Czerwiec

Stara prasłowiańska nazwa szóstego miesiąca roku (także czyrzw, czyrw, czyrwotoczyna, czerwotocz). Wywodzi się ona od nazw rośliny i związanej z nią larwy. Ale po kolei.

Czerwiec trwały, niepozorna roślina z goździkowatych, rosnąca na piaskach i ugorach, o zielonkawych kwiatach była zawsze, a zwłaszcza do końca XVI w. bardzo popularna na terenach polskich. Do jej korzeni przyczepiał się owad czerwiec polski. Jego larwy o barwie blado czerwonej wiosną wychodziły na chwilę na powierzchnię ziemi. Wtedy całe wsie ruszały na pola czerwcowe – wykopywano rośliny, ich korzenie otrząsano na rozłożone płachty i z powrotem zakopywano. Zebrane poczwarki suszono na słońcu lub w piecu do pieczenia chleba. I tak otrzymywano bardzo trwały purpurowy barwnik, głównie do farbowania płótna, a zwłaszcza na królewskie płaszcze i suknie zamożnych dam. Malarze sporządzali z niego farby. W Rusi kolorowano nim wódkę i wino, barwiono koniom ogony i leczono różne choroby.

Obfitość czerwca na ziemiach polskich przyczyniła się nie tylko do nadania nazwy okresowi jego pozyskiwania, ale także prawdopodobnie spowodowała, że kolor szkarłatny stał się w czasach Piastów wręcz narodowym.

Uzyskiwany barwnik był wówczas jedynym w Europie. Stał się więc na kilkaset lat naszym największym towarem eksportowym. Droższy i dużo łatwiejszy w transporcie niż drewno, zboże, bursztyn czy sól był sprzedawany na tereny dzisiejszych Niemiec, Włoch, Francji i Anglii. Ważnymi odbiorcami było Imperium Osmańskie i Armenia. Tam stosowano go do kolorowania safjanów (wyprawionej skóry koziej).

Po odkryciu Ameryki handel czerwcem polskim załamał się w pierwszej połowie XVII w. Zastąpiono go bowiem barwnikiem tańszym, a zarazem dającym trwalszą barwę, mianowicie koszenilą z pluskwiaka żerującego na kaktusach (opuncjach) w Meksyku.

Obecnie nazwa “czerw” nadal funkcjonuje jako fachowa nazwa larw niektórych owadów, a pszczelarze od dawna określają tak stadia rozwojowe pszczoły. Stąd także przypuszczenie, że miesiąc pojawiania się czerwi w barciach wziął nazwę właśnie od nich (lub od czasownika czerwić się, czyli lęgnąć).

W medycynie i weterynarii „czerwie chirurgiczne” wykorzystuje się od starożytności do leczenia ran. Na Dalekim Wschodzie czerwie stanowią przysmak i składnik lekarstw.

A tak przy okazji – angielska nazwa miesiąca czerwca (June) to hołd dla rzymskiej bogini Juno, patronki małżeństw oraz kobiet. Jej imię pochodzi od łacińskiego „juvenis”, oznaczającego „młodych ludzi”. Czas ten był bowiem utożsamiany z godami i miłosnymi wybrykami.

Życzę wszystkim Państwu danego czerwca i całych wakacji.

Renata Nowacka

Ścieżka historyczna Józefosławia

LOGO_ścieżkaStowarzyszenie POMYSŁ NA JÓZEFOSŁAW oraz Biblioteka w Józefosławiu w najbliższych miesiącach będą wspólnie realizowały projekt pt.”Ścieżka historyczna Józefosławia”. Projekt ma polegać na opracowaniu ścieżki historycznej ukazującej elementy historii Józefosławia.

Józefosław to dawna kolonia niemiecka o nazwie Ludwigsburg, która powstała na początku XIX wieku w okresie, gdy tereny te były częścią zaboru pruskiego. Obok Józefosławia podobne kolonie powstały m in. w Nowej i Starej Iwicznej. W kolejnych latach tereny te były częścią Księstwa Warszawskiego, a następnie Królestwa Polskiego (w ramach zaboru rosyjskiego). Jednakże ludność pochodzenia niemieckiego pozostawała na tych terenach Józefosławia aż do 1944 r.

