Okiem grafika

Niewiele rzeczy na świecie potrafi inspirować tak, jak robi to wyobraźnia dziecka. O tym, dlaczego warto z niej korzystać i w dorosłym wieku oraz czym jest praca dla dzieci i z dziećmi opowiada Piotr Karski – grafik, projektant, autor i ilustrator książek dla dzieci, rodzinnie związany z Julianowem.

Co wpisujesz w rubryki ,,Wykształcenie” i ,,Zawód wykonywany”?

Wykształcenie: Grafik – projektant. Skończyłem grafikę na warszawskiej ASP, specjalizacja projektowanie graficzne i projektowanie książki.

Zawód wykonywany: Projektowanie książek dla dzieci, choć lepiej pasowałoby „książkorób”, bo niektórzy rozumieją przez projektowanie samo tworzenie projektu graficznego, a ja zajmuję się robieniem książek w szerszym znaczeniu.

Ostatnie Twoje dwie książki ,,W góry!” i ,,W morze!” były przez Ciebie wymyślone, napisane i narysowane. Skąd taka potrzeba?

Pierwsze powstały „W góry!”. Z pomysłem na książkę wyszło Wydawnictwo Dwie Siostry z którym współpracuję odkąd skończyłem Akademię. Wydawczynie poprosiły mnie o stworzenie edukacyjnej książki aktywnościowej o górach. Wakacje najczęściej spędzam na górskich ścieżkach. Tam też powstawały pierwsze szkice do książki. Na szlakach nie raz słyszałem pytania dzieci i obserwowałem zakłopotanie rodziców, którzy szukali na nie sensownych odpowiedzi. Książka miała ten głód wiedzy zaspokoić, ale nie w podręcznikowym stylu. Wymyśliłem ponad 100 aktywności, które w formie zadań plastycznych, gier i eksperymentów przybliżają dzieciom wiedzę o górach poprzez zabawę. Już na etapie powstawania książki zainteresowały się nią wydawnictwa zagraniczne i szybko stało się jasne, że powstanie też książka o morzu. Dziś obie książki wydane są w kilku językach, tłumaczą się na kolejne (w tym nawet na chiński!). W Polsce i w Austrii „W Góry!” nominowana była do tytułu Książki Popularnonaukowej Roku.

Są to książki przedstawiające bardzo szeroką wiedzę o górach i morzu. Oprócz plastycznych pomysłów, potrzebna była także ogromna wiedza merytoryczna. Jak przygotowywałeś się do pracy nad tym materiałem?

Praca nad każdą z książek trwała pół roku, z czego mniej więcej połowę czasu zajęło mi właśnie przygotowanie merytoryczne. Chciałem pokazać góry i oceany poprzez ich zoologię, botanikę, ekologię, geologię, kulturę – to wszystko brzmi bardzo poważnie, ale kluczowe było stworzenie lekkich i humorystycznych zadań opowiadających o tych wszystkich kwestiach. Oczywiście nie jestem naukowcem, specjalistą w tych dziedzinach, więc musiałem sam bardzo dużo się nauczyć. Czasem tworząc z pozoru proste ilustracje napotykałem na poważne wątpliwości. Na przykład wymyśliłem grę w dzięcioła i korniki poprzez którą opowiadam o niesamowitym życiu tych chrząszczy, którym politycy zrobili ostatnio bardzo czarny PR. Na ilustracji pojawiają się otwory wentylacyjne, które mama kornik wierci co jakiś czas w chodniku macierzystym, żeby larwy mogły od wyklucia się oddychać świeżym powietrzem. W opracowaniach dotyczących kornika drukarza, do których dotarłem, nie znalazłem jednoznacznej odpowiedzi jak mama rozmieszcza te otwory. Tu z pomocą przyszli mi naukowcy z wydziałów leśnych (często autorzy opracowań, które czytałem). Napisałem do kilku, bo myślałem, że raczej nikt nie będzie zawracać sobie głowy jakąś książką dziecięcą – odpowiedzieli wszyscy! Takich sytuacji było więcej. Za każdym razem spotykałem się z dużą życzliwością naukowców. Każda z książek była też skrupulatnie weryfikowana przez świetną redaktorkę z wydawnictwa, na tym etapie ponownie potwierdzaliśmy wszystkie fakty. To książki przede wszystkim do zabawy, ale ich wartość merytoryczna musi być bez zarzutów. Edukacja to odpowiedzialne zajęcie.

Wiem, że prowadzisz warsztaty plastyczne dla dzieci w oparciu o te opracowania. Skąd pomysł na takie zajęcia?

Spotkania autorskie, na których robię dzieciom rysunkowe dedykacje są fajne, bo spotykam swoich czytelników, ale jeszcze fajniej jest z nimi podziałać. Jest to dla mnie też chwila oddechu, okazja do kontaktu z ludźmi w różnych częściach świata. Robienie książek to samotnicze zajęcie. Tworząc książkę wchodzę tak głęboko w dany temat, że potem stworzenie scenariusza warsztatów do tej książki przychodzi mi z łatwością. Potrzeba też trochę zdolności aktorskich, żeby dzieci weszły w tę opowieść i przez 60-90 minut bawiły się w górską czy morską wyprawę pełną przygód. Ostatnio staram się trochę ograniczyć liczbę tych zajęć, bo to jednak bardzo energochłonne zajęcie.

A w ogóle do czego potrzebna jest dzieciom nauka plastyki?

Wydaje mi się, że nauka plastyki powinna uwrażliwiać dzieci na ich otoczenie i uświadamiać, że mają na nie wpływ. Stół przy którym siedzą, łóżko w którym śpią, dom w którym mieszkają, rower którym jeżdżą, obraz który wisi w pokoju czy książkę którą czytają i oglądają – wszystko to ktoś wymyślił, narysował, zbudował, skonstruował, dobrał materiały, kolory, litery. Jeśli dzieci będą wrażliwe na te kwestie będą bardziej świadomie patrzeć na swoje otoczenie, będą je lepiej rozumiały i bardziej świadomie kształtowały w przyszłości.

Czy zaproponowałbyś jakieś zmiany w podejściu do tej edukacji najmłodszych nam, dorosłym?

Zaproponowałbym skupić się na zadaniach praktycznych. Zamiast malować na lekcji plastyki 25 identycznych misiów, wg narzuconego z góry przepisu zbudować wspólnie karmnik czy budkę dla ptaków, porozmawiać o użytych materiałach, zastanowić się czego potrzebują jej użytkownicy. Zastanowić się jaki problem w otoczeniu mnie irytuje – np. psie kupy na trawniku i stworzyć ulotki czy plakaty namawiające sąsiadów do ich sprzątania, porozmawiać o tym jak działa dobry plakat, a jak nachalna reklama.

Jak odbierasz obecny Julianów oczami grafika?

Julianów, to przyjemna, spokojna, zielona okolica. Większość domów powstała wg spójnych planów, które uchroniły okolicę od pstrokacizny materiałów elewacyjnych charakterystycznej np. dla okolic Piaseczna. Przeszkadzają mi wszędobylskie ogrodzenia, ale to ogólnopolska specyfika i chyba minie jeszcze sporo czasu nim przestaniemy się tak bardzo grodzić. Na szczęście w miastach osiedla fortece powoli odchodzą do lamusa.

Co możemy my sami, mieszkańcy, poprawić we wspólnej estetyce wokół nas?

Myślę, że dobrze by było namówić właścicieli reklam – banerów do bardziej wysublimowanej formy reklamy. Skuteczność reklamy nie tkwi w jej rozmiarze, a w dobrym pomyśle.

Z Piotrem Karskim rozmawiała Renata Nowacka

 

NIE BRALI W KAMASZE, WIĘC GRAM

Rozmawiamy ze Stanisławem Biczysko, aktorem mieszkającym w gminie Lesznowola, który ma za sobą ponad 40 lat pracy w teatrach w wielu miastach w Polsce.

Jak to się stało, że wybrałeś aktorstwo?

W czasach, kiedy zdawałem do Szkoły Teatralnej po studiach był powszechny obowiązek służby wojskowej przez rok. Jako że nie chciałem posiąść sztuki zabijania ludzi, wybrałem uczelnię, po której do woja nie brali. Poważnie jednak mówiąc – z tym wojskiem to tylko pół prawdy, druga połowa to zainteresowanie poezją i człowiekiem, który się za poezją ukrywa. Dzieła sztuki, nie tylko pisanej, ale również muzyka, malarstwo są zawsze jakimś rebusem, tajemnicą, komunikatem, który trzeba dopiero odszyfrować, przymierzyć do własnego świata, własnej wrażliwości i wiedzy. Jeżeli postrzeganie jest funkcją wiedzy to, z całą pewnością, zrozumienie jest funkcją wrażliwości. Po to są szkoły, żeby się uczyć. Więcej wiesz – więcej rozumiesz, a fajnie jest rozumieć. W sumie to bardzo proste, by nie rzec, banalne, jednak kiedy ponad czterdzieści lat temu wybierałem tę drogę, decyzja była wynikiem przeczucia, a nie rozumowej kalkulacji.

