Zanim kupisz mieszkanie lub dom

Opisy ofert deweloperów kuszą potencjalnych nabywców –

  •             Osiedle X położone jest w malowniczym miejscu…
  •             Okolica osiedla Y to miejsce chętnie wybierane do zamieszkania…
  •             Z to dobrze zorganizowana i modna miejscowość podwarszawska z rozwiniętą infrastrukturą miejską…
  •             Położenie osiedla zapewnia prywatność i pewność, że w najbliższej okolicy nie powstaną ogromne bloki  mieszkaniowe.

Jeśli zapytacie agenta nieruchomości co jest najważniejsze w wyborze miejsca do mieszkania zapewne wymieni 3 rzeczy: lokalizacja, lokalizacja oraz lokalizacja. Ładna okolica, rozwinięta infrastruktura drogowa i transport publiczny, dobra oferta oświatowa czy handlowa przekładają się na cenę nieruchomości. Podobne mieszkanie w Warszawie będzie droższe od mieszkania w podwarszawskiej miejscowości nawet o 30%. Niektóre z charakterystycznych cech danej okolicy zobaczymy od razu, ale warto przyjrzeć się głębiej temu, co będzie miało potem ogromny wpływ na komfort codziennego życia.

Miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego

To mpzp ustala te wszystkie elementy, które będą kształtowały naszą najbliższą przestrzeń. Jeśli odwiedzając wybraną okolicę obok lokalizacji domu czy mieszkania widzimy puste pole, warto sprawdzić jego przeznaczenie w planie miejscowym. Może się bowiem okazać, że wcześniej czy później zostanie ono zabudowane – pytanie tylko – w jaki sposób?

Czytając ustalenia planu należy zwrócić uwagę na takie parametry jak funkcja terenu (np. budownictwo mieszkaniowe jednorodzinne lub wielorodzinne, różne rodzaje usług, tereny przemysłowe), nieprzekraczalne linie zabudowy, maksymalna wysokość i intensywność zabudowy czy wskaźnik powierzchni biologicznie czynnej. Warto sprawdzić w jakiej odległości od okien znajduje się granica działki, co pozwoli określić, gdzie może stanąć budynek na sąsiedniej posesji.

Czasem trudno się połapać, co oznaczają poszczególne symbole planu. Zawsze warto zasięgnąć informacji w wydziale Urbanistyki i Architektury lokalnego Urzędu Gminy. Można to zrobić osobiście, telefonicznie lub drogą mailową. Urzędnicy wyjaśnią co oznaczają poszczególne zapisy planu.

Przestrzeń wspólna i drogi publiczne

Warto zwrócić uwagę, czy na terenie osiedla przewidziany jest wspólny plac zabaw lub teren ogólnodostępnej zieleni. Można sprawdzić, czy w okolicy znajdują się już takie przestrzenie albo czy plan zagospodarowania przewiduje takie miejsca. Bliskość lasu może nie zaspokoić potrzeb rodziny w zakresie spędzania czasu na wolnym powietrzu.

Jeżeli działka sąsiaduje z drogą publiczną istotne jest położenie linii rozgraniczających pasa drogowego, które wskazują na szerokość drogi publicznej. Nawet jeśli dzisiaj jest to niezbyt ruchliwa uliczka, może się okazać, że w planie ta droga ma charakter np. drogi zbiorczej. Wtedy trzeba się liczyć z dużym natężeniem ruchu.

Jeśli droga wyznaczona jest tylko w mpzp, ale obecnie jej nie ma albo jest drogą gruntową, warto się zorientować jaki gmina ma plan w zakresie budowy tej drogi. Można to sprawdzić przeglądając budżet gminy i tzw. Wieloletnią Prognozę Finansową (WPF), w której wykazane są inwestycje w latach przyszłych. Najlepiej dotrzeć do radnych Rady Miejskiej, którzy najczęściej doskonale orientują się na jakim etapie są prace. Może się bowiem okazać, że w WPF przewidziane są środki na jakieś zadanie, ale przygotowanie projektu budowlanego utknęło w procedurze administracyjnej. Aby uzyskać pozwolenie na budowę w trybie decyzji ZRID (zezwolenia na realizację inwestycji drogowej), potrzebnych jest kilka uzgodnień administracyjnych takich jak np. decyzja środowiskowa czy pozwolenie wodno-prawne, których uzyskanie zajmuje dłuższy czas. Każda taka decyzja podlega procedurze odwoławczej – strona może odwołać się do organu wyższej instancji. Czy nam się to podoba czy nie, takie procedury mogą trwać nawet kilka lat.

Drogi wewnętrzne

Jeśli nasz upatrzony dom czy mieszkanie znajduje się na osiedlu lub przy drodze niepublicznej (wewnętrznej), niezwykle ważne jest ustalenie w jaki sposób określone jest prawo do korzystania z takiej drogi. Może się okazać, że jest to droga prywatna i jej właściciel może ją w każdej chwili zagrodzić. To najgorszy przypadek, ale nawet w sytuacji, w której mamy zabezpieczone prawo przejazdu (np. służebność) trzeba się zastanowić np. nad tym, kto będzie taką drogę utrzymywał w stanie przejezdności, czy będzie to własność wspólnoty czy współwłasność indywidualna.