W ramach projektu zostaną przygotowane tabliczki informacyjne do umieszczenia przy starych poniemieckich „ostańcach” (wstępnie zidentyfikowano 6 takich domów) oraz 3 większe tablice informacyjne u wylotów głównych ulic z wizerunkami starych map Józefosławia oraz krótkim rysem historycznym.

Projekt otrzymał dofinansowanie z programu Centrum Kultury w Piasecznie ”Inicjatywy Lokalne 2017”.

Dodatkowo, w ramach oddzielnego projektu, Biblioteka w Józefosławiu planuje spacery historyczne po Józefosławiu. Pierwszy taki spacer odbędzie się we wrześniu tego roku.

 

Stowarzyszenie-PnJ_logo

V Dzień Cichociemnych na Ursynowie

Urząd Dzielnicy Ursynów zaprasza podmioty zainteresowane współorganizacją V Dnia Cichociemnych. W szczególności szukamy partnerów takich jak grupy rekonstrukcyjne oraz firmy specjalizujące się w organizacji aktywności o tematyce „militarnej”. Piąta już edycja Dnia Cichociemnych odbędzie się 20 maja br. na przedłużeniu ul. rtm. Pileckiego (przedpole Lasu Kabackiego). Na zgłoszenia czekamy do 30 marca br.

W związku z planowaną 20 maja 2017 r organizacją V Dnia Cichociemnych na Ursynowie. Urząd Dzielnicy Ursynów m.st. Warszawy zaprasza:

1.         Grupy rekonstrukcyjne, organizacje pozarządowe i osoby fizyczne zajmujące się tematyką II Wojny Światowej, do składania propozycji współpracy. Oczekujemy ofert w zakresie działań odwołujących się to tradycji Cichociemnych Spadochroniarzy AK w postaci: rekonstrukcji wydarzeń historycznych, gier terenowych, biegów przełajowych i innych aktywności sprawnościowych, wystaw wyposażenia, umundurowania dawnego i współczesnego, ekspozycji pojazdów militarnych oraz występów o charakterze artystycznym.
Propozycje powinny zawierać precyzyjny opis planowanych działań wraz z wymaganiami technicznymi, organizacyjnymi i finansowymi.
2          Firmy specjalizujące się w organizacji aktywności o tematyce „militarnej” do składania propozycji dotyczących np. organizacji strzelnic wykorzystujących broń pneumatyczną i ASG, gry paintball itp, lub prezentacje i pokazy zmechanizowanego sprzętu wojskowego.
Propozycje powinny zawierać precyzyjny opis planowanych działań wraz z wymaganiami technicznymi, organizacyjnymi i finansowymi.
3          Firmy specjalizujące się w zabezpieczeniu i obsłudze technicznej dużych imprez plenerowych, szczególnie mogące udokumentować doświadczenie w organizacji wydarzeń o charakterze historyczno – militarnym zainteresowane współpracą, proszone są o przesłanie swoich danych kontaktowych i rejestrowych w celu przeprowadzenia procedury rozeznania rynku lub przetargu. Procedura będzie dotyczyć wyłonienia wykonawcy takich usług jak m.in. zabezpieczenie imprezy masowej, zapewnienie plenerowej techniki estradowej i agregatów prądotwórczych, ustawienie namiotów i stanowisk ekspozycyjnych, zabezpieczenie wystawy ciężkiego sprzętu wojskowego, wytyczenie i zabezpieczenie trasy przejazdu pojazdów wojskowych.  Szczegółowa specyfikacja usług zostanie przesłana po ostatecznym określeniu  potrzeb technicznych.

Zgłoszenia przyjmujemy tylko do 30 marca 2017 r. na adres kultura@ursynow.pl. W tytule maila prosimy wpisać  „V Dzień Cichociemnych”.