No i nie brali w kamasze.

Nie.

Jak wyglądał Twój zawodowy debiut?

Nie wiem, nie było mnie na widowni. A tak na serio – pomijając czasy szkolne – pierwszy raz na scenę zawodowego teatru wszedłem ,,zastępczoˮ w teatrze jeleniogórskim. Była to sztuka w reżyserii Krystiana Lupy ,,Życie człowiekaˮ Andrejewa. Próbowałem w niej grać zdegenerowanego alkoholika w stanie ciężkiej neurozy. Na szczęście na scenie, jak to często u Lupy, było dość ciemno.
Następną premierą był ,,Androkles i lewˮ w reżyserii wielkiego Henryka Tomaszewskiego, tego od pantomimy. Magistra sztuki dostałem za Konrada w ,,Dziadachˮ, a potem poszłooo!!! Kilka lat temu zagrałem Leara w ,,Królu Learzeˮ i właściwie powinienem już raz na zawsze taktownie zejść ze sceny, niestety z dobrym zachowaniem zawsze miałem kłopot, więc ciągle jestem.

Kiedy aktor jest twórcą?

Raczej, kiedy BYWA twórcą. Niektórym się to nigdy nie zdarza, a jeśli już to jest to zwykle splot nieokreślonej ilości zdarzeń. To trudne pytanie o efekt motyla.

Czym jest rzemiosło w Twoim zawodzie?

Zestawem umiejętności, niezbędnikiem, który pozwala pobierać opłaty od ofiar na widowni. Praca aktora, wyjąwszy monodramy, jest pracą zespołową, rzadko się zdarza, że wszyscy aktorzy są w świetnej dyspozycji i ,,twórczymˮ natchnieniu. Najczęściej jedna lub parę osób jest w gorszej formie; bo mąż się nie odzywa, żona strzela fochy, dziecko choruje lub boli ząb. I wtedy przydaje się warsztat. Można ,,zreferowaćˮ rolę tak, żeby nie psuć efektu całości i pracy innych. Elementem warsztatu jest zdolność odtwarzania i zapamiętywania sytuacji scenicznych, zarówno tych widocznych, dotyczących akcji i sytuacji, jak i (co ważniejsze) uwarunkowań psychologicznych (psychicznych?), które nakręcają działanie osoby na scenie. Konstanty Stanisławski, wielki teoretyk i praktyk teatru, opisał tę sferę określając ją mianem warsztatu wewnętrznego aktora. Oczywiście warsztatem jest również dykcja, głos, umiejętność śpiewu, sprawność fizyczna, wyczucie formy i wiedza. Wszystkie te elementy są jednak środkiem, który służy przekazywaniu energii z głowy do głowy i z serca do serca, ale to jest teoria trochę dłuższa, bardziej złożona i żeby skomplikować – nie jedyna.

Co zadecydowało, że zamieszkałeś tutaj? I co Cię tu trzyma?

Ziemia była tania, a mieszkanie w centrum małe i żona uparta, poza tym zbudować dom to jak zasadzić drzewo albo i coś przyjemniejszego. Polacy, jak sama nazwa wskazuje, są z ,,polaˮ. Jako człowiek od dziecka ,,miejskiˮ chciałem doświadczyć w sobie Polaka, więc doświadczam.

Co chciałbyś zmienić tu i teraz? I jak byś to zrobił?

Wnioskując z profilu pisma chodzi pewnie o „tu” pod Piasecznem? Rozluźniłbym rodaków, rozweselił, rozjaśnił, „uuprzejmił”, ugrzecznił, spolszczył językowo, „umentalnił” światowo, wzbogacił, uzdrowił i założył porządny teatr, który dałby się kochać i w którym chętnie bym zagrał. Tymczasem ze zdumieniem zauważam, że w Piasecznie nie ma ani jednej sali, w której dałoby się zrealizować, choćby kameralne, przedstawienie w nazwijmy to, teatralnych warunkach. Czasem się zdarza, że w któreś gminie buduje się salę widowiskową, ale inwestorzy nie konsultują swoich działań z praktykami i wychodzą z tego niefunkcjonalne, z punktu widzenia sztuki scenicznej, przestrzenie. Zarządzanie kulturą to wielka sztuka, a zarządzanie sztuką wymaga wielkiej kultury.

Rozmawiał Jacek Sut

fot.archiwum Stanisława Biczysko

Czasy się zmieniają

Rozmowa z Jakubem Poradą, mieszkańcem Mysiadła, dziennikarzem i reporterem telewizyjnym od lat związanym z TVN24.

Jacek Sut: Jak długo tu mieszkasz? I jak tu trafiłeś? Dlaczego?

Jakub Porada: 16 lat. Jak większość przyjezdnych do Warszawy przez kilka lat wynajmowałem kawalerkę, żeby po jakimś czasie dojść do wniosku, że lepiej spłacać swoje mieszkanie. Na Sadybie znalazłem siedzibę firmy Intrakt, która budowała nieruchomości w Nowej Iwicznej i zdecydowałem się z żoną, że zamieszkamy w tej dzielnicy. Co prawda okazało się, że mimo dobrych recenzji, deweloper zbankrutował i na plac budowy wkroczył syndyk, ale udało się jakoś uratować lokal. Zaczęło się zatem dramatycznie, ale dziś wspominam to jako koszmar z przeszłości.

Ile razy w życiu się przeprowadzałeś? Co teraz o tym myślisz? Co jest dobrego, a co złego w takiej „migracji”?

Warszawa to czwarte miasto, w którym mieszkam, po rodzinnych Kielcach, Gliwicach, w których grałem jako aktor w teatrze, i Katowicach, w których kończyłem z kolei studia i zacząłem pracę w telewizji. Przeprowadzki to nic złego. W Warszawie pojawiłem się jako 30-latek, po wygranym castingu na prezenterów i dziennikarzy TVN24. Miałem jedną walizkę i zaczynałem od początku. Mimo to, uważam, że zmiana miejsca potrafi działać mobilizująco. Daje energię i zapobiega gnuśnieniu.

Kiedy poczułeś się tu „jak u siebie”? Po czym to poznałeś?

Wydaje mi się, że ja zawsze czułem się tutejszy. Początkowo chciałem mieszkać w Warszawie, a najlepiej w samym centrum stolicy. Po roku 2004, kiedy przeniosłem się ,,pod miastoˮ, dostrzegłem, że odległość nie stanowi wielkiego problemu. Puławska często rano się korkuje, ale ja mam różne godziny pracy, więc mnie to na szczęście aż tak bardzo nie dotyczy. Zresztą jest jeszcze kolejka podmiejska, która w porównaniu z dekadą wcześniej jeździ jednak częściej. Chyba, że nie przyjedzie w ogóle, co mi się kilka razy zdarzyło. Józefosław i Mysiadło są fajne, bo bliżej z nich do Piaseczna, które uważam za bardzo ładne i potem, do Zalesia, a nawet Warki. Sporo zielonych terenów, grzyby, ryby itp.

Media są Twoim naturalnym miejscem pracy. Tak to teraz wygląda. Czy zawsze tak było?

Prawie zawsze. Po maturze zacząłem studiować aktorstwo i kilka lat śpiewałem i tańczyłem na deskach Teatru Muzycznego w Gliwicach. Potem zainteresowałem się dziennikarstwem i już w trakcie studiów na Uniwersytecie Śląskim zacząłem pracować w swoim fachu. Radio Plus, Radio Katowice, Trybuna Śląska, w końcu TVP Katowice. Przeszedłem cały szlak, od klasycznej gazety przez radio do telewizji. A aktorskie doświadczenia opisałem w najnowszej książce ,,Sztukmistrz w Tczewie. Poradnik skutecznego mówieniaˮ. W przyrodzie nic nie ginie, więc okazało się, że scena i studio mają wiele wspólnych cech. Sam to najlepiej wiesz – jako aktor. (śmiech)

fot.Mateusz Wolski

fot.Mateusz Wolski

Większość naszych sąsiadów (włączając nas samych), to przyjezdni. Jak można budzić w nich przywiązanie do swoich małych ojczyzn, w których żyją?