Wiele osiedli budowanych jest ze ślepą drogą wewnętrzną. Za bramą czy szlabanem mamy poczucie bezpieczeństwa, ale jeśli przy takiej drodze stoi szereg domów jednorodzinnych jedno lub dwulokalowych, to na takiej wąskiej uliczce wcześniej czy później pojawi się mnóstwo samochodów. Okazuje się, że garaże często służą za dodatkowe pomieszczenia, a auta parkowane są na osiedlowej uliczce. Taka ślepa ulica staje się codzienną udręką dla mieszkańców, trudno na niej manewrować samochodem, o pojazdach służb miejskich nie wspominając.

Odwodnienie i transport publiczny

Kolejną ważną sprawą jest zwrócenie uwagi na sposób odprowadzania wód opadowych. Najczęściej przyszli mieszkańcy osiedla nie mają pojęcia jak wygląda ich system odwodnienia.  Obowiązuje zasada, że wody opadowe zagospodarowuje się na własnej działce. Zasada ta nie zawsze jest przestrzegana i zdarza się, że problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy realizowana jest zabudowa działki sąsiedniej. Jeżeli wcześniej nie było systemu odwodnienia i wody spływały sobie „gdzieś”, to nowa inwestycja ujawni ten problem w drastyczny sposób, najczęściej na naszej posesji. Wody opadowe można również odprowadzać do kanalizacji deszczowej w drodze publicznej – ale wymaga to uzgodnień i kosztuje. Mieszkańcy całej wspólnoty muszą ponosić koszty zagospodarowania wód opadowych, a opłaty za podłączenie do kanalizacji deszczowej w ulicy będzie i tak tańsze niż wywożenie wód opadowych szambiarkami.

Być może dzisiaj nie jest to istotne, ale dorastające dzieci wcześniej czy później będą same podróżować do/ze szkoły. Wybierając na mieszkanie tereny podmiejskie trzeba mieć świadomość, że nigdy nie będzie tu takiej dostępności infrastruktury czy transportu publicznego jaki jest w mieście. Coś za coś, większe mieszkanie czy dom – ale dłuższy dojazd i uboższy transport publiczny.

Kupować świadomie

Naprawdę warto uświadomić sobie te wszystkie aspekty, by po kilku miesiącach mieszkania nie frustrować się i nie dręczyć pytaniami: jak to możliwe, że w mojej okolicy nie ma chodników czy utwardzonych dróg, nie ma oświetlenia ulic, 1. strefy biletowej oraz taxi, metra, ścieżek rowerowych jak na Ursynowie itd. itp.

Nasza rzeczywistość jest pochodną kilkudziesięciu lat zaniedbań w różnych obszarach: od prawnych po infrastrukturalne. W gminie Piaseczno jest ponad 400 km dróg publicznych, z czego dróg utwardzonych (w różnym standardzie) jest ok. 200 km. W każdym rejonie gminy występują problemy z infrastrukturą, a niektórzy mieszkańcy czekają na swoją „nową” ulicę po kilkanaście lat. Niestety dynamiczny rozwój i rozproszenie zabudowy, co jest zmorą podwarszawskich miejscowości, nie sprzyja poprawie tej sytuacji.

Dlatego zanim wybierze się swoje „miejsce na ziemi”, warto przyjrzeć się dokładnie okolicy i wyobrazić sobie, jak to miejsce może wyglądać za 10 lat. A cena nieruchomości jest przeważnie wprost proporcjonalna do jakości przestrzeni, w której przyjdzie nam mieszkać.

Ale jak już wybierzemy swoje mieszkanie czy dom, to warto się nim długo cieszyć.

Robert Widz

Budżet gminy Piaseczno dla Józefosławia – 2018

Wczoraj Rada Miejska uchwaliła budżet na 2018 r. i Wieloletnią Prognozę Finansową 2018-2028. Po raz pierwszy w historii gmina Piaseczno planuje wydatki w kwocie przekraczającej 500 mln zł, dokładnie 514 mln zł. Planowany deficyt wynosi 58 mln zł, z czego 32 mln zł zostanie pokryta z emisji papierów wartościowych a 25 mln zł z posiadanych przez gminę środków.

Analizując budżety gminy z lat 2015,2016 i 2017, w których zakładano deficyt budżetowy ok. 10% wydatków, wykonanie budżetu kończyło się nadwyżką budżetową. Ta nadwyżka wynika zarówno z większej niż planowano w budżecie kwoty przychodów (np. wpływy z podatku PIT) jak również z niewykonania zaplanowanych inwestycji (najczęściej z powodu przedłużających się procedur uzyskania stosownych pozwoleń na budowę). Z jednej strony może cieszyć brak zadłużenia gminy, z drugiej strony potrzebne inwestycje odsuwane są w czasie.