Zapomniana rewolucja

Studiowałem i pracowałem wiele lat w Łodzi. Jedną z ważniejszych ulic jest tam ulica Rewolucji 1905 roku. Kiedyś myślałem, że nazwa jak nazwa, rewolucja 1905 była dla mnie zwiastunem rewolucji Październikowej, więc nie wgłębiałem się, bo i sympatii we mnie dla tego zrywu było niewiele. Dziś wiem, jak wielki popełniałem błąd.

Gdyby nie rewolucja 1905 roku to… w zasadzie nie umiem sobie nawet wyobrazić. Pod znakiem zapytania stoi w zasadzie cały współczesny ustrój Polski, a nawet Europy. Nie byłoby polskiej niepodległości, nie byłoby potężnego obywatelskiego wzmożenia zakończonego Okrągłym Stołem. Historycy spierają się, czy rewolucja 1905 roku była pierwszą rewolucją, czy może czwartym powstaniem. Jej zdobyczami – mimo klęski samego zrywu – są liczne ustępstwa ówczesnych władz carskich, od poluzowania gorsetu wynaradawiającej szkoły, po większą swobodę zrzeszania się, wtedy powstały pierwsze związki zawodowe, wtedy robotnicy i robotnice Łodzi, Warszawy, Radomia, Sosnowca i wielu innych miast rozpoczęli walkę o lepszy byt, lepszy w znaczeniu nie tylko ekonomicznym, podwyżki płac oczywiście także były ważne, ale lud pracujący domagał się praw socjalnych oraz dostępu do powszechnej kultury i oświaty. Walczono o 6 tygodniowe płatne urlopy przed i po urodzeniu dziecka – dotąd kobiety rodziły niemal przy krosnach lub w fabrycznej hali i po 2-3 dniach musiały wracać do roboty, żądano 8-godzinnego dnia pracy, postulowano żłobki i biblioteki, zaczęto wydawać masowo niezależną prasę, lawinowo wzrosło czytelnictwo. Choć na ulicach lała się krew, niejednokrotnie przelewana w bratobójczych starciach (głównie z endekami), to rosły w siłę partie, dzięki którym powstały kadry późniejszej Polski niepodległej. Liczebność członków PPS na przykład wzrosła ponad 10 razy, z ok 5000 przed rewolucją do ponad 50 000 po niej. Oczywiście PPS „Lewica” i PPS „Frakcja Rewolucyjna” podzieliły później między siebie ten zasób, ale przebudzenia politycznego takiej masy ludzi już nie dało się zahamować. Zapomnieliśmy o tej rewolucji, a przecież z niej wyrosły takie postaci publicystki politycznej i filozofii jak Andrzej Strug, Stanisław Brzozowski czy zupełnie w zasadzie nieodkryta dla Polaków Róża Luksemburg. Krwawe starcia w Łodzi w czerwcu 1905 do dziś nie doczekały się właściwego upamiętnienia. Wszystko zaczęło się od pogrzebu zabitych wcześniej demonstrantów, który spontanicznie przerodził w pochód,  nastepnego dnia spontaniczna manifiestacja została bezpardonowo rozstrzelana przez carską ochranę i wojsko. W rezultacie między 22-gim i 24-tym czerwca ludzie ginęli w starciach na ulicach, ostrzeliwyani przez wojsko lub w bitwach z bojówkami endeckimi.

miodowa-po-wybuchu-bomby

Ulica Miodowa po wybuchu bomby, źródło: Polona

Przebudzenie

Charakter buntu, jego spontaniczność i zasięg (1 maja 1906 roku stały wszystkie ważniejsze ośrodki przemysłowe w Królestwie Polskim) zaskakiwały współczesnych. Wtedy nauczono się czym jest strajk i jaką siłę ma zjednoczony ruch robotniczy. Absolutnym fenomenem były strajki szkolne, w których o godność, możliwość nauki po polsku i zaniechanie drastycznych represji ubiegały się dzieci. Wtedy też łódzcy fabrykanci na zawsze stracili swą twarz zwalniając niemal wszystkich swoich pracowników w ramach lokautu, łamiąc ich ducha głodem przez kilka miesięcy. Kościół wespół z endecją właśnie wtedy po raz pierwszy zaczęli używać retoryki antysemickiej do prowadzenia doraźnej polityki. Dmowski opętany ideą wyzwolenia narodu ponad wszystkimi innymi celami dążył do ugody z caratem, jego Narodowy Związek Robotników i jego bojówki de facto wspierały carską policję zwalczając bojówki PPS-u i rozbijając barykady w Łodzi. 