Wydaje mi się, że od kilku lat trwa moda na lokalność. Robię dużo programów podróżniczych i turystycznych, i wszędzie widzę, jak bardzo ludzie są dumni ze swojej małej ojczyzny. Z jednej strony młodzi ludzie mają marzenia, żeby emigrować do większych ośrodków. Z drugiej jednak podmiejskie osady, to niemal miasta w miastach. W naszym przypadku mamy szczęście, że jesteśmy z jednej strony niespełna w mieście, a z drugiej oddzieleni Lasem Kabackim, który daje poczucie prywatności. Mam wrażenie, widząc kolejne festyny i lokalne imprezy, że to już całe pokolenie, które nie tylko się tu urodziło, ale także wchodzi w wiek dorosły. Dla nich to prawdziwa ojczyzna. Podobnie dla nas i naszych rodziców, choć przyjechaliśmy za chlebem czasem z bardzo daleka.

Należysz do pokolenia, które dorastało praktycznie bez mediów elektronicznych. Jak oceniasz ich wpływ na dzisiejsze życie?

Absolutnie dominujący. Mogę nie oglądać telewizji, ale bez Internetu ciężko funkcjonować. Z drugiej strony, jeśli zachowa się równowagę i przeznaczy część dnia na jazdę na rowerze po okolicy, to można uznać, że wszystko jest w normie. Przygotowując się do programów, muszę korzystać z sieci, staram się natomiast w ogóle nie grać ani na komórce, ani na laptopie. Szkoda czasu na rozrywkę, która nie wnosi nic, poza nią samą.

Jeśli chodzi o Twoje najbliższe otoczeniena co chciałbyś mieć realny i największy wpływ?

Chyba jednak transport. Chciałbym, żeby kolejka szybciej jeździła. Gdybym miał taką możliwość to starałbym się, żeby remonty na linii radomsko-warszawskiej zaczęły się już dawno temu. Mielibyśmy możliwość jeździć do centrum, nie w 40, a w 20 minut. Cóż, lepiej późno niż wcale.

Czym jest „misja” zawodu dziennikarza? Jeśli w ogóle istnieje.

Istniała i istnieje. Ja ją pojmuję jako przekazywanie wiedzy, nieustanną edukację, pokazywanie plusów i minusów. Od 20 lat tak robię, w TVN24 i TTV, i wydaje mi się, że z dobrym skutkiem.

Jak byś nazwał dzisiejsze czasy?

Cytując Boba Dylana – czasy, które się zmieniają. (śmiech) Zawsze wydaje się, że kiedyś było lepiej, dlatego, nawet jeśli momentami mamy powody do narzekań, to za chwilę uznamy, że nie było tak źle.

Dziękuję za rozmowę.

Inżynieria Wyobraźni

michalmalinowski_FF Wchodzę do MuBaBaO, czyli Muzeum Bajek, Baśni i Opowieści w Czarnowie. Gospodarz i dyrektor w jednej osobie, Michał Malinowski prowadzi mnie do dużej sali, w której roi się od egzotycznych instrumentów, głównie bębnów, gdzie na ścianie rzędem wiszą afrykańskie maski (dojdziemy do tego), a w kącie stoi maszyna do robienia wytłoczek z błyszczącej folii naklejanej na papierze. Michał pokazuje mi swoje papierowe teatrzyki, oglądam fragment kolekcji książek, w których po otwarciu wstają trójwymiarowe konstrukcje z papieru. Gdy schodzimy na dół, do krainy Bajkostworów, moim oczom ukazuje się niemal 100 m2 pokrytych miękkimi, olbrzymimi zabawkami. Dla demonstracji Michał rzuca się na nie tak, jak to robią za każdym razem przychodzące tu dzieci. Wracamy pogadać. Jako stolik pod dyktafon służy mi duży, afrykański bęben.

Jacek Sut: Przyszedłem porozmawiać z Tobą o wyobraźni…

Michał Malinowski: To piękny temat, najbliższy mi i najważniejszy. Kiedy ludzie mnie pytają, co robię – czy jestem etnografem, etnologiem, muzealnikiem, grafikiem komputerowym – mówię, że jestem inżynierem wyobraźni, bo to kryje w sobie wszystkie powyższe i innych wiele zawodów.

J.S.: W słowie „inżynieria” zaszyte są jednak nauki ścisłe.

M.M.: Jak najbardziej. Wydaje mi się, że mam także takie podejście. Kiedyś byłem laureatem olimpiady matematycznej i wszyscy myśleli, że będę matematykiem, a jednak wybrałem szkołę plastyczną. Na początku chciałem wyrażać się wyłącznie obrazem, wręcz bałem się mówić i nie lubiłem tego, aż w końcu życie postawiło mnie przed publicznością i musiałem zabrać głos. No i musiałem zacząć opowiadać.

J.S.: Wspominałeś o etnografii, etnologii…

M.M.: Byłem rok na wydziale Folkloru i Mitologii na Harvardzie. Poza tym wiele podróżuję do innych krajów, innych kultur i etnografia we mnie na pewno jest. Jednocześnie zobaczyłem też, że nie ma jednej szkoły etnografii i każdy badacz powinien swoje metody tworzyć samemu. Tak właśnie staram się pracować; wyznaczać nowe ścieżki, którymi dochodzę do nowych rezultatów.

Faso_Jigi_wmuzeumbajek

J.S.: Spotykamy się w Muzeum Bajek, Baśni i Opowieści, co oznacza, że zajmujesz się tą częścią kultury, która nie posiada reprezentacji w postaci eksponatów, przedmiotów czy nawet książek.

M.M.: Muzeum powstało właśnie po to, żeby zebrać to, co jest niematerialne i ulotne w kulturze. To jest żywe miejsce spotkań z żywym człowiekiem. Bajki i opowieści podróżowały zawsze z opowiadaczami i ulegały ciągłym przekształceniom. Bajka usłyszana w Indiach docierała tutaj, gdzie była adaptowana do tutejszych warunków i pojęć. Moją misją jest pobudzać wyobraźnię słuchaczy i sprawić, żeby opowieści funkcjonowały tu i teraz, a następnie w przyszłości.

J.S.: Czy mówimy o ciągłości kulturowej? Mam wrażenie, że młode pokolenia żyją w przeświadczeniu, że przed nimi nic nie było, że wszystko dzieje się za ich życia po raz pierwszy.

M.M.: Nie są w stanie sobie wyobrazić, że istniał świat bez smartfonów, tabletów i nowych mediów. Kiedy tworzyłem muzeum jednym z podstawowych zadań, jakie sobie stawiałem było rejestrowanie uciekających treści za pomocą nowych mediów, a teraz bardziej zależy mi na tym, żeby ludzie przez te trzy, cztery, pięć godzin mogli tu żyć bez tych „udogodnień”. Początkowa idea pokazywania wszystkiego na ekranach trochę zblakła, choć jej nie porzuciłem, ale teraz bardziej interesuje mnie to, jak zainteresować młode pokolenie byciem tu i teraz.

Klocki_szkola

J.S.: I można?

M.M.: Można sprawić, żeby przez te kilka godzin ludzie, młodsi i starsi, skupili się na opowieściach, które mają w sobie. Najpierw ja opowiadam, a potem próbuję wydobyć historie z ludzi. Muszą je stworzyć i się nimi podzielić. Przy pomocy różnych środków.

J.S.: Używacie rekwizytów? Jak blisko jest to teatru?

M.M.: Opowiadanie i teatr to są dwie odmienne rzeczywistości. Oczywiście w opowiadaniu wykorzystuje się pewne elementy wizualne. Podróżując po świecie, zbierając bajki, natknąłem się na wiele sposobów opowiadania obrazkowego. W Indiach, do opowieści Kawad, tworzy się ołtarzyki, które opowiadacz nosi z wioski do wioski, w Japonii istnieje tradycja obwoźnych Kamishibai, czyli teatru na papierze, a w północnej Angoli opowiada się kreśląc na piasku, w Peru z kolei wykorzystuje się pestki, a w Indonezji korę, na której rysuje się kształty i zapisuje opowieść. Te wszystkie doświadczenia, które mam, plus wykształcenie pozwalają mi prowadzić muzeum w zupełnie inny sposób niż to jest znane powszechnie na świecie. Staram się zaangażować zmysły.

J.S.: Oprócz bajek proponujesz swoim gościom inne kreatywne treści.

M.M.: Wszelkie działania krążą wokół bajek. Nawet, gdy rozdaję klocki MuBaBaO, które sam wymyśliłem i stworzyłem, to zabawa polega na tym, żeby zbudować budowlę i stworzyć wokół niej opowieść. Klocki mają wesprzeć myślenie narracyjne.