A co z budżetu wynika dla mieszkańców naszej okolicy, czyli Józefosławia, Julianowa i północnego Piaseczna?

Rada Miejska zatwierdziła dodatkowe środki, które pozwolą rozstrzygnąć 2 toczące się obecnie przetargi:

  • Przebudowa skrzyżowania ul. Cyraneczki i ul. Wilanowska (powstanie rondo) – termin realizacji 30.04.2018 r. – koszt to blisko 400 tys. zł
  • Przebudowa skrzyżowania ulic Wilanowska/Geodetów/Energetyczna (powstanie rondo turbinowe) – termin realizacji 30.08.2018, termin oddania do użytku 31.10.2018 r. – koszt blisko 13 mln zł

Umowy z wykonawcami mają być podpisane na przełomie 2017/2018 r.

W budżecie pojawiło się nowe zadanie – remont ul. Ogrodowej, na odcinku od parku do ul. Cyraneczki. To zadanie zostanie połączone z budową ul. Prymulki, ze względu na konieczność odwodnienia tej ulicy właśnie poprzez kanalizację deszczową w ulicy Ogrodowej. Środki na budowę ul. Prymulki zostały przeniesione z 2017 na 2018 r. Czekamy na uruchomienie przetargu i wyłonienie wykonawcy.

W budżecie 2018 r. znalazła się budowa ul. Spacerowej, zapisana wcześniej w WPF. Środki zarezerwowane na ten cel wynoszą 2,3 mln zł. Trwa uzyskiwanie decyzji ZRID i przygotowanie dokumentacji przetargowej.

W WPF na lata 2018-2019 znajduje się budowa ul. Olchowej, która czeka na uzyskanie decyzji ZRID. Rozpoczęcie procedury przetargowej na to zadanie planowane jest na drugą połowę 2018 r.

Ponadto w przyszłym roku będą wykonywane projekty techniczne wraz z uzyskaniem decyzji ZRID dla następujących ulic: ul. Jutrzenki, droga 5 KDD (połączenie ul. Cyraneczki z ul. Działkową na przedłużeniu ul. Sybiraków, droga 4 KDD (połączenie ul. Spacerowej z drogą 5 KDD).

W Wieloletniej Prognozie Finansowej  pojawiło się nowe zadanie: budowa ul. Cyraneczki na odcinku od ul. Sybiraków do granicy z gminą Konstancin-Jeziorna w latach 2019-2020. W 2020 r. zarezerwowano na ten cel 2.5 mln zł. Projekt tej ulicy przygotowuje Starostwo Powiatowe a budowa ma się zbiec w czasie z budową przez gminę Konstancin-Jeziorna drogi 10 KDL, która połączy ul. Cyraneczki z ul. Prawdziwka.

Robert Widz

Rada Miejska w Piasecznie

Odpalamy Choinkę na rynku w Piasecznie

W niedzielę 10 grudnia jak co roku odbędzie się uroczyste odpalenie choinki na piaseczyńskim Rynku oraz Kiermasz Świąteczny! W imieniu organizatora zapraszamy serdecznie rodziny z dziećmi na pl. Piłsudskiego w Piasecznie.

Kiermasz świąteczny  rozpocznie się od godziny 11.00 i będzie trwał do  godziny 17.00. Podczas kiermaszu będzie można posłuchać świątecznych koncertów 14.30 – 17.00, dzieci będą mogły wziąć udział w różnych przewidzianych właśnie dla nich atrakcjach w godzinach 12.30 – 17.00 i spotkać się z Mikołajem 13.00-  17.00.

Zapalenie lampek na choince nastąpi o godz. 16.00!

Dla wszystkich świąteczny poczęstunek oraz zimowe upominki.

Zapraszamy!

Półkolonie w siodle.

Po długiej, mroźnej zimie i ledwo zauważalnej wiośnie, lato wybuchło nagle i niespodziewanie, tak jak zima zaskakuje drogowców – zaskoczyło wielu rodziców obnażając nasz brak planów na wakacyjne miesiące. Zaraz koniec roku szkolnego! Jak zorganizować dzieciom ten czas? Nasz urlop trwa tylko 2 tygodnie, a dzieci muszą mieć zajęcie przez całe 2 miesiące.

stajnia2We wsi Władysławów, niedaleko Magdalenki, otoczona pięknymi lasami i zielonymi polami, stoi stajnia BestHorses organizująca półkolonie dla dzieci i młodzieży. Dzieciaki jeżdżą dwa razy dziennie, biorą udział w stajennych zajęciach teoretycznych, na miejscu jedzą obiad, cały dzień spędzają na świeżym powietrzu i bawią się z rówieśnikami. Podczas tylko jednego turnusu dzieci  lepią z gliny, plotą bransoletki, budują szałasy i malują konie – wszystko w konwencji wioski indiańskiej. Do tego biorą udział w warsztatach zumby, a w upalne dni mogą schłodzić się w basenie i relaksować na specjalnie przygotowanej plaży.

