uznać, że fakt, iż wiem więcej ma być pretekstem do kary, jaką mi za moją „wyższość” prosty lud, w postaci szyderstwa i ekonomicznej opresji, wymierza.

Trujące młodopolskie mity i pozytywistyczne kalki.

Utopiona w rydlowskie idee, żywo pamiętająca Wyspiańskiego, „Siłaczkę” i Doktora Judyma, inteligencja polska pochylała się nad „maluczkimi” przy okazji grupowo ignorując fakty. Programowo nie zauważano intencjonalnego barbarzyństwa, duchowego lenistwa i deprawującego tchórzostwa intelektualnego u większości tych, którym życie „nie dało szansy” na wykształcenie, nad którymi lano krokodyle łzy, że nie dane im było posmakować Norwida, Bułhakowa czy Kafki, bo gdyby tylko zaznali tych rozkoszy doznaliby oświecenia i przemiany. Warto zapytać jak to się stało, że pogarda dla miernoty przerodziła się w jej kokietowanie („Pon się boją we wsi ruchu. Pon nos obśmiwajom w duchu” – St. Wyspiański). W imię idei nadstawiania policzka i unikania walki metodami niegodnymi ludzi kulturalnych chowaliśmy pod kloszami cymbałów i bezczelnych idiotów ufając w ich dobre intencje, żeby w efekcie wyhodować całe kolonie śmiercionośnych pasożytów. Sami zrezygnowaliśmy z piętnowania ignorancji i obskurantyzmu jako w dyskusji dyskwalifikujących, zbyt brutalne nam się wydawało tępienie chamstwa w towarzystwie. Brak oczytania z rzeczy wstydliwej stał się seksownym dodatkiem do fitnessu. Nie potrafiliśmy odwrócić się plecami do aberracyjnych obsesji ćwierćinteligentów w białych kołnierzykach, którzy w nagrodę rozjeżdżali nam trawniki i stopy coraz droższymi autami. Przestaliśmy używać języka do komunikowania niezgody na tandetę. O ile w rodzinie było to w miarę wybaczalne, choć równie niszczące, to na ulicy, na uczelni, w telewizyjnym studio lub w przeszklonym open-space nowoczesnego biurowca milczenie wobec rozlewającego się głupstwa okazało się kiełbasianym jadem, sarinem sączonym na redakcyjnych kolegiach i w korporacyjnych siłowniach. W którymś momencie brak wiedzy, ignorancja i tupet stały się więc orężem nuklearnym, bronią ostateczną. W starciu z pyskatym głupkiem jego niewiedza dawała mu immunitet. Jeśli nie rozumiał on świata, ani tematu dyskusji, to dla świata i tematu tylko gorzej. „Nie jestem prawnikiem, ale tu nie trzeba wybitnej prawniczej wiedzy…”, „Nie jestem pilotem, ale…”, „Nie widziałem filmu, lecz…”, „Choć nie znam się na fizyce, to sądzę…”. Czy może z mojej branży: „To dla widza za mądre”, „Widz jest debilem” aż po słynne „Czarny lud to kupi”. Obezwładniający tupet barbarzyństwa i ostentacyjnej ignorancji rozbił w pył wszystkie publiczne dyskusje. Bezwstydny obskurantyzm usprawiedliwiał, a nawet przewrotnie prowokował obezwładniające idiotyzmy, a nawet podłości. Nauczyliśmy się żyć z tym paradoksem. Lepiej, wygodniej i korzystniej stało się nie wiedzieć i głośno odmawiać płynącego z wiedzy pożytku. Odwrócono mechanizm aspiracyjny, bowiem aspirowanie zwyczajnie przestało się opłacać.

Głównym celem tej trucicielskiej operacji była przede wszystkim odwaga. Sam tchórzyłem łykając język, więc wiem, co mówię. Ustępowałem wtedy, gdy mój szef czy szefowa, w kompromitujący sposób używali niezrozumiałego dla siebie słownictwa lub propagowali wiedzę wartą „wyndliny koci, co na oknie” („Ślub” – W. Gombrowicz). Ustępowałem, gdy krzywda się działa rozumowi i moralności w imię zwiększania „szerów” i „rejtingów”. Łykam dzisiaj ropuchy wstydu i obecne tryumfy barbarzyństwa mnie dziwić nie powinny. Sam bowiem przykładałem do tego rękę. Milczeć wobec podłości jest podłością i tyle.