J.S.: Rozmawiałem dziś ze znajomym i kiedy opowiedziałem mu o Twoich klockach stwierdził, że to wspaniały temat na imprezę integracyjną dla korporacji. Zdarzało Ci się dawać klocki dorosłym?

M.M.: Zdarzało. Pamiętam jedną z takich imprez, było to w sobotę rano. Wyobraź sobie jak wszyscy mnie na wstępie lubili. Zamiast wolnego weekendu zagnano ich na jakieś zajęcia z klockami. Najpierw opowiedziałem mit o budowaniu wieży Babel, a potem oni mieli budować swoje wieże. Poszło świetnie i przy okazji wszystko powychodziło; kto jaki jest, jak pracuje i z kim.

IMG_2282

J.S.: Jakie jest Twoje marzenie?

M.M.: Jestem w trakcie budowania tego muzeum, tworzenia i walki, żeby to przetrwało, a że coraz więcej ludzi tu trafia, więc może stworzę je takim, jakie sobie wymarzyłem na początku. Chciałbym, żeby to miejsce żyło, żeby ludzie o nim wiedzieli, żebym mógł dzielić się opowieściami i jednocześnie wartościami, które w tych opowieściach są.

J.S.: Dobra pointa. Dziękuję za rozmowę.

Moją sztukę kieruję do dzieci

Z Ewą Gorzelak aktorką znaną m.in. z serialu „Na Wspólnej”, „M jak miłość” i ze swojej działalności na rzecz dzieci z chorobą nowotworową rozmawia Jacek Sut.

Jacek Sut: Od kiedy mieszkasz w Piasecznie?

Ewa Gorzelak: Tuż po studiach rodzice kupili mi na ul. Szkolnej koło bazarku mieszkanie. Pochodzę z Warszawy jednak tu mieszkania były znacznie tańsze.

J.S.: Mówimy o drugiej połowie lat 90… Nie obawiałaś się dojazdów?

E.G.: Na szczęście miałam malucha. Co prawda wiecznie się psuł ale i tak był wspaniały. Wtedy z dojazdami nie było jeszcze tak źle, w Piasecznie nie było aż tylu osiedli, w związku z tym Puławska nie była aż tak zakorkowana. Od 13 lat mieszkam w Zalesiu Dolnym. Synowie marudzą, bo szkoły mają w Warszawie, ale wiem, że mojego męża (Zbigniew Dziduch, także aktor – red.) raczej stąd nie ruszę. Zapuściliśmy korzenie.

J.S.: Uprawiacie zawody artystyczne, co nie jest łatwe.

E.G.: Artyści mają przechlapane (śmiech). Gdy jest się wolnym strzelcem pracy raz jest więcej a raz mniej. Po studiach bardzo dużo grałam. Przystopowała mnie choroba syna (Ryszard, drugi syn Ewy i Zbyszka, jako małe dziecko zmagał się z nowotworem – red.), potem założyłam Fundację „Nasze Dzieci” przy Klinice Onkologii w Instytucie “Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”, a czasu i sił przerobowych nie da się rozciągnąć.

J.S.: Powiedz parę słów o tej fundacji.

E.G.: Leczenie mojego syna trwało dwa lata. Powołaliśmy fundację aby dzielić się z kolejnymi rodzicami swoim doświadczeniem, aby ich wspierać i ułatwić im przejście przez ten szalenie trudny czas. Dużo naszej energii, projektów skierowanych jest bezpośrednio do dzieci – organizujemy im na oddziale wiele atrakcji, aby wywołać na ich twarzach jak najwięcej uśmiechu, aby przywrócić im choć częściowo zabrane przez chorobę dzieciństwo. Jako pierwszy dziecięcy oddział onkologiczny w Polsce prowadzimy cieszącą się niezwykłym powodzeniem dogoterapię. Organizujemy też co roku dwutygodniowe kolonie Wakacyjna Kropla Szczęścia i wybudowaliśmy wielki plac zabaw przy IPCZD dla wszystkich pacjentów szpitala. Wyposażamy oddział w potrzebny sprzęt a rodzicom prowadzimy subkonta. Większość naszych prac finansowana jest z aukcji i wpłat 1% podatku. (www.naszedzieci.org.pl).

J.S.: To jak znajdujesz czas na inne rzeczy? Na granie na przykład?

E.G.: Na początku było trudno, bo ja w fundacji byłam od wszystkiego. Obecnie na stałe pracuje tam kilka osób, a ja… jestem nadal wolontariuszką, prezeską z doskoku i mogę zająć się sztuką, którą zresztą – odkąd pojawiła się na świecie moja córeczka – także kieruję do dzieci. Nie ukrywam, że brak mi stałej pracy w serialu – daje ona poczucie bezpieczeństwa finansowego, a poza tym popularność jest niezwykle przydatna. Jednak praca w serialu nie zawsze jest twórcza, to taka wygodna posadka. Gdy po urodzeniu Zośki zakończył się mój wątek w „M jak miłość” i nie miałam do czego wracać – otworzyła się przede mną nowa przestrzeń – czas na nowe wyzwania. Na początek wspólnie z mężem zrealizowaliśmy w koprodukcji z Teatrem Imka spektakl dla dorosłych „Twoje pocałunki Mołotowa” . To rozpoczęło naszą działalność producencką.

J.S.: Były kolejne produkcje?

E.G.: Tak, ale skierowane do dzieci. Na koncie mam już „Dzień Kreatywnego Miśka”, „Kolorino” i „Teatrzyk Bombonierkę”. Dwie pierwsze to interaktywne bajki bez słów, oparte na fantazji, dźwiękach, kolorach. Zależało mi aby prostą formą inspirować dzieci, pobudzać ich wyobraźnię i pokazać, że w prostych rzeczach tkwi ogromny potencjał. Uwielbiam je grać i dopóki nie traktuję tego jak chałtury, dopóki mi samej sprawia to radość – nie przeszkadza mi bycie aktorem i tragarzem w jednym. Moje trudy jednoosobowej jednostki organizacyjnej wspieranej przez męża rekompensuje mi odbiór dzieci. A utrzymać ich uwagę jest niezwykle trudno. Stąd wiem, że moje bajki – nieskromnie mówiąc – są naprawdę dobre. Dzieci siedzą jak zaczarowane. Jedyne czego nie ogarniam to sprzedaż. Bajki głównie gramy w prywatnych warszawskich przedszkolach. Nie miałabym nic przeciwko, aby grać również tu, na miejscu w Piasecznie i okolicach. Polecam się więc uwadze czytelników (więcej informacji stronie www.ewagorzelak.pl). Poza tym dorywczo gram telewizji, pracuję głosem oraz pracuję w cyfrowym „Polskim Radiu Dzieciom”, gdzie Myszka Fela, której użyczam głosu prowadzi audycję pt. „Jak to działa?”.

J.S.: Nad czym teraz pracujesz?

E.G.: Nad „Jajem w sieci”. To wynik mojej współpracy z Anną Gil, która zaczęła się od Teatrzyku Bombonierka. Przed wakacjami nagrałyśmy 17 krótkich filmów pacynkowych dla maluchów (wszystkie do obejrzenia na YouTube), wymyśliłyśmy przedstawienie dla przedszkolaków. Teraz „zabrałyśmy” się za starsze dzieci (6-12 lat), czyli posiadaczy smartfonów. Napisałyśmy sztukę teatralną i wraz z Hanką Brulińska i Magdą Gnatowską realizujemy ją na scenie Konstancińskiego Domu Kultury „Hugonówka”. To opowieść o dziewczynce zanurzonej w cyberprzestrzeni. Pewnego dnia, podczas zabawy z koleżanką, ściąga ona na swój telefon nieznaną aplikację, a tym samym ściąga do realnego świata gigantyczne jajo. Dziewczynki oczywiście zabierają je do domu – jednak jajo, jak to w grach, przechodzi ewolucję i… dalej zdradzić nie mogę. Jestem przekonana, że to mądry i zabawny spektakl, do tego opowiedziany językiem dzieci.

fot.Wiktor Zdrojewski1

Łatwo zauważyć, że tracimy kontakt z dziećmi na rzecz elektronicznych gadżetów. Widzę jak moja mała Zośka do nich lgnie. Rozumiem, że czasy się zmieniają, ale dostrzegam w tym poważny problem. Poza tym często nam, rodzicom, tak jest wygodniej. Mam nadzieję, że dzieciaki w „Jaju w sieci” zobaczą odrobinę siebie, swoje wady i zalety, że być może wyciągną jakieś wnioski, spojrzą na świat z innej perspektywy. Reżyserię powierzyłam Magdalenie Gnatowskiej, scenografię po sąsiedzku Robowi Kowańskiemu, a muzykę Pawłowi Derentowiczowi i Aleksandrowi Maksimow. Producentem jest oczywiście mój mąż.