Półkolonie jeździeckie to idealny sposób na zapoznanie się z tym sportem i nauczenie się jazdy od podstaw – na padoku wybudowano specjalny lonżownik. Uczestnicy, którzy potrafią już samodzielnie jeździć rozwijają swoje umiejętności, trenują, stają w obliczu nowych wyzwań, nawiązują nowe znajomości, dzielą się swoimi doświadczeniami, a przede wszystkim dobrze się bawią. Początkujący uczestnicy zostają oficjalnie pasowani na jeźdźca.stajnia1

Dodatkowo stajnia prowadzi jazdy dla dzieci i dorosłych, którzy absolutnie nie potrafią jeszcze jeździć i nie posiadają swojego sprzętu czy konia! Stajnia zapewnia kaski i kamizelki, wystarczą chęci i długie spodnie. Tamtejsze konie są świetnie przygotowane do jazdy rekreacyjnej, to dobrze wytrenowane wierzchowce o spokojnym temperamencie, które nosiły już na swoich grzbietach wielu młodych adeptów sztuki jeździeckiej. O takich koniach mówi się: koń nauczyciel lub koń profesor – będzie pomagał swojemu jeźdźcowi opanować np. prawidłowy dosiad. Na dzieci czekają w stajni mniejsi, ale równie doświadczeni nauczyciele – kucyki. Nauka od podstaw jazdy poprzez rekreacyjne wyjazdy w teren, kursy na odznaki PZJ, naukę skoków i ujeżdżenia. Następnym etapem jest przygotowanie do zawodów i wspólne wyjazdy na konkursy.

izaWłaścicielka – Iza Tomaszewska ma niemałe doświadczenie – sama brała udział w wielu zawodach i mistrzostwach o randze ogólnopolskiej i międzynarodowej. Jest trenerem II klasy i całe życie poświęca swojej pasji.  Popularyzuje jazdę konną i odczarowuje utarte stwierdzenie, że jest to drogi sport dla elit. Dba, aby wszyscy, młodsi i starsi, nauczyli się jak najwięcej, czerpali z tego sportu przyjemność, umożliwia całym rodzinom wspólne spędzanie wolnego czasu.

Zimą, gdy śnieg skrzypi pod butami i kopytami, jazdy odbywaja się w krytej hali. Dzięki temu w BestHorses jeździć można cały rok. Prawdziwi miłośnicy koni mogą tam nawet zorganizować imprezę urodzinową, podczas której wszyscy goście wsiądą na konia i nauczą się podstaw jazdy lub potrenują w grupie.

Stajnia prowadzi również kameralny pensjonat dla koni. Każdy znajdzie tam coś dla siebie, bo to sielskie miejsce, położone nad stawem, idealne dla całych rodzin, choćby tylko jako cel wycieczki rowerowej. Zresztą sprawdźcie sami: Władysławów, ulica Wojska Polskiego 65, www.besthorses.pl.

Na jazdy można zapisywać się codziennie.

stajnia3

 

Słowniczek:

Stadnina a stajnia – stadnina to ośrodek prowadzenia hodowli, stajnia to potoczne określenie klubu jeździeckiego.

Kuc – koń o wysokości do 148 cm. w kłebie (u nasady szyi).

PZJ – Polski Związek Jeździectwa

 

Dzień Dziecka w Planeta Zalesie

Planeta Zalesie wraz z Action Sports Sp. z o.o. ma zaszczyt organizować Dzień Dziecka pod patronatem Urzędu Miasta i Gminy Piaseczno oraz Starostwa Powiatowego w Piasecznie w dniu 03/06/2017.

Podczas obchodów Dnia Dziecka udostępniamy oraz organizujemy liczne atrakcje, tak aby stanowiły one ciekawy i rozwojowy program dla dzieci i młodzieży. Nie zapomnieliśmy również o dorosłych, dla których przewidzieliśmy inne, lecz równie ciekawe aktywności sportowo-relaksacyjne.

Planeta Zalesie zaprasza gości od 11:00, część oficjalna rozpoczyna się otwarciem o godzinie 13:00 i trwać będzie do godziny 17:00. Planeta Zalesie zamknie swoje podwoje w późnych godzinach wieczornych.

Udało nam się zaprosić do współpracy znamienite instytucje państwowe, jak również ciekawe organizacje prywatne i społeczne.