Kaczyński wykonuje „gnypalską” (Witkacy) operację na narodzie. Ogarnięty jest mózg jego mieszaniną pragnień i żądz. Jak cienka między nimi granica, pozostawiam wyobraźni. Mówiąc „A” zdaję sobie sprawę, że trzeba powiedzieć też „B”: Jeśli ktoś wyznaje smoleńską religię lub cieszy się z oszukańczych praktyk w Sejmie jest albo podły, albo głupi. Tertium non datur. Czas zacząć to mówić głośno. Czas wrócić do mechanizmów bezwzględnego wykluczania chamstwa z debaty, czas uwolnić pogardę dla zła i ignorancji, a już na pewno nie fryzować jej na współczucie. Czas zamiast się wiecznie pochylać i podawać rękę do kąsania, wskazywać kierunki i rozliczać z postępów, a jeśli tego mało, to trzeba odważnie odwrócić się plecami i wyjść z pomieszczenia, choćby to był gabinet prezesa. Trzeba też mieć świadomość, że to nie koniec, że mogą przyjść nam do rozstrzygania spory, w których wszystkie decyzje będą tragiczne. Jeśli jednak inteligencji zabraknie odwagi, to czeka ją, być może już nie tylko symboliczna, rzeź.

Jacek Sut

Serialowe rozrywki

Będzie o Netfliksie. Po odbębnieniu i opłaceniu frycowego za zgody na “promocje” w kablówce zrezygnowałem ze wszystkiego, co dało się z listy moich płatności usunąć. Decydowały potrzeby rodziny, serial tu, serial tam oraz wciąż jednak sztywna oferta kablówek wciskająca nam rzesze kanałów, których nie chcemy lub nudnych jak flaki z olejem po prostu. Kiedy rachunek zmalał 50%, to połowę z tego przeznaczyłem na wykup Netfliksa na dwa ekrany (mogą dwie osoby jednocześnie na tym samym koncie oglądać coś innego).

Breaking Bad

Najpierw mnie zatkało. Przez pierwszych kilka dni wędrowałem po platformie usiłując poustawiać jakoś priorytety oglądania. Najpierw skończyłem “House of Cards” i tu mnie spotkało pierwsze zaniepokojenie bowiem ostatniej serii na trzeźwo nie dało znieść. Potem odpaliłem serial, na który namawiał mnie mój syn. Następny tydzień spałem po 2-3 godziny, ale obejrzałem całość niemal longiem.

Co mogę powiedzieć o Breaking Bad? Niestety kino amerykanskie, nawet jak usiłuje wyłamywać się z dramaturgicznych schematów, robi to w sposób schematyczny, więc czasem zwyczajnie sie nudziłem czekając na oczywisty zwrot akcji. Jednak rzeczą, która mnie najbardziej uwierała była monotonia bohaterów. Wszystkie epizodyczne postacie przechodziły jakąś ewolucję, przeobrażenia, a główni bohaterowie trwali jak zawieszeni w galarecie, nieznośnie przewidywalni, impregnowani na okoliczności, upływ czasu i rozwój akcji. Scenariusz jednak wymagał turbulencji, wątki się zagęszczały, w którymś momencie nawet (jak u Huxleya w Niewidomym w Gazie) z nieba na bohaterów spadły krwawe szczątki i… w zasadzie niewiele to dało. Pomiędzy tym, jacy byli Walt i Jesse, a tym, co robili, rodził się jakiś myślowy i emocjonalny skrót. Jakby twórcy chcieli oszczędzić nam czasu, żebyśmy za długo nie musieli rozgryzać naszych bohaterów. Szast – prast!

Koniec końców jednak dotrwałem do finałowej sceny. Generalnie było warto i serial, mimo wszystko, polecam.

Błędny rycerz

Przygoda z Breaking Bad nauczyła mnie ostrożności, bowiem wiele zarwanych nocy odbiło się na moim zdrowiu. Każdy następny tytuł, którego nie znałem, macałem bardzo ostrożnie. Tak odstawiłem Narcos, opowieść o dobrej Ameryce i jej dzielnych antynarkotykowych kowbojach w walce z socjopatycznym mafioso. Tymczasem Pablo Escobar nie wyrósł z zepsutego bogactwem zachodniego świata, ale z biedy i nie była to postać jednoznaczna. Nie mogę jednak narzekać, za kilkadziesiąt złotych miesięcznie mam dostęp do oferty, której nie sposób przerobić, a jest na każde zawołanie, w podróży i pod kołdrą.

Z drugiej strony jeśli poszukujecie czegoś więcej niż sprawnie zrobione i zawodowo zagrane kino, to amerykański sznyt może zacząć męczyć. Tak się stało ze mną.