J.S.: Kiedy można Was zobaczyć?

E.G.: Premiera odbędzie się 29.01.2017 w „Hugonówce”. Tam również zagramy kolejne spektakle dla szkół 02 i 08. lutego o godz. 11.00 , oraz 17.02 w ramach ,,Zimy w Mieście”. Zachęcam okoliczne szkoły do wybrania się na nasz spektakl – gdy będzie zainteresowanie pojawią się kolejne terminy. A potem ruszamy w trasę.

J.S.: Będę musiał się wybrać z młodszym synem także.

Trudna sztuka musicalu

Ile lat jesteś już dyrektorem?

Zacząłem w Radomiu w 1991 roku. W 1998 wygrałem konkurs na dyrektora Teatru Muzycznego Roma. Kiedy zaczynałem w Warszawie, to znajomi i przyjaciele mówili: “Zostaw ten teatr! Bo tu się nic nie udaje. To jest stajnia Augiasza. Tu nic nie można zrobić. Po trzech miesiącach zobaczysz – Ciebie nie będzie!” Początki tutaj były bardzo trudne.

Pamiętam, że kiedy w Radomiu ogłosiłeś, że zrobisz musical, sporo osób nabiło sobie siniaków od pukania się w głowę. Jak to się stało, że potrafiłeś być tak uparty?

Zrobiłem wiele spektakli muzycznych zanim przyszedłem do Radomia, w różnych miastach. Chociaż zaczynałem od klasycznego dramatu – od sztuki Czechowa “Wiśniowy sad” w Płocku.

A czy pukali się w czoło? Pukali się generalnie w czoło jak zostałem dyrektorem w Radomiu (śmiech). Były inne czasy, wolność, Balcerowicz, wolny rynek, skończyły się pieniądze na teatr. Trzeba było przeprowadzić restrukturyzację. Nie miałem nic do stracenia. Jeżeli chciałem robić teatr jaki sobie wymarzyłem, musiałem bez względu na wszystko, doprowadzić do takiego kształtu teatru w jakim by funkcjonował w nowych warunkach ekonomicznych. Musical „Józef i cudowny płaszcz w technikolorze”    ( pierwszy musical, jaki W. Kępczyński zrealizował jeszcze w Radomiu – red

Fot.Wojciech Artyniew/Se/East News Materiały prasowe Teatr Muzyczny Roma

Fot.Wojciech Artyniew/Se/East News
Materiały prasowe Teatr Muzyczny Roma

.) odniósł wielki sukces. Świetnie się wpasował w nową sytuację.

Kiedy objąłeś ROMĘ nie było łatwo zmienić operetkę w teatr musicalowy. Po jakim czasie mogłeś sobie powiedzieć, że się udało?

Myślę, że po 5 latach. Zaczęliśmy od Crazy for You Georga Gershwina, który był takim pomostem pomiędzy musicalem i operetką. Oprócz aktorów, którzy wygrali casting brał w nim udział zespół, który tutaj zastałem. Jak wiesz doskonale, śpiewanie w szkołach było zawsze traktowane po macoszemu, trudno było znaleźć osobę, która – choćby tak jak Ty – łączy talent wokalny z dramatycznym. Już casting do Józefa pokazał, że jest rynek, że trochę takich aktorów jednak jest. Zresztą muszę Ci powiedzieć, że muzyk polecony przez Ciebie, który był współautorem tego sukcesu to Maciej Pawłowski, dyrygent i artysta skupiający wokół siebie niesamowitych śpiewaków i muzyków.

 Musical to sztuka dla najlepszych. Ten amerykański zachwyca poziomem wykonawstwa, multitalentami wokalno-taneczno-aktorskimi. Jak to wygląda w Polsce?

Musiałem stworzyć zespół musicalowy. Nie było łatwo, przekształcenie teatru operetkowego w nowoczesny teatr muzyczny graniczyło z cudem. Jakoś te trudności przeżyłem, a kolejne premiery przynosiły sukcesy jak Koty lub Taniec Wampirów. W swoich planach i strategii uwzględniłem, że gram spektakl od 300 do 400 razy. Upiora w Operze wystawiliśmy 650 razy w Warszawie i 100 razy w Białymstoku, a wszystko przebiła Mamma Mia, która okazała się nadzwyczajnym sukcesem. Zobaczyło ją już 400 tysięcy widzów!

Musical nie znosi bylejakości, każdy teatr, na który nie ma środków, który angażuje nieśpiewających aktorów, nie ma pieniędzy na kostiumy itd. musi się roztrzaskać, nie ma szans na istnienie. Musical wymaga perfekcyjnych głosów, gry aktorskiej, niesamowitej scenografii, włącznie z efektami typu lądujący helikopter, padający deszcz, spadający żyrandol. Poprzeczka naprawdę wisi wysoko.

Jakie masz teatralne marzenie?

W tej chwili przygotowujemy polski musical pt. Piloci i myślę, że to będzie uhonorowanie mojej twórczości, zwłaszcza, że libretto oparte jest na historii z życia mojej rodziny. Tematem jest miłość aktorki przedwojennego kabaretu Niny do Jana absolwenta szkoły lotniczej w Dęblinie. Wojna ich rozdziela. Ona zostaje w Warszawie, on rusza z kolegami do Anglii na wojnę. Efekty będzie robić firma Platige Image, która robiła grę Wiedźmin. Jeśli udaliby się Piloci, to może wystartujemy z kolejną pozycją napisaną przez nas. I wciąż jest jeszcze wiele tytułów musicalowych, które w wersji non-replica chciałbym zaprezentować widzom Romy.

Dziękuję za rozmowę i bardzo się cieszę, że mogę przy tej okazji zaprosić mieszkańców Józefosławia i okolic na spotkanie autorskie, którego będziesz gościem do Klubu Kultury w Józefosławiu 26 listopada na godz. 17.00.

Z Wojciechem Kępczyńskim dyrektorem Teatru Roma

rozmawiała Katarzyna Krzyszkowska -Sut

Takie jest życie artysty

Kiedy skończyłeś szkołę teatralną?

W 1996 roku.

A od zawsze planowałeś być aktorem?

Od zawsze. Odkąd pamiętam. Zakochałem się w Piotrze Fronczewskim. Jeszcze w czarno -białych kabarecikach Olgi Lipińskiej. Do dziś wysyłam mu pochwalne SMS-y.

Myślałeś o tym, że będziesz po szkole teatralnej aktorem w Warszawie?

Pochodzę z Warszawy, więc tak. Oczywiście obraz aktorstwa w szkole jest wyidealizowany. Wydaje ci się, że jak cię pochwalił Jan Englert, to już po tym Bóg wie, co jeszcze osiągniesz. Potem życie to bardzo weryfikuje, ale z drugiej strony, z perspektywy czasu wydaje mi się, że nie wolno tego uzmysławiać studentom. Nie ma co ich odzierać z iluzji. Niech mają te cztery lata, najpiękniejsze zapewne w życiu.

No i po szkole co? Dostałeś angaż od razu? Wydeptałeś go?

Tak się złożyło, że dyrektor Rudziński (Krzysztof Rudziński, wieloletni dyrektor Teatru Powszechnego w Warszawie – red.) był na moim przedstawieniu dyplomowym w reżyserii prof. Jana Englerta. Po tym dyplomie Englert powiedział mi, żebym poszedł do Powszechnego porozmawiać. Nigdy nie byłem jakiś taki narzucający się, ale poszedłem. Dyrektor Rudziński nie był skłonny mnie zaangażować, bo w ogóle nie chciał powiększać zespołu. Zanim poszedłem drugi raz, zadzwonił do mnie, i to było niesamowicie przyjemne, pan Andrzej Łapicki. Zadzwonił na telefon domowy, powiedział, że słyszał, że nic jeszcze nie mam i że on przyjmie mnie do Teatru Polskiego w Warszawie, którym wtedy kierował. Poszedłem potem jeszcze raz do Teatru Powszechnego i z niemałym trudem umówiłem się osobiście z Łapickim, żeby mu… odmówić, bo dostałem angaż.

Zrozumiał?

Tak. Klasa gość. Poszedłem do niego do gabinetu w Teatrze Polskim, ale sfajdany byłem równo. Wiesz, mogło być różnie. Niekiedy odmawiać nie warto.

Pierwsze role?