To dzięki ich zaangażowaniu dzieci będą mogły skorzystać z poniższych atrakcji:

  • Strefa bezpiecznego uczestnika ruchu, z symulatorem dachowania, zderzenia, alko-goglami, przygotowana przez załogę Posterunku Policji w Zalesiu Górnym wraz z prezentacją pracy policji. Oficerowie przy tej okazji będą rozdawać dzieciom prezenty i gadżety związane z bezpieczeństwem na drodze.
  • Stanowisko Off-Road prowadzone przez ITD Grupa z Żabieńca, gdzie prezentować się będą samochody terenowe 4×4 i quady. Dzieci będą miały możliwość, by wsiąść do auta terenowego lub na quada. Będzie również możliwość przejażdżki „melexem”.
  • Demonstracja codziennej służby Straży Pożarnej na przykładzie wozu strażackiego we współpracy z Komendą Powiatową Państwowej Straży Pożarnej w Piasecznie. Straż pożarna będzie miała do dyspozycji eksponat wozu strażackiego 1938 roku.
  • Szkółka łucznicza prowadzona przez KS Hubertus z Zalesia Górnego, która pozwoli dzieciom spróbować swoich sił w tej egzotycznej dziedzinie sportu.
  • Punkt medyczny prowadzony przez firmę ASZ-MED Ariel Szczotok, która będzie prezentowała karetkę pogotowia i jej wyposażenie oraz prowadziła szkolenie z pierwszej pomocy, jednocześnie zabezpieczając medycznie imprezę.
  • Jazda konna na kucykach.
  • Pokaz wielkich baniek mydlanych, który zaprezentuje Edukacja Przygodowa Janka Eberta z Zalesia Górnego.
  • Stoisko personalnych pojazdów elektrycznych prowadzone przez sklep internetowy pl, który zajmuje się ich sprzedażą. Pojazdy przeznaczone dla profesjonalistów, turystów i innych użytkowników, którzy na co dzień pokonują duże odległości.
  • WakePark Zalesie zapewni dużo wrażeń dla starszych dzieci i młodzieży.

plakat-itd-dzien-dziecka-data

Zaplanowaliśmy również zabawy oraz gry plenerowe prowadzone przez Harcerzy Szczepu Watra z Zalesia Górnego

  • Poszukiwanie skarbów – dla odkrywców atrakcyjne nagrody.
  • Konkurs w budowaniu szałasów.
  • Zawody w rzucaniu kaczek do wody z nagrodami.
  • Wyścigi rowerów wodnych z nagrodami.

Przewidujemy także:

  • Zawody minigolfa z nagrodami.
  • Malowanie buziek.
  • Warsztaty plastyczno-malarskie.

Oczywiście cały czas do dyspozycji gości dostępne będą stałe atrakcje Planety Zalesie:

  • Park tematyczny stworzony przez pl.
  • Liczne atrakcje dla dzieci, dmuchane zjeżdżalnie, eurobangee, kule wodne, mini golf.
  • Zewnętrzna sala zabaw – małpi gaj dla najmłodszych ze zjeżdżalniami i dużym basenem wypełnionym piłkami.
  • Zjeżdżalnia pontonowa.
  • Kolejka – ciuchcia elektryczna wraz z wagonikami obwożąca dzieci i rodziców po terenie.
  • Wypożyczalnia gokartów i elektrycznych pojazdów.
  • Wypożyczalnia bajkowych rowerów wodnych oraz kajaków.

Na naszym terenie dostępne będą punkty gastronomiczne:

  • Zalesiolandia oferuje dania typu fastfood oraz lody, watę cukrową i napoje.
  • Fan+Azja” to autobus z kuchnią azjatycką fusion, czyli zabawa smakami Azji w nowoczesnym wydaniu.
  • Zaleśnikarnia jest foodtrackiem, w którym można skosztować naleśników zarówno w wytrawnych smakach, jak i tradycyjnie na słodko. Foodtrack ten oferuje także pierożki, ciasta oraz napoje.
  • Bar Centralny, tutaj goście znajdą między innymi dania z grilla oraz napoje i lody.
  • Beach Bar ugości pizzą, przekąskami oraz napojami i lodami.

Mamy zaszczy przedstawić patronów imprezy:

  • Gmina Piaseczno
  • Starostwo Powiatowe Piaseczno

Miło nam poinformować, że patronami medialnymi są:

  • Kurier Południowy
  • ITV Piaseczno

Oprawę muzyczną zapewnia KOLOROFONIA, a prowadzenie Michał Kisielewski, który czuwać będzie ze sceny, by goście nie przegapili żadnego z konkursów, ani nie przeoczyli żadnej z zaplanowanych dla nich na ten dzień dla atrakcji.

Bo tak naprawdę… w głębi duszy… wszyscy jesteśmy dziećmi i każdemu z nas należy się zabawa.

Zapraszamy

Tydzień z Internetem 2017

Zrzut ekranu 2017-03-26 o 20.12.5028 marca 2017 roku o godzinie 19.00 w sali widowiskowej Klubu Kultury w Józefosławiu w ramach kampanii “Tydzień z Internetem 2017” pod hasłem „Inspiruj się i dziel swoimi pasjami” Biblioteka w Józefosławiu organizuje spotkanie z blogerkami.