Starły się w tej rewolucji prądy polityczne (wtedy skoncentrowane na wyzwolenie klasy lub narodu), które do dziś mają swoje miejsce w bieżących sporach. Jeden reprezentowany przez bardziej radykalne SDKPiL (Socjaldemokrację Królestwa Polskiego i Litwy), który mówił, że najpierw trzeba wyzwolić proletariat, zagwarantować prawa robotnikom, ograniczyć nieokiełznany niczym do tej pory wyzysk klas pracujących, ochronić kobiety (jednym z rewolucyjnych postulatów było na przykład żądanie możliwości odwoływania majstrów molestujących pracownice), a dopiero później myśleć o odrodzeniu państwa Polskiego, na innym już budowanego fundamencie. PPS chciał te procesy prowadzić równolegle, a prawica ponad wszystko stawiała naród i państwo, zmiany socjalne spychając na daleki, niewidoczny w istocie, bo niechciany plan. Na zawsze więc ukształtował się wtedy paradygmat konfliktu lewej i prawej strony sceny politycznej. Dla jednych najważniejsze były i są prawa oraz wolności jednostek oraz grup społecznych, drugim najbardziej odpowiada narracja symboliczno religijna służąca cementowaniu anachronicznego modelu państwa, rodziny i stosunków pracy. Warto wiedzieć, że dopiero w tym czasie, niejako jako wobec wspólnego wroga nastąpił mariaż endecji z kościołem. Kościół miał gotowe antysemickie kalki, a endecy potrzebowali wiecznie mobilizować swoje szeregi. Nic im lepiej nie służyło niż figura Żyda. Wcześniej polski kościół endecję traktował jak heretyków lub pogaństwo. Rewolucja 1905 roku była jednak skrajnie internacjonalistyczna. SDKPiL, PPS i żydowski Bund ramię w ramię, a czasem przemówienie w przemówienie zagrzewały tłum do walki o swoje prawa. Pamiętajmy też, że za początek rewolucji 1905 uważa się 22 stycznia tego roku, gdy rosyjscy kolejarze rozpoczęli strajk, który rozlał się na całą Rosję. Dosłownie stanął cały kraj, nigdy potem, a tym bardziej przedtem świat nie widział tak masowego strajku. Car Mikołaj się przestraszył, obiecał ograniczyć samodzierżawie, powołać Dumę i wiele jeszcze innych rzeczy, z których dotrzymał jedynie niewielką część. Biorąc jednak pod uwagę dotychczasowy ustrój Rosji, której Królestwo Polskie było częścią, był to fakt nie do przecenienie i proces nie do zatrzymania. Do tej bowiem pory jedynym suwerenem w Rosji był Car, kraj był przeżarty korupcją, prawo nie funkcjonowało, wyzysk przekraczał granice biologicznej wytrzymałości ludzi pracujących w fabrykach i folwarkach. 

źródło: Polona

Strajk we Lwowie, źródło: Polona

My z niej wszyscy

Rewolucja 1905 roku zbudowała podwaliny społeczeństwa obywatelskiego, obudziła świadomość mas, wyznaczyła miejsce oświaty i kultury w życiu społecznym, ugruntowała na pokolenia postawy polityczne w tej części Europy, a w Polsce szczególnie. To dzięki niej powstały na przykład zalążki późniejszego Związku Nauczycielstwa Polskiego (pod tą nazwą istnieje od 1930 roku) i Stronnictwa Ludowego, o piłsudczykach nie wspomnę. Dość powiedzieć, że solidarnościowy zryw 1980 roku często określa się jako wynik procesów rozpoczętych w roku 1905. Można bez większego wysiłku znaleźć analogie, porównać struktury protestów, a nawet postulaty strajkujących. Bez rewolucji 1905 roku być może Polski nie byłoby w ogóle.