Ostatnia próba

Z dużym zainteresowaniem przeczytałem, że Kiefer Sutherland wystąpił w serialu Designated Survivor, podobnie interesujący wydawał mi sie opis serialu. Lubię political fiction podobnie jak wszelkie inne utopie i dystopie (znów wracam do Huxleya) i spodziewałem się namiastki inetlektualnej rozrywki pod hasłem: co by było gdyby?

Obejrzałem trzy pierwsze odcinki. Najpierw uderzyło mnie “miniactwo” aktorów, którzy zamiast grać wciąż robią jakieś miny, unoszą brwi, wywracają oczami jak “odtwórcy” w polskich paradokumentach. Kiefer Sutherland z regularnością przypominajki w smartwatchu na przemian zdejmuje i zakłada okulary. To się tłumaczy, gdy ochroniarz zdradza mu dawny pseudonim jaki miał w Secret Servis – “okularnik”. Od razu zrozumiałem, że tym wahlowaniem szkłami głowny aktor przez dwie godziny przygotowywał mnie, tępaka, na tak doniosłą informację. Drugi sygnał był już dość znajomy; przez trzy odcinki żadnej zmiany w bohaterze, zresztą wokół niego też niewielkie. Sytuacja stoi w miejscu, akcja buksuje jak letnie opony w zimowym błocie, a Kiefer kilkoma grepsami usiłuje oddać hamletyczne rozterki bohatera. To nic jednak w porównaniu z tym, co się dzieje dalej.

zrzut-ekranu-2016-12-03-15-49-58

Propagandowy wzór

Autorzy (bo trudno mi przełknąć wyraz “twórcy”) Smoleńska powinni garściami czerpać z arsenału sztuczek i schematów użytych w tej amerykańkiej wersji równie zmyślonej historii. Powiem krótko: aż się coś w przewodzie gastrycznym podnosi na widok serii scen pokazujących wielkośc narodu amerykańskiego, heroizm i wszechobejmujące, biblijne wręcz człowieczeństwo poszczególnych bohaterów, którzy trudności wielkie, jak utrata całego rządu w zamachu (sic!) jak i małe, jak kłopot ze zjedzeniem rodzinnej kolacji, gdy Ameryka jest under attack rozwiązują wpatrzeni we własne serca i zaszklone łzą oczy, podając szorstkie i pomocne dłonie oraz przynajmniej dwa razy na odcinek wmiast mówić o np. prezydencie USA, CIA czy armii Stanów Zjednoczonych mówią o “prezydencie wolnego świata”, “największej służbie wywiadowczej wolnego świata”, “najpotężniejszej armii wolnego świata” itd. I to zupełnie, nieodwracalnie, zabójczo serio. Czytelność tej propagandy stawia ten serial na równi z z Czterej Pancerni i pies oraz NCIS realizowanymi, jak wiadomo, przy dużym współfinansowaniu armii. Jednak o ile w sensacyjnym tasiemcu uproszczenia są wręcz wskazane, to biorąc się za potężną historię z atomowym konfliktem globalnym na włosku wypadałoby się postarać o przekaz bardziej zniuansowany, żeby nie powiedzieć – rzetelny. Ciężko się znosi korowody patetycznych gestów, rozmyte i nieznośnie sentymentalne sytuacje rozgrywane przez długie minuty w takt podniosłej orkiestracji i zwyczajnie się nie nudzić. W nadziei, że może drugi odcinek odwróci poetykę, albo może trzeci zakpi z dwóch poprzednich doszedłem do mementu, kiedy tylko oglądałem jedynie początki i zakończenia kolejnych scen, resztę przewijając na szybko. W usłudze Netfliksa mamy możliwość przesuwania suwakiem na podglądzie.

W tym kontekście wściekle niedobre efekty komputerowe, a szczególnie “zniszczony” Capitol, który wygląda jakby graficy brali metaamfetaminę w czopkach o kształcie szyszki, już specjalnie wrażenia nie pogarsza.

Zostawiam więc i to “dzieło” i szukam dalej, jak co znajdę, to opiszę.

Jacek Sut

Wakacje w domu na peryferiach

Wydaje mi się, że brak wakacji to luksus, na który nie każdy z nas może sobie pozwolić. Magiczne hasło “Urlop” zobowiązuje. Wcześniej zaplanowany tak, żeby optymalnie wykorzystać darowany nam, przez łaskawego pracodawcę, czas. Planowanie urlopu to wyższa szkoła wtajemniczenia. Ustalić wszystko tak, żeby wypadł w dobrym terminie, wszystkim pasował, ceny nie były za wysokie, znaleźć ofertę, wybrać ofertę, nie zbankrutować, pożyczyć i żeby wszystkim pasowało i żeby pogoda była. Jak widać przy tylu warunkach stres jaki ciąży na organizatorze wycieczki wzrasta, a ryzyko niepowodzenia przedsięwzięcia spędza sen z powiek.