Najpierw u Krystyny Jandy w „Pannie Tutli-Putli”. Pani Krystyna śmiesznie mówiła ostatnio o tym przedstawieniu, bo jakoś tak z miesiąc temu ją o nie zapytałem: „Bardzo dobre przedstawienie, ale nikt go nie lubił” (śmiech). Potem u Agnieszki Glińskiej „Trzy siostry” i „Kaleka z Inishmaan”. Te dwa przedstawienia dały mi więcej niż cztery lata szkoły teatralnej. Grałem z Władysławem Kowalskim. Bardzo wiele nauczyłem się od niego, ale w ogóle zawdzięczam dużo innym koleżankom i kolegom z zespołu. Ja się tam wbiłem na ostatni moment takiego klasycznego Powszechnego, z tamtej tradycji. Jak mówi Joasia Szczepkowska – jeśli w teatralnym bufecie ludzie przesiadują i nie chcą wychodzić po przedstawieniu, to znaczy, że zespół jest fajny.

Ile lat byłeś w Powszechnym?

Dziesięć. Dyrektor, już inny, zwolnił mnie za udział w „Szymon Majewski Show”. Dostałem profesjonalne wymówienie, gdzie znalazło się zdanie: „Brak właściwości posiadanych możliwości aktorskich do realizacji repertuaru Teatru Powszechnego”. Ale może nie piszmy o tym w magazynie.

Napiszemy. Jak rozumiem zostałeś skarcony politycznie?

Tak. Ale w sumie dobrze się stało. Trafiłem na świetny moment tego teatru, który zaczynał właśnie mijać.

Co było dalej?

Program Szymona zaczął się w roku 2005 i trwał przez 7 lat. I to było niesłychane doświadczenie. Zaklasyfikowałbym to jako kabaret, który zresztą grany był w obecności widzów w studio. Za to zasięg telewizyjny był ogromny. Sam byłem zaskoczony, że ta łatwość w parodiowaniu, którą mam, przyniesie taki skutek. Oglądało to za każdym niemal razem 5 milionów widzów. Do tej pory zdarza mi się usłyszeć: „O! Pan Tusk!”.

Próbowałeś z tego potem jakoś żyć, że tak powiem, poza telewizją?

Nie. Właśnie nie. Miałem propozycje, ale zwykle kuriozalne. Zaprosili mnie raz na urodziny syna jakiegoś prezesa jakiejś firmy. Pytam, ale co mam zrobić. „Jako Tusk być!” – „Ale w charakteryzacji?” – „Oczywiście!” – „To kto ją zrobi?” – „To pan sam jej sobie nie robi?! Niech pan sam se to zrobi, niech pan nie pier…li”. Masakra. Pytam jeszcze, co mam mówić, a oni mi na to, żebym coś wymyślił, nie przejmował się wcale. „Kiełbasa jest, basen jest, my pana potem odwieziemy. Będzie fajnie, bo po 23.00 i tak wszyscy pijani będą”. Nie dałem rady przyjąć takiej oferty, choć pieniądze były spore. Takie jest życie artysty. Zagrałem u Juliusza Machulskiego w „Ile waży koń trojański?” i w „Kołysance”, a teraz głównie rządzi mną Fundacja Krystyny Jandy. Szymek (Szymon Majewski – red.) ostatnio napisał mi tekst o gościu, który ma problem, bo nie potrafi być sobą, ciągle udaje innych ludzi i męczy go to.

Zelig?

Tak trochę. Premierę mam 30 lipca w Och-Teatrze. Trochę gram, trochę parodiuję, udaję sporo… To się nazywa „Chamlet” – przez „ch”. Tekst napisany specjalnie dla mnie, więc jest to bardzo przyjemne.

Da się wyżyć z aktorstwa?

Da. Trochę też pracuję w dubbingu. Jestem na przykład oficjalnym na Polskę głosem Kermita z Muppet Show oraz… Piggy. Polska Piggy nie jest więc kobietą, ale w oryginalnej wersji też gra to facet (śmiech).

Jak długo mieszkasz z nami?

W Józefosławiu od 2010 roku. Wcześniej mieszkałem na Kabatach, więc po drugiej stronie lasu. Fajnie tu jest. Człowiek wraca tu i oddycha. Niczego tu nie brakuje.

Teatru nie ma.

Ty założysz. Mógłbyś tu coś rozkręcić, naprawdę.

Teatr w Piasecznie mógłby faktycznie być. Aktorów mamy tu niewąskich. Trzeba leczyć widzów z oglądania amatorszczyzny.

To samo mówi Janda! Ja mówię, że po co trzymać mi dyplom, że on nieistotny, nieważny, że teraz każdy może zagrać wszędzie i we wszystkim wbijając na scenę z ulicy, a ona: “Nie! Zobaczysz! Za chwilę to będzie znowu ważne”. A ja widzę, kiedy na przedstawieniu zapada ciemność, to rozświetlają się ekrany smartfonów, ludzie odpowiadają na SMS-y. Teatr odbierany jest tak samo powierzchownie jak życie.

Umiałbyś to zmienić?

Dyskutuję z kumplem na ten temat. On uważa, że warto edukować ludzi, uczyć ich cierpliwie odbioru sztuki wartościowej, takiej której bez przygotowania zrozumieć nie sposób. On wierzy, że trzeba i ma to sens, a ja nie wiem… Nie jestem pewien.

Coś tam próbujemy. Dziękuję za rozmowę.

Jacek Sut

Jestem z Ursynowa

Rozmawiam z Maciejem Mazurem, który całej Polsce znany jest z błyskotliwych i dowcipnych materiałów w Faktach TVN, a na Ursynowie mieszkańcy doceniają go za prowadzenie strony internetowej na temat historii tej dzielnicy.

Jacek Sut: Ursynów jest przykładem na to, jak mogą się potoczyć losy dzielnicy w zależności od jej skomunikowania z resztą miasta.  Klimaty z serialu „Alternatywy 4” dalece odbiegają od tego, czym Ursynów teraz jest.

Maciej Mazur: To wręcz modelowy przykład. Nie byłoby dzisiejszego Ursynowa, gdyby nie było metra. Dziś, gdy na stacje podjeżdża jeden pociąg za drugim może trudno sobie wyobrazić, jak to mogło wszystko funkcjonować bez metra. Sięgnijmy pamięcią do 1995 roku. Dojazd przepełnionym, klekoczącym Ikarusem z Ursynowa do centrum – 40 minut. „Szybkim” 505, które leciało z Onkologii prawie bez przystanków do centrum było 5 minut krócej. Najszybciej chyba podróżowało się w stanie wojennym, gdy na miasto skierowano autokary wycieczkowe Orbisu. Mknęły spod Pałacu Kultury na nasz Ursynów z prędkością światła niemalże. Wychodzi więc na to, że większość swojego sukcesu zawdzięczamy kreciej robocie budowniczych metra.

JS: Co Ciebie skłoniło do działania na rzecz Ursynowa? I co w tym działaniu postrzegasz jako zadanie główne?

MM: Ostatnio przypomniało mi się, że pierwsze „działanie społeczne” podjąłem w piątej klasie podstawówki. Strasznie mnie zdenerwowało, że w okolicy mojej szkoły (309) zainstalowano nowe latarnie, po czym przez dobre pół roku nie podłączono do nich prądu. Napisałem list do „Pasma”, lokalnego tygodnika. Wydrukowali, a jakże! Pani wychowawczyni w szkole aż nie mogła uwierzyć – ale zadziałało! Wkrótce do domu zapukał listonosz z pismem od spółdzielni, która wyjaśniła całą sprawę, nie minął miesiąc czy dwa i latarnie się zaświeciły. Drugiego oświecenia doznałem już nieco później. Z dziesięć lat temu z kolegą Michałem Myślińskim wpadliśmy na pomysł stworzenia strony internetowej gromadzącej stare zdjęcia Ursynowa. Pierwszą wersję stworzyłem sam, chociaż o programowaniu nie miałem bladego pojęcia. Nie wyglądała może świetnie, ale jak chwyciło! Ludzie zaczęli przysyłać własne zdjęcia z domowych archiwów, mapy, wspomnienia. Tak powstał największy w Warszawie portal historii lokalnej – poświęcony jednej dzielnicy – ursynow.org.pl

JS: Jakie szanse Ursynów wykorzystał, a które mu umknęły lub umykają?