Post Scriptum

Wiem, że opowieść o tym wydarzeniu brzmi, jakby zakończyło się ono zwycięstwem. Nic podobnego. Fabrykanci upokorzyli robotników lokautem, carat odzyskał oddech i zdusił protesty siłą, a jedyną organizacją, która naprawdę zyskała była endecja żerująca na zmęczeniu narodu ciągłą uliczną i domową wojną obiecując przywrócenie “porządku”. Jednak – jeśli by nawet nazwać rewolucję 1905 roku “czwartym powstaniem” zakończonym klęską, to było to jedyne powstanie po którym, w ostatecznym bilansie, sytuacja Polaków w zaborze rosyjskiem się nie pogorszyła. Zasiany został za to nieusuwalny ferment wolności. I tak już naprawdę na koniec: to dzięki temu zrywowi władze carskie zgodziły się na powstanie Teatru Polskiego w Warszawie (w 1912 roku).

Jacek Sut

Moje spotkania z Niepodległą

W czasie ostatniego zebrania członków stowarzyszenia „Nasz Józefosław i Julianów”, Jacek Sut (ten pan z trzeciej strony „Sąsiadów” uśmiechający się zalotnie do reklam), poprosił mnie o kilka osobistych refleksji związanych z Dniem 11 Listopada w Piasecznie. Do dzisiaj nie wiem dlaczego to ja zostałem wpuszczony w ten „lokalny zaułek”, ale widać zaimponowało redakcji, że od dawna mieszkam w Julianowie, że jako historyk mam wiedzę, że moja dziennikarska ręka uzbrojona w pióro ciągle jeszcze nadąża za galopadą myśli, a brzemię noszonych lat wyryte na twarzy, z powodzeniem (według redaktorów) może kojarzyć się ze zbliżającą się setną rocznicą Niepodległości. Niestety, nie czytam w cudzych myślach, lecz te wszystkie scenariusze przyjmuję jako prawdopodobne. Ale teraz do rzeczy.

Otóż kilka miesięcy temu, a było to wczesną wiosną, ogarnęła mnie nagła i nieodparta chęć odwiedzenia Lasu Kabackiego. Droga z Julianowa, jak wiadomo wiedzie nowym deptakiem, a tam w polu mojego widzenia pojawił się taki oto widok: Zamiast krzykliwych wróbelków bijących się na ścieżce rowerowej o psie pozostałości, zamiast watahy buchtujących dzików, co u nas także od dawna jest widokiem normalnym, rzucił mi się w oczy obraz, którego nie spodziewałem się ujrzeć. Otóż nagle zobaczyłem dwóch, dawno nie golonych, wymachujących z podniecenia rękami osobników. Obok leżały najprostsze wykrywacze metali. Cóż, oprócz kamieni, można znaleźć wiosną na kartoflisku za kanałkiem – pomyślałem? Od dawna jestem krytyczny wobec wszystkich domorosłych eksploratorów i dlatego pozwoliłem sobie nieco zaczepnie wyrazić opinię o d…. mamuta i widocznych gołym okiem błędach ewolucji, na co w ripoście usłyszałem grzeczne zaproszenie: choć pan bliżej i sam popatrz. Podszedłem i ten mniej pryszczaty ze słuchawkami, które bez wątpienia zniekształciły w jego uszach sens mojej tyrady, zamiast odnalezionego brakującego ogniwa spajającego proces dziejowy (stąd to podniecenie), położył mi na dłoni zardzewiały kawałek okrągłej wytłoczonej blachy wielkości pięciu złotych. Przyjrzałem się i nagle spoważniałem. Trzymałem autentyczną, wojskową rozetę z otoka czapki maciejówki używanej pod koniec Wielkiej Wojny przez żołnierzy Polskiej Siły Zbrojnej. Zacząłem wygrzebywać z pamięci znane mi fakty. Tak, to przecież żołnierze legioniści utworzyli w lutym 1917 r. Polską Siłę Zbrojną. Po „kryzysie przysięgowym” Józefa Piłsudskiego, w lipcu tego samego roku żołnierze I i III Legionu – ci, co byli bardziej zapatrzeni w swego wodza, zostali internowani w obozach w Beniaminowie i Szczypiornie, zaś II Legion dotrwał u boku państw centralnych aż do połowy lutego roku następnego. Wówczas to, w nocy z 16-go na 17-go, w proteście przeciwko aspiracjom Ukrainy do naszej Chełmszczyzny, popieranym przez Trójprzymierze, żołnierze ci przedarli się pod Rarańczą przez front austriacko -rosyjski i połączyli się z jednostkami polskimi w Rosji. W październiku 1918r. Polska Siła Zbrojna podporządkowana została Radzie Regencyjnej, a w listopadzie tegoż roku, ugrupowanie liczące 9 tys. żołnierzy weszło w skład Wojska Polskiego. Tak to widzą historycy. I oto teraz, w 2015 roku, tu, na józefosławskim kartoflisku czekała na mnie wyjątkowa niespodzianka. Przez chwilę miałem w ręku muzealny eksponat sprzed wieku. Opanowało mnie wzruszenie ale też i niesmak, bo zapewne za chwilę zostanie on sprzedany na najbliższym bazarze.