O swoich pasjach opisywanych na blogach opowiedzą:
Aleksandra Dąbrowska – autorka bloga podróżniczego „Jak jaki na niebie”
Monika Galerczyk-Pułka – autorka bloga o szydełkowaniu „Wyższa Pułka”

Serdecznie zapraszamy chętnych do zaprezentowania swojego bloga.

 

IEM i Lem

Zanim opowiem mój powrót z gwiazd starszym czytelnikom muszę wyjaśnić znaczenie skrótu użytego w tytule, a młodszych oświecić, że Lem skrótem nie jest. Jakie czasy, takie braki. Intel Extreme Masters jest ogólnoświatową imprezą e-sportową, wędrującą po całym świecie, a od 5 lat odbywającą się także w Katowicach. Stanisław Lem to polski pisarz sf, choć ja bez wątpliwości nazwałbym go futurologiem. Jego IMG_0601pomysły i idee zawarte w książkach pisanych 30, 40 i 60 lat temu znalazły swoje urzeczywistnienie za mojego życia. Był jak Jules Verne swoich czasów – kto z młodych nie kojarzy, to niech gugla. W „Powrocie z gwiazd”, książce napisanej w 1960 roku, a wydanej w 1961, czyli 56 lat temu (!) przewidział na przykład dzisiejsze ebooki: „Książki to były kryształki z utrwaloną treścią. Czytać można je było przy pomocy optonu. Był nawet podobny do książki, ale o jednej, jedynej stronicy między okładkami. Za dotknięciem pojawiały się na niej kolejne karty tekstu.” [St. Lem, Powrót z Gwiazd] i audiobooki: „Publiczność wolała lektany…”, które „…czytały głośno, można je było nastawiać na dowolny rodzaj głosu, tempo i modulację.” [St Lem, tamże]. Skojarzenie z IEM-u Lemem polega jednak na nie na oczywistej korelacji lemowskich pomysłów z tym, co urzeczywistnia się w ciągu ostatnich dwóch dekad, lecz na głębokim, osobistym moim doświadczeniu.

W imię dzieci

Z pomocą rodziny i znajomych zdobyliśmy bilety dla mnie i moich synów, które uprawniały do wejścia 3 godziny wcześniej niż zmuszona do odstania nie 3, a czasem nawet i 6 godzin w kolejce reszta śmiertelników. Za ten luksus płaci się 150 PLN od łba. Bilet był trzydniowy. W piątek musiałem być w pracy, wyekspediowaliśmy więc nieletnie towarzystwo pociągiem do babci, do Katowic, już w czwartek, a ja (opiekun, tata i dorosły) miałem dotrzeć w sobotę rano. Pierwszy więc dzień imprezy znaliśmy ze szczątkowych i doskonale lakonicznych zeznań latorośli, które tylko wzbudzały niepokój, bowiem przy braku informacji wyobraźnia rozwija się nad wyraz sprawnie. Utyskiwałem więc na starszego (17 l.), że młodszego (11 l.) samym zostawia, że nie opiekuje się nim należycie. Odbyła się na ten temat nawet mała kłótnia. Nic dziwnego, że gnany ojcowskim poczuciem obowiązku w sobotę wstałem o świcie i ruszyłem w podróż z postanowieniem ogarnięcia tematu z należytą atencją. Tuż po 9-tej rano znaleźliśmy się więc pod katowickim Spodkiem. Gdy zobaczyłem tłum koczujący pod wejściem uznałem, że pomysł z biletami był wcale niezgorszy. Dostałem od chłopaków instrukcje, gdzie stanąć, a ponieważ oni swoje bilety zamienili na opaski poprzedniego dnia, to wchodząc inną już bramką zniknęli mi z oczu. Trochę się tylko skompromitowałem krzycząc za nimi, żeby poczekali. Prawdziwa auto kompromitacja nastąpiła tuż po tym, gdy wykonali polecenie. Weszli wpierw karnie razem ze mną do Spodka, spojrzeli mi w oczy z wyczekiwaniem, a ponieważ miałem we łbie zero bajtów, to młodszy wymamrotał: „To się, tato, porozglądaj, a ja idę na Ce-eSa”. Zanim zdążyłem odpowiedzieć już ich nie było, a ja zdałem sobie sprawę z faktu, że jeśli ktoś tu potrzebuje opieki, to ja.

Terminal

W „Powrocie z gwiazd” otwierającą sceną jest wędrówka Hala Bregga po Terminalu. Niekończące się wstęgi ruchomych chodników i schodów, windy i kolejne poziomy w górę i w dół, z których każdy ma własne niebo (żeby ludziom oszczędzić dyskomfortu) doprowadzają Hala Bregga do rozpaczy. Rodzą się w nim irytacja i gniew. Krąży godzinami po nieskończonym dla niego obiekcie, z którego nie umie się wydostać, nie rozumiejąc nazw i przeznaczenia urządzeń, pojazdów i myląc wciąż rzeczywistość realną z tą wyświetlaną na gigantycznych ekranach.