MM: Wykorzystaliśmy metro, teraz pewnie wykorzystamy podłączenie do obwodnicy. Komunikacja w mieście to przecież sprawa kluczowa przy decyzji o wyborze miejsca zamieszkania. Wykorzystaliśmy doskonale czas z końca lat ’90, gdy byliśmy samodzielną gminą z własnym budżetem. Ówczesne władze sporo inwestowały, co przyciągało kolejnych mieszkańców. Wciąż kilka spraw jednak nam umyka. Przede wszystkim nie ma wizji stworzenia ursynowskiego centrum wzdłuż Alei KEN, która w naturalny sposób powinna być główną ulicą usługową. Miejscami nią jest, ale na sporej części wciąż zieją dziury i straszą parkingi. Koszmarem wlepionym przez władze miejskie jest piętrowy garaż na rogu Ciszewskiego i KEN. To jest po prostu zbrodnia jakiegoś ignoranta, gwałt na przestrzeni miejskiej. Podobnie – przez zaniedbania urzędnicze i brak planów – tracimy cenne przestrzenie na Ursynowie Północnym. To najlepiej zaprojektowana część dzielnicy, z wielkimi połaciami zieleni między blokami, które teraz chętnie zabudowują deweloperzy niszcząc ten unikalny projekt.

JS: Co konkretnie byś nazwał swoją Małą Ojczyzną?

MM: Moja Mała Ojczyzna to kraina od Smródki po Las Kabacki. Mieszkam tu 36 lat i znam każdy kamień. Naprawdę. Nawet Kamień Skejtów. Wiecie, gdzie jest? W przejściu z parkingu na Magellana. W połowie lat ’90 gromadzili się przy nim miejscowi deskorolkowcy, stąd ta nazwa.

JS: Jak wygląda różnorodność Ursynowa?

MM: Ursynów od początku był bardzo różnorodny – tak w części architektonicznej jak i społecznej. Brzmi fatalnie, ale wygląda świetnie. Na Ursynowie Północnym – w przeciwieństwie do setek wielkopłytowych osiedli – każdy blok jest inny. Połamany, o różnej wysokości. Corbusier pewnie by to skrytykował, ale pomysł był świetny. Warstwę społeczną świetnie z kolei ilustruje mój dawny blok na Koncertowej, w którym mieszkałem 20 lat. A wraz ze mną – ursynowscy autochtoni z czasów wiejskich, profesorowie uniwersytetu, dekarze, pisarze i dziennikarze. Świetna mieszanka społeczna ze sporą przewagą klasy średniej, która nadała dzielnicy dzisiejsze oblicze.

JS: Ile prawdy jest w tezie, że mimo wszystko tożsamość Ursynowa dopiero się tworzy?

MM: Z Ursynowem jest jak z dzieckiem. W okresie młodzieńczym ukształtowało się jego oblicze, ale to przecież nie architekci, tylko mieszkańcy tworzą je na co dzień. Tak jak człowiek dzielnica także musi się zmieniać aby nie zgnuśnieć, musi pozostawać w ciągłym ruchu. Na szczęście wciąż tak jest.

JS: Co najtrudniej Ci zaakceptować mieszkając tutaj?

MM: Fakt, że spora część nowych sąsiadów musi się jeszcze nauczyć mieszkania w mieście. Że tu jak się rano spotykają dwie osoby wychodzące z bramy to może warto sobie powiedzieć „dzień dobry”. Że nie wystawia się butów ani śmieci na klatkę schodową. Że jak się piesek wypróżni za płotem, to też jest „nasze”, a nie „niczyje” i że trzeba to sprzątnąć. Na szczęście jest pewien postęp i witam go z nadzieją. Ze spraw innych, to wkurza mnie urzędniczy – cytując klasyka – imposybilizm. Nie da się i już. Nie można naprawić chodnika, nie można przeprogramować świateł. Bo tak postanowiono. Pól roku biłem się na przykład o to, aby postawić jeden znak zakazu parkowania na mojej ulicy, gdzie mądry inżynier zakaz wprowadził, ale bez pierwszych 10 metrów. Efekt? Oczywiście wszyscy tam stawali tamując kompletnie ruch. Udało się jednak, więc może nie jest aż tak źle.

JS: Prowadzisz swoją, prospołeczną działalność już szmat czasu. Ile? I jak długo będziesz ją jeszcze prowadził?

MM: Strona ursynow.org.pl w przyszłym roku będzie obchodziła dziesięciolecie. Kiedy urodziło mi się pierwsze dziecko myślałem, że nie dam rady z nadmiaru obowiązków. E tam. Przy drugim dziecku wciąż znajduję na nią czas. Myślę też o kolejnej, trzeciej już książce o dzielnicy. Roboczy tytuł to „Czterdziestolatek”. W 2017 obchodzimy wspólne 40. urodziny. Ursynów i ja. Też jestem z 1977 roku. I obaj też chyba (a przynajmniej tak mi się wydaje) całkiem nieźle się trzymamy.

Fot. Maciej Mazur

Konstancin Jeziorna to moja enklawa.

Kamila Szczawińska, modelka, która pracowała dla najsłynniejszych marek modowych świata, takich jak: Valentino, Giorgio Armani, Gucci, Dior, Chanel, Marc Jacobs, Roberto Cavalli, Soni Rykiel i wielu innych. Pracowała na wybiegach w Mediolanie, Paryżu i Nowym Jorku. Ostatnio gościła w Piasecznie, w hotelu DaSilva, gdzie prezentowała nową kartę menu, w której dwa przepisy fit, są jej autorstwa. Wiązało się to róznież z dzialalnością charytatywną p. Kamili, gdyż od każdego sprzedanego dania według jej przepisu 5 złotych przeznaczone zostanie dla domu dziecka.

Katarzyna Krzyszkowska – Sut: Być modelką to…?

Kamila Szczawińska: Zastanawiam, co mogłabym odpowiedzieć na to pytanie. Poza urodą, wzrostem, wagą i innymi cechami poszukiwanymi u modelek, taka osoba musi lubić podróżować, mówić w kilku językach, musi umieć łatwo nawiązywać relacje i adaptować się w każdych warunkach.

Gdyby mogła pani skomponować menu ze spraw w życiu najważniejszych, to jak by wyglądało? Z jakich składałoby się przystawek, deserów i dań?

Najważniejsza dla mnie zawsze była i jest moja rodzina. Dbam o to, żeby mieć czas dla nich, żeby moja praca nie odbywała się ich kosztem. Dzięki temu utrzymuje my dobre relacja, które zawsze stawiałam ponad moją pracę zawodową.

Co panią teraz najbardziej zajmuje – poza rodziną?

Sport. Z naciskiem bardzo dużym na jeździectwo. Jeżdżę konno od 17, od roku jeżdżę profesjonalnie, a od kilku miesięcy sportowo. To największa pasja, uwielbiam konie, uwielbiam przebywać z nimi, bo poza tym, że wiążą się ze sportem i ruchem są świetnymi terapeutami. Kiedy tylko mam gorszy dzień, to uciekam do stajni, jak mam dobry dzień, to także uciekam do stajni. Tym sportem zarażam całą moją rodzinę. Jeździectwo jest regularnym elementem naszego życia.

A gdzie pani uprawia jeździectwo?

Jeżdżę w stajni w Siedliskach, oprócz tego w Lesznowoli jeżdżą moje dzieci, a ja jeszcze w Krakowianach.

Praca na rzecz innych, to dla pani pasja, odskocznia czy obowiązek?

Na pewno nie obowiązek, bo to kojarzy się z czymś przykrym. Pomaganie innym z obowiązku nie jest niczym fajnym i przeważnie niczego kreatywnego i dobrego ze sobą nie niesie. Trudno nazwać to pasją, to raczej uczucie, które mówi, że chcę pomagać innym, że daje mi to radość, a przede wszystkim daje radość osobom, którym pomagam. Trudno w trzech słowach ująć przyczyny pomagania. To wewnętrzne przekonanie, że mam szczęście, że mi jest w życiu dobrze, to chcę, żeby inni też mieli lepiej. Wiem, że nie jestem w stanie wszystkiego zmienić i często miałam z tym problem, bo brałam za dużo na siebie w kwestii pomagania, ale mimo to mogę coś zmienić. Mogę spowodować, że ktoś się uśmiechnie, że jakieś dziecko pójdzie od września do szkoły bo dostanie wyprawkę, albo pojedzie na obóz, albo po prostu dziewczynka będzie miała nową sukienkę.

Od czego się to pomaganie zaczęło?

Całe życie mieszkałam obok ośrodka MONAR-u (Stowarzyszenia działającego na rzecz osób uzależnionych, wykluczonych i chorych – red.) i moja mama tam społecznie całe życie pomagała innym, była prawdziwą społecznicą. Wspólnie ratowałyśmy zwierzęta, byłam wolontariuszką w schroniskach dla zwierząt, adaptowałyśmy bezdomne zwierzęta, tworzyłyśmy im domy tymczasowe dla tych, które ucierpiały, a potem, kiedy wydobrzały znajdowałyśmy im domy prawdziwe. Mimo tego, że mieliśmy kiepską sytuację finansową, kiedy byłam dzieckiem, to mama potrafiła sobie czy nam czegoś odmówić, żeby uratować jakiegoś kota i go wyleczyć, więc ja to wszystko wyniosłam od mamy z domu i tak już zostało.