Teraz następne skojarzenie. Prawie 20 lat temu, bo w 1996r. wraz z małżonką, jako oficer WP i dziennikarz radiowy, a Hanka jako dokumentalistka, udaliśmy się do USA na zaproszenie Hieronima Wyszyńskiego – Komendanta Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce na obchody rocznicy „Dnia Żołnierza”. Tym razem uroczystości zorganizowano w Doylestown, czyli w amerykańskiej Częstochowie. Wspomniane Stowarzyszenie powołali do życia w 1917r. Polacy ze Stanów Zjednoczonych, udający się do Francji do formowanych tam z inicjatywy Romana Dmowskiego oddziałów, nazwanych później Armią Hallera. Po tych kilku faktach refleksja osobista, ale istotna z uwagi na postać Dmowskiego – architekta naszej niepodległości. Moja prababka po kądzieli Marianna Dmowska i ojciec Romana Dmowskiego, Walenty byli krewniakami i pochodzili z tego samego zaścianka szlacheckiego – Dmochy Rogale, leżącego na Podlasiu. A nasi rodacy z Ameryki? Trzeba tu wyraźnie podkreślić, że ich niezwykły patriotyzm (co dzisiaj niektórzy nazywają obciachem) i determinacja w decyzji „rzucenia się przez morze” zaowocowała wskrzeszeniem Polski. Prześladowani przez Brytyjczyków przedzierali się przez blokady morskie, nie zawsze trafiając prosto do Legionów. Natomiast Hallerczycy, jak zapewne pamiętamy, walczyli najpierw w 1919r. w Galicji Wschodniej i na Wołyniu, a w 1920r. część składu armii wcielono do Wojska Polskiego i skierowano do walki z bolszewikami. Błękitną Armię (tak nazywano to zgrupowanie z uwagi na kolor umundurowania), obliczano na 70 tysięcy emigracyjnych żołnierzy, a wśród nich najwięcej, bo ponad 25 tysięcy, pochodziło z USA. Ojczyzna była biedna i zdemobilizowani polonusi po trudach walk frontowych ruszyli w drogę powrotną do USA wyposażeni jedynie w dobre słowo i blaszane krzyże, na których wyryto napis: „Swoim żołnierzom z Ameryki – oswobodzona Polska”. Wstyd się przyznać, bo ja na to żadną miarą nie zasłużyłem, ale w Doylestown w Pensylwanii w czasie uroczystości żołnierskich mnie również wręczono na pamiątkę takie właśnie historyczne odznaczenie, które wśród innych, a mam ich wiele, cenię sobie najbardziej. Oto historia dwóch niepozornych blaszek przypominających polski Listopad. Ta z Józefosławia, widziana zaledwie przez moment, ale dobrze zapamiętana oraz ta ze Stanów, dla której w swym domu znalazłem godne miejsce tuż obok szabli oficerskiej.