Krótko mówiąc: zrozumiałem jego emocje.

Po 2 godzinach w tyglu młodości, otoczony muzyką, reklamami, stoiskami i setkami stanowisk, do których przyspawano młodych ludzi wiążąc do ich głów macki kolorowych słuchawek, jakby w pudłach komputerów drzemały złośliwe owady łowiące jak rosiczki kolejne młode mózgi, byłem na skraju wyczerpania. Mijałem kolejne sceny, gdzie w jakimś frenetycznym szale ktoś ogłaszał niekończące się możliwości zdobywania dodatkowych gigabajtów w gieteiksach, co krok potykałem się o podesty, z których biegły niekończące się monoloIMG_0607gi i dialogi o rzeczach, których istnienia nigdy nawet nie podejrzewałem, na wielkich ekranach postaci z gier rozgrywały ze sobą pojedynki, publiczność reagowała jak na meczu połączonym z kabaretem, raz to klaszcząc, raz to się śmiejąc lub krzycząc wielkie „jeeeeees!”. Wbijałem wzrok w mrówcze zmagania kolorowych postaci na olbrzymich telebimach usiłując wyłapać reguły i prawidła gry, aby poddawać się po kilkudziesięciu sekundach i odchodzić w upokorzeniu. Nawet, gdy natrafiałem na wolny fotel przy komputerze, to jakoś niezręcznie było mi się wbijać do spontanicznie improwizowanych drużyn. Zbyt doskonale rozumiałem własne ograniczenia. Trochę grałem w życiu na komputerze, nawet na poziomie „weterana”, ale primo: było to dawno, a secundo: niemal nigdy w sieci. Widziałem więc w każdym dzieciaku mistrza, którym nigdy nie byłem i którymi nie będę – ani mistrzem, ani dzieckiem. Ostatnią moją obserwacją, zanim się wypytałem, czy z opaską mogę wyjść na miasto i wrócić, było odkrycie, że przy komputerach siedzą niemal wyłącznie chłopcy, choć dziewcząt w Spodku i MCK nie brakowało – bynajmniej.

Miasta haust

Wyrwałem się z ciżby na ulicę, namierzyłem bar, trzepnąłem dwa piwa, pogapiłem na niebo (prawdziwe) i po dłuższej chwili wróciłem do Spodka. Akurat zaczynały się półfinały Counter Strike’a. Dwa olbrzymie telebimy w głównej hali, olbrzymia scena, technika realizacyjna na poziomie topowych koncertów i festiwali. Studio e-sportowe z komentatorami, drużyny wchodzące w glorii równej piłkarzom Ligi Mistrzów, oprawa świetlna, dymy i fanfary, a potem mecze. Całe intro obserwowałem w ruchu, bowiem z pół godziny szukałem wolnego miejsca, a samą grę ze środka sali wysoko na widowni. Nie miało to znaczenia dla śledzenia rozgrywki, szczególnie dla mnie, nie rozumiejącego na co patrzę. Tymczasem komentator na bieżąco ekscytował się sytuacją na telebimie, gdzie ktoś biegł i strzelał do kogoś, kto podskakiwał, jakby ciągnęła go z góry jakaś gumka. Widownia nagradzała owacjami kolejne bryzgi krwi na ścianach, a we mnie znowu wstępował samotny i gniewny Hal Bregg, który w międzygwiezdnej podróży przeżył 10 lat, podczas gdy na Ziemi minęło ich 150.

Po pierwszym dniu usiedlim z bratankiem do śledzia i po staropolsku zrobilim flaszeczkę. 

A potem spalił mi się mózg.

Rubikon

Wstałem następnego ranka z żelaznym postanowieniem odsprzedania opaski na ostatni dzień. Nie przypominam sobie powodu, dla którego tego nie uczyniłem. Znów wlazłem do piekła, ale o dziwo tym razem czułem się tam o niebo lepiej. Odważniej zaglądałem przez ramię grającym, usiadłem tu i ówdzie, nie zdobyłem się jedynie na wyczekiwanie godzinami na swoją kolej do okularów i joysticków 3D. Nie nudziłem się prawie wcale i nie ratowałem browarem. Znów wszedłem do głównej hali Spodka, tym razem na finały Star Crafta i z zaskoczeniem zauważyłem, że mnie to wciągnęło i wysiedziałem do końca. Z dzieciakami spotykałem się kilkakrotnie (podobnie jak poprzedniego dnia, z którego w sumie niewiele pamiętam), a na koniec znalazłem grę dla siebie, którą przy sprzyjającej okazji sobie kupię. Walka olbrzymimi krążownikami kosmicznymi – w sam raz dla mnie. I dla Bregga.