Kariera modelki trwa krótko. Co chciałaby pani powiedzieć tym wszystkim młodym dziewczynom, które o niej marzą?

Jest to bardzo fajny zawód. Jeśli wykonuje się go na wysokim poziomie, np. za granicą, można bardzo skutecznie wspomóc finansowo swoją rodzinę, dobrze zarabiać na siebie, więc absolutnie nie odradzam. Tylko trzeba zacząć to naprawdę z głową, z dobrym agentem. Na rynku pojawia się mnóstwo pseudo-agencji, które się otwierają tylko po to, żeby zarabiać na ludzkiej naiwności. Wymagają od dziewcząt, żeby płaciły za zdjęcia, szkolenia i różne inne rzeczy, a profesjonalne agencje tak nie postępują. W tym zawodzie można dużo osiągnąć i mieć z niego satysfakcję, ale trzeba mieć racjonalnego przewodnika, profesjonalnego agenta plus zaplecze w postaci rodziny, która będzie ją zawsze wspierać, szczególnie w sytuacji, kiedy dziewczyna idzie na casting i nie dostaje pracy, bo wiele dziewcząt przeżywa z tego powodu załamanie. Rodzina może pomagać budując pewność siebie takiej modelki. Dziewczyny po nieudanym castingu często myślą, że to ich wina, że nie są dość doskonałe, tracą pewność siebie i z tego potem wynikają różne zaburzenia, o których się potem słyszy w mediach.

Czym jest dla pani Konstancin?

Konstancin jest namiastką mojego rodzinnego domu. Kiedyś, W Wielkopolsce, mieszkałam przy lesie i tu mam podobnie. Za moim płotem widzę sarny, po drzewach biegają wiewiórki. Jednocześnie jestem bardzo blisko Warszawy, miejsca w którym pracujemy oboje z mężem i możemy bardzo szybko wrócić do naszej enklawy, do domu, gdzie panują cisza i spokój, co bardzo się przydaje jako odskocznia od szołbiznesu.

Jak widzi pani swoją przyszłość?

Myślę, że będę psychologiem. Skończyłam psychologię kliniczną – psychodietetykę i teraz chcę zacząć czteroletnią szkołę terapii poznawczo-behawioralnej. Szołbiznes na pewno będzie się przez moje życie przewijał, bo to nieuniknione natomiast moim marzeniem i, wydaje mi się, że także powołaniem jest bycie psychologiem.

Dziękuję za rozmowę.

Saksofon to nie wszystko

Sebastian Stanny jest muzykiem multiinstrumentalistą, mieszkańcem gminy Piaseczno (Józefosław). Podczas Pikniku Rodzinnego po III Biegu Ulicznym Józefosławia i Julianowa wystąpi wraz z Tobiaszem Staniszewskim i zespołem na terenie Politechniki przy ul. Ogrodowej.

Jacek Sut: Jesteś saksofonistą?

Sebastian Stanny: Tak.

J.S.: Ale grasz na innych instrumentach?

Bo lubię. Zajmuję się też trochę śpiewaniem, ale jakieś tam chórki, nagrania. Nie traktuję tego pierwszoplanowo. No i z Tobiaszem (Staniszewskim – red.) gram na basie i to jest dla mnie kompletnie nowa przygoda muzyczna. Wiesz, nie gram jakichś tam specjalnych wyczynów, bo w tym wieku, to już nie można się nauczyć grać wybitnie, ale podobno mam smykałkę do tego instrumentu. Tu chodzi bardziej o myślenie, bo sam instrument nie jest specjalnie trudny technicznie, oczywiście jeśli się nie gra na nim solistycznie. Jednak basista musi myśleć najwięcej w zespole, musi grać tak, żeby się nie wybijać, ale żeby wszystko kleić – taką funkcję ma bas. Dla laika niezauważalną.

J.S.: Ile czasu dziennie poświęcasz na muzykę?

Żyję z grania na saksofonie, trochę śpiewam no i gram z Tobiaszem. W związku z tym muszę utrzymywać tak zwaną zdolność wykonawczą. Jeśli nie gram koncertów dużo, to normą jest kilka godzin dziennie. Na szczęście mam wydzielone miejsce w garażu, gdzie nie przeszkadzam nikomu, nawet sobie mogę nagrać coś, gdy trzeba. Cały materiał na moją płytę (Retro Funk Who’s That – red.) na poziomie demówek nagrałem właśnie tam. Dopiero później spotkałem się kolegami na próbach i w studio. Finalnie gra na tej płycie 9 osób podstawowego składu. Do ćwiczeń dochodzi słuchanie muzyki. Musisz mieć inspiracje. Saksofon jest instrumentem solistycznym, wymagającym kreacji. Zauważyłem, że kiedy słucham mniej, to bardziej mnie otacza rzeczywistość prozaiczna, a ona jest zupełnie z innego świata. Trzeba dać sobie szansę obcowania ze sztuką, nie tylko z muzyką, którego efektem jest kreatywność, bo potem na scenie, kiedy trzeba improwizować, ma się więcej do powiedzenia.

J.S.: Andriej Tarkowski pisał, że tylko sztuka przygotowuje do człowieka do śmierci.

Mocno powiedziane.

J.S.: Tylko sztuka przygotowuje nas na to, co jest nie do zrozumienia.

No tak. W duszach artystycznych jest pewna cząstka, przestrzeń z definicji niepoznawalna. To jest też spoza nas. Jeśli ktoś dostaje taki dar, żeby pisać książki, poezję, tworzyć muzykę lub, nie wiem, malować czy cokolwiek innego tworzyć, to absolutnie powinien to wykorzystywać, bo świat się wtedy staje bardziej znośny. Proza życia i codzienność są fajne, ale wydaje mi się, że jest na tyle skończone, że człowiekowi po prostu nie wystarczaja. W moim wypadku życie bez muzyki byłoby strasznie nudne.

J.S.: W ilu składach grasz teraz?

Na stałe współpracuję z Lorą Szafran, nagrałem z nią ostatnie dwie płyty i sporo koncertujemy i od jakichś 2 lat gram w zespole Piotra Polka. Do tego pracuję w Teatrze Muzycznym ROMA od momentu, gdy z z operetki zmienił się teatr musicalowy, gram także w teatrze Buffo.

J.S.: A skład z Tobiaszem Staniszewskim czym jest?Tobiasz_plakat_final_300

To jest w sumie świeża sprawa. Znamy się dobrze, w zasadzie od roku, choć obaj pochodzimy ze Świecia. Nasz kontakt w sumie zrealizował się przez Facebook, bo Tobiasz mieszkał w Anglii. Okazało się, że mamy wspólne zainteresowania i kiedy on zdecydował się wrócić do Polski, to pomyślałem, że moglibyśmy coś razem zrobić. Mniej więcej wiedziałem jak śpiewa, a przede wszystkim znałem jego potencjał, bo znałem jego wcześniejsze muzyczne próby. Tobiasz jest niedzisiejszy, ma duszę z lat 60-tych, 70-tych, a ja to bardzo lubię. No i samo się to ułożyło, ja już na tym basie trochę grałem, mój brat gra na bębnach, więc powstał lokalny zespół ze Świecia. To się wiążę z tym, że muszę dojeżdżać tam na próby i nagrania z Warszawy, co jest akurat minusem, ale dzięki temu rozpocząłem zupełnie nową aktywność. Granie na basie powoduje zupełnie inną perspektywę bycia w zespole.

J.S.: Jest jeszcze inna strona. Popularność.

Tobiasz zgłosił się do programu (Tobiasz Staniszewski jest finalistą VI edycji The Voice of Poland – red.), namawiany przez syna, bo on nie jest artystą, który chce robić karierę w medialnym sznycie. Moim zdaniem on działa jak medium, jak element, który przekazuje emocję i prawdę spoza nas. Wykonawcy dzielą się na takich, którzy śpiewają i stają się kimś, ale są tacy, którzy są kimś, a muzyka jest tylko środkiem wyrażania siebie i to właśnie niesamowicie działa na ludzi.

Z Sebastianem Stanny rozmawiał Jacek Sut

Na koncert Tobiasza Staniszewskiego zapraszamy 12.06 na teren Politechniki przy ul. Ogrodowej w Józefosławiu. Koncert odbędzie się w ramach Pikniku Rodzinnego po III Biegu ulicami Józefosławia i Julianowa ok. godz. 18.00