I jeszcze trzecia odsłona tego samego spektaklu, może najważniejsza. Warto pamiętać, że Piaseczno również włożyło swój skromny wkład w odzyskanie przez Polskę niepodległości. W parku miejskim przy ulicy Chyliczkowskiej znajduje się mocno podupadły dworek nazywany „Poniatówką”. To tam w listopadzie 1918r. mieścił się posterunek żandarmerii. Ówczesny naczelnik straży ogniowej, z zawodu aptekarz Wacław Kaun, przybył z ekipą na sygnale pod dworek, zagroził Niemcom sikawką, a przerażona załoga opuściła budynek, grzecznie złożyła broń i pod czujnym nadzorem legionisty o nieustalonym nazwisku została dostarczona kolejką dojazdową na warszawski odwach. Od tego momentu także nasze miasto wybiło się na niepodległość. Dzielnego strażaka, z wdzięczności za skuteczną akcję rozbrajania, po dwóch dniach wyniesiono na urząd burmistrza Piaseczna.

Na tym właściwie można by zakończyć opis tych wydarzeń, pomyślnych dla wspomnianego włodarza i grodu nad Perełką, ale niestety tragicznych dla „Poniatówki”. Burmistrz zmarł w 1926r. i ma święty spokój, natomiast historyczny dworek, choć popadł w ruinę, jakoś nie zechciał się do końca rozpaść. Może więc starostwo powiatowe przypomni sobie o swych właścicielskich powinnościach i przed setną rocznicą odzyskania niepodległości postara się o unijne fundusze, dołoży swój koalicyjny grosz i ruszy zabytkowi z odsieczą? W Piasecznie przecież brakuje prawdziwego muzeum. Poruszony sytuacją wołam w ślad za księdzem Kamińskim, „niegdyś kawalerem wielkiej fantazji” z „Trylogii” Henryka Sienkiewicza: Na Boga, Panie Starosto! Larum grają, „Poniatówka” w niebezpieczeństwie… A Ty się nie zrywasz. Czemu milczysz? Konceptu Ci chyba nie brakuje! Ratuj obiekt!!! Historia zaniedbania nie wybaczy.

Jan Romuald Krzyżewski

Żelazny Feliks i jego brat Władysław

W tej krótkiej notce, chciałbym przypomnieć, że Feliks Dzierżyński był jednym z dziewięciorga rodzeństwa, spośród których najbardziej zanym jest oczywiście sam “krwawy Feliks”, założyciel sowieckiej bezpieki, ale w moim odczuciu, najbardziej interesującym jest młodszy od niego Władysław, gdyż jego biografia nadaje się do ekranizacji, a on sam dokonał żywota rozstrzelanym przez Niemców przy drodze z Łodzi na Ozorków za to jedynie, że był Dzierżyńskim, a do tego polskim przedwojennym oficerem i naukowcem. Warto też wspomnieć o siostrze ich obu, Aldonie, której przedwczesna śmierć bardzo mocno odbiła się na psychice Feliksa, była to bowiem jego ukochana siostra. Być może to zaważyło na charakterze, egzaltacji i porywczości późniejszego kata i rewolucjonisty. Rodzice – Edmund Rufin Dzierżyński i Elena Januszewska byli polskimi dworzanami, widniejącymi w spisie rodów okręgu Mińskiego. Nazwisko pochodziło od miejscowości Dzierżynowo w okręgu Wileńskim. Wszystkie dzieci Dzierżyńskich, te którym udało sie dorosnąć, uczyły się wybitnie – z wyjątkiem krnąbrnego i ledwie “trójkowego” Feliksa. Władysław na przykład, niczym doktor Żiwago, udał się nawet na dobrowolną “zsyłkę” z prestiżowej moskiewskiej kliniki do prowincjonalnego szpitala psychiatrycznego w Byraszewie, gdzie postanowił na własnej skórze sprawdzić jak się leczy psychiatryczne i neurologiczne przypadki w terenie oraz zdobyć rzeczywiste lekarskie szlify.