Postuluję więc, żeby czasem pozwolić sobie na luksus niewyjeżdżania. Warunkiem niezbędnym i jedynym będzie wysłanie na wakacje całej rodziny. Zostajemy sami, w uroczym podmiejskim wakacyjnym klimacie i mamy dwa tygodnie tylko dla siebie. Poprzez “tylko dla siebie” rozumiem, że nie zaczynamy remontu dziecinnych pokoi, ani największych w roku porządków! Wiem. Będzie ciężko, ale trzeba się będzie powstrzymać przed porywającym nas szałem robienia wszystkiego dla innych.

Tym razem zróbmy coś dla siebie. Uważam, że nic tak nie dowartościowuje człowieka jak samodoskonalenie. Na początek byle jakie buty i ruszamy rano na 15 minutowy marsz po lesie, jak pójdzie nam dobrze to zaczniemy truchtać. Po paru dniach nie będziemy mogli wyobrazić sobie życia bez porannego maratonu. Jeśli zadbaliśmy już o ciało, pora na umysł. Tu nic nie przynosi większej satysfakcji niż nowy język. Czy to będzie szkoła hiszpańskiego, czy zaniedbany od dawna angielski, a może coś zupełnie nie na temat – chiński? Coś co nas obudzi, pozwoli, że zobaczymy się od zupełnie nowej strony, odkryjemy pokłady geniuszu. Uwierzcie mi, już po paru dniach zajęć będziemy z większą sympatią spoglądać rano w lustro.

Z listy rzeczy, na które zawsze miałam ochotę, a nigdy nie miałam na nie czasu to wypad do biblioteki. Nie ma to jak urok lokalnej czytelni. Te parę minut, które zawsze poświęcą nam panie bibliotekarki żeby porozmawiać o… książkach. To taki wyjątkowy luksus na który mało kogo stać. Poczytać możemy na miejscu, lub wziąć tą jedyną w swoim rodzaju książkę, z kodem paskowym na okładce, do domu. Ja lubię wyzwania więc czemu od razu nie założyć, że na jedną książkę dajemy sobie trzy dni, a w ciągu dwóch tygodni panie z biblioteki będą już same dostosowywały tytuły do naszego gustu. Na koniec trzeba się trochę powygłupiać, czy wspominałam, że nie o wszystkich naszych wyzwaniach musimy opowiadać najbliższym? Szkół tańca jest bez liku, jestem pewna, że to właśnie jest czas żeby odkryć kto rządzi naszym sercem. Samba czy Tango? Tu bez dwóch słów poziom szczęścia ogarnie nas tak, że zapomnimy, że to wakacje, w które przyszło nam pracować. Jednak taniec to nie wszystko. Ostatnio wpadła mi w rękę ulotka zajęć musicalowych! Śpiew i taniec. Tak wiem, w tym momencie rzesza moich czytelników jak to zwykle bywa, wstanie i westchnie; Śpiew! To nie dla mnie. Tu zwyczajowo pada parę anegdot na temat anty-umiejętności znajomej lub znajomego. Błąd polega na zrozumieniu pojęcia śpiewu. Tak jak nie biegamy żeby wygrać maraton, nie uczymy się języka żeby wykładać na uniwersytecie tak też nie śpiewamy żeby zostać Madonną. Śpiew ma w sobie niezwykłą moc wydobywania z człowieka jego lepszej strony.

A po to spędzamy sami urlop żeby odkryć swoje nowe strony więc do roboty!

Te wakacje niech będą o tym, że warto skupić się na sobie. Taka uczta dla duszy i ciała, a potem możemy już wyjechać na zwykły urlop.

A.B.

Zamiast debaty – gierka

Noszę ten temat w sobie już chyba ze dwa lata, co ma świadczyć, że nie jest on owocem dramatycznych, w swej istocie, wydarzeń ostatnich miesięcy, choć muszę przyznać, że właśnie teraz wydaje mi się on paląco aktualny. Z grubsza mamy dwie strony sporu (czasem więcej, ale nie to jest w tej chwili istotne), które zachęcone możliwością zdobycia “lajków” i poklasku wśród telewizyjnej, bądź internetowej gawiedzi, zasiadają obok lub naprzeciwko siebie w obecności dziennikarza, przy którym i dzięki któremu ma się toczyć istotny dla Polski spór.