Biografia Władysława jest naprawdę tematem na film. Mimo ponawianych zaproszeń z Moskwy, zdobył sławę prowincjonalnego lekarza oraz tytuł naukowy, a potem zasłużył się ogromnie Charkowowi, gdzie przyczynił się do powstania szpitala i katedry neurologii na tamtejszym uniwersytecie. W tym czasie (1913) jego starszy brat Feliks miał już za sobą niejedną odsiadkę, którą poprzedzały lata gorliwej, fanatycznej wręcz religijności, a w czasie której rozwinęła się u niego gruźlica. Na gruźlicę zresztą zmarł także ich ojciec. Kiedy wybuchła rewolucja “krawego Feliksa” głosy krytyki nadchodzących porządków doprowadzały do furii, nie był skłonny przebaczyć nawet rodzonemu bratu. Władysław przeniósł się wtedy już do Jekatierynosławia (dziś Dniepropietrowsk), gdzie powstawał uniwersytet, na który go, rzecz jasna, od razu zaproszono. Młodszy brat prawej ręki Lenina nie miał złudzeń, komu Rosja zawdzięcza klęskę w Wielkiej Wojnie (1914-1918) i upadek, więc nie szczedził głośnej krytyki bolszewikom. Miał jednak dodatkowego pecha, gdyż w Jekatierynosławskim okręgu CzeKa miało za wsparcie wyjątkową sadystkę i zbrodniarkę – Konkordię Samojłową (po mężu Gromową). Wysyłała ona ludzi setkami na śmierć, co dało jej przydomek “krwawej furii”. Feliks ostrzegł brata, a w zasadzie mu zagroził, że jeśli nie zamilknie, to marny jego los. Brat w odpowiedzi odpisał mu ponoć tak siarczyście, że tylko kilka dni czekał na aresztowanie. Gromowa wydała wyrok, Feliks go podpisał, ale Władysława nie stracono z powodu wstawiennictwa… Lenina. Nie wiemy dokładnie dlaczego wódz rewolucji ocalił młodszego Dzierżyńskiego. Mówi się, że sam pochodził z licznej rodziny i więzy krwi były w jego życiu niezwykle istotne. Dość powiedzieć, że (i to na papierze!) rozkaz brata przeciwko bratu Władimir Iljicz odwołał.

Władysław jednak wniosek z tego wyciągnął taki, że następnym razem czekać na CzeKa nie będzie. Jeszcze w 1920 udało mu się zostać rektorem uniwersytetu, jednak w 1922 roku, kiedy stało się jasne, że bolszewicy będą rządzić latami, wyjechał do… Polski. I tu zaczyna się kolejna odsłona tej fantastycznej biografii. Został wcielony do rezerwy Wojska Polskiego, nie brał udziału w walce, był  lekarzem wojskowym. Dosłużył się stopnia pułkownika i jeszcze przed II Wojną Światową wrócił do kariery naukowej. Zajmował się badaniami neurologicznymi w jednym z łódzkich szpitali i wydał pierwszy w Polsce podręcznik neurologii. Za swą służbę i pracę otrzymał Złoty Krzyż Zasługi.

W czasie okupacji mieszkał w okolicach Zgierza. W 1942 roku wpadł w łapy gestapo, które ustaliło jego tożsamość i jeszcze w tym samym dniu, wraz z grupą 100 Polaków wykonało na nim wyrok śmierci przez rozstrzelanie. Tak oto, uciekając przed bratem doktor Władysław Dzierżyński dotarł do Polski, gdzie dokonał żywota przy drodze na Ozorkow za to jedynie, że nosił swego brata nazwisko.

[za koznakovsky-uezd.org]

Jacek Sut

Edmund i Jelena Dzierżyńscy  Krawy Feliks Konkordia GromowaWładysław Dzierżyńskimiejsce kaźni pod Ozorkowem