I zaczyna się zgroza. Na wszelkich możliwych poziomach i płaszczyznach. Niedobory intelektualne i zwykłe chamstwo, to wzorzec i standard. Dziennikarz bezradny w swej indolencji także, a jeśli nie bezradny, to “zbriefowany” na efekt, zadymę i oglądalność. Wszyscy jednak są mniej lub bardziej świadomi, że wózek medialny jest jeden i do tego ciasny, żeby więc z niego nie spaść trzeba się trzymać kilku reguł, z których wymienię tylko najważniejszą: odbijaj póki możesz. Póki odbijasz toczy się gra, wszyscy zyskują, oglądalność w normie. Jeśli nawet z ping-ponga przejdziemy do bójki, to nie bedzie to bynajmniej MMA, a raczej wrestling, gdzie ból jest przerysowany, ciosy czytelne i wyćwiczone, a całość żenująca, pachnąca marną reżyserią. Przepraszam amatorów wrestlingu, ale to cyrk dla koneserów zza oceanu, którego ja nie trawię.

Powiedzmy więc, że to scrabble

scrabble_2

Gra wygląda mniej więcej tak samo za każdym razem. Start następuje po przerwie reklamowej i krótkim zagajeniu dziennikarza/warm-uppera (taki gość, który rozgrzewa publiczność w studio), a potem następuje szybka układanka ważnych słów z wysoko punktowanymi literkami na premiowanych polach. Kto pierwszy, kto sprytniejszy ten szybciej zajmie potrójną premię słowem “hańba” lub “naród”, a gdy to zrobi, to przeciwnikowi raz użyte słówko w repertuaru wytrąca. Nie na zawsze, do nastepnej rundy, gdy będzie można się odegrać np. “Polakiem” lub “Bogiem”. Temat sporu nieważny, drugoplanowy (żeby nie powiedzieć słówka “sort”), ważne są jedynie premie za słówka i literki. Publiczność nauczyła się tej gry, zna jej zasady i jak ten biedny amerykański wielbiciel pseudo zapaśniczej ściemy emocjonuje się przed ekranem jak dziecko.

Prowadzący dziennikarze znają te grę, bo sami ją stworzyli. To cudowna maszynka do robienia ratingów i budowania popularności. Przy czym skoro kolejne rozdanie resetuje poprzednie zupełnie nie ma znaczenia, kiedy i w stosunku do czego wielkich, mocnych, szokujących, ale premiowanych słów się użyło. Raz więc prezydent może być “Komoruskim”, ale za chwilę już Urzędnikiem Godnym Najwyższego Szacunku (po wyborach), raz teczki SB kłamią (w zasadzie JEDNA teczka), a raz stoją na półce zaraz po Piśmie świętym (dwa raz “ś” mi się udało!). To gra bez końca, niewyczerpywalna dopóty, dopóki widz tkwi, tam gdzie ma tkwić, zahipnotyzowany wymianą pchnięć. Tyle, że to wszystko jest jedną, mostrualną ściemą! Nic dziwnego, że często nazywa się dziennikarzy “szczujnią”.

Co począć (“ą” i “ć” w jednym wyrazie – niezły jestem!)?

Nie wszyscy dziennikarze są równie cyniczni, ale rzeczywistość rynkowa mediów nie skłania do przewracania stolika z literkami. Wiązałoby się to ze złamaniem wieloletnich reguł gry, konfuzją rozmówców, pretensjami i pukaniem się w czoło. Może nawet wymuszoną zmianą zawodu dla śmiałków. Trzeba jednak premiować tych, którzy nie odpuszczają, gdy rozmówcy kręcą, odganiają się wyświechtanymi zwrotami i odwracają uwagę od treści pytania. Podziwiać dziennikarzy, którzy nie pozwalają się zbyć tylko służą cytatami i dokumentami na zawołanie. Moją ulubioną formułą ściemy jest: “Nie widziałem tego osobiście, więc nie mogę w tej chwili tego skomentować”, co stosują wszyscy, gdy muszą ustosunkować się do jakiejś partyjnej bredni lub idiotyzmów wygłaszanych przez szefów. Po resecie, przy nastepnym temacie nic nie przeszkadza im potępiać filmów, książek i spektakli, których nie widzieli. W pierwszym przypadku dziennikarz powinien natychmiast ową wypowiedź przytoczyć, a w drugim uciąć dyskusję. Ale wszyscy wolą tak w kółko się kręcić, bo z tego pensje, honory i dywidendy… Dopóki nie przestanie nas zadawalać ten pseudo – dyskurs publiczny, dotąd rządzić nami będą prymitywni manipulatorzy.

Jacek Sut