Jacek Sut

Złoto, rurki i koronki

To miał być spokojny wieczór. Po całym dniu stania w sakramenckim mrozie wracałem moją leciwą, koreańską limuzyną, marząc o grzańcu, szlafroku i odcinku „Poirot” nagranym na dekoderze dzień wcześniej. Mróz był na tyle dotkliwy, że nawet kultowy gadżet z jabłkiem odmówił wykonywania i – co się poźniej okazało – odbierania połączeń. Kiedy zgrabiałymi palcami udało mi się go zresetować zalała mnie fala zaległych SMS-ów od małżonki. Oddzwaniam więc ryzykując poślizg na drodze pod Prażmowem.

– No co się z tobą dzieje?

Udzieliłem zwięzłej, soczystej i okraszonej kilkoma dosadnymi określeniami odpowiedzi, powołując się na warunki atmosferyczne potocznie uznawane za co najmniej uciążliwe.

– Aaa, ok. Pamiętasz, że dzisiaj idziemy na pokaz mody?

O żesz fak! Cholera jasna, Dżizas!

– Eeeeee…

– Pójdźmy. Dawno nigdzie nie wychodziliśmy.

– No wiesz… a o której? – pytam z nadzieją, że zgłoszę awarię auta, przesiedzę trochę na kawie gdzieś przy drodze i sprawa się przedawni.

– Spokojnie, za niecałe dwie godziny – odpowiedziała słodko, a ja ze złością uświadomiłem sobie, że kubeczek gorącego grzańca wypije ktoś inny – Przecież mówiłeś, że pójdziemy.

Fakt. Ale to było kiedy w eleganckim humorze i wytartym szlafroku leżałem przed kominkiem dwa dni temu! Spojrzałem na wskaźnik temperatury silnika, który po kilkunastu kilometrach pokazuje dopiero połowę wymaganej temperatury. No nic. Zgadzam się, co mi do reszty odbiera radość z samotnej jazdy nocą.

W domu jest czas na przekąskę, przebiórkę w coś, co można by nazwać swobodnym, wieczornym outfitem (w moim wypadku to sweter i inne spodnie niż dżinsy). Jedziemy.

– Wiesz, gdzie to jest? – pytam.

W odpowiedzi pada nazwa baru. Ok. Znalazłem miejsce parkingowe koło Teatru Narodowego. Wychodzimy, mróz okłada jak drutem kolczastym, drepczemy do miejsca, gdzie niby jest to miejsce, ale tam jest zgoła inne miejsce. Gugluję nazwę i dowiaduje się, że poszukiwane lokum jest daleko gdzie indziej, na Bulwarach Wiślanych. Po ostrej wymianie zdań, choć krótkiej, bo język przymarza do zębów, małżonka sprawdza raz jeszcze w swoim smartfonie. Och, drobiazg, tylko połowa nazwy błędna. Drepczemy dalej i po zbędnym okrążeniu całego budynku Teatru Wielkiego trafiamy pod właściwy adres. Na bramce mieliśmy się powołać na znajomego, lecz nikt nas o to nie pyta. Wszyscy grzecznie wskazują kierunek, rozdają opaski upoważniające do odebrania drinków i kierują na dół po schodach. Przyznam, że wtedy zapaliła mi się pierwsza lampka. Przez wiele lat, z racji wykonywanej pracy, bywałem na kilku pokazach tygodniowo i wiem, że te za zupełną darmochę kończyły się kacem nie tylko fizycznym. Wchodzimy jednak. Zdaję tajemniczemu szatniarzowi oba okrycia i dostaję dwa numerki. Nie przekonuje go informacja, że jesteśmy razem. „Mamy taki zwyczaj” mówi niemal szeptem. Rozglądam się czy tylko ja nie rozumiem przekazu. Zaraz zresztą tego pożałowałem, bo obok mnie pozbywały się płaszczyków dwie dziewoje odkrywając stuprocentowo wieczorowe toalety i zmieniając botki na szpilki. Mój sweterek skazywał mnie na pytania typu: „Kiedy będzie koncert?”, bo stylistycznie plasował mnie wśród ludzi obsługujących scenę. „Dzięki Bogu nosze brodę” pomyślałem i na dalsze pokoje udałem się nieco rozkołysanym krokiem udając marynarza.

Trzeba dodać, że dopiero w sali dowiedziałem się, że jest to coroczna impreza szacownego (ponoć) czasopisma poświęconego modzie. To niosło ulgę, bo uznałem, że skoro przypominam hipstera na rencie, to mogę mieć wszystko w nosie, bo wezmą mnie najwyżej za dziennikarza. Pomyślałem przewrotnie, że brakuje mi szpanerskiego zegarka na nadgarstku, bo mógłbym udawać Steva Jobsa w Palo Alto. Scenariusz ten został szybko przekreślony konferansjerskim powitaniem ze sceny. Młodej kopii Orlando Blooma zajęło ono niemal 10 minut. Musiał wywiązać się z obowiązku podziękowania organizatorom i sponsorom i wyglądało na to, że wcześniej cały dzień przymierzał rurki, przez co zabrakło mu czasu na spisanie scenariusza na jednej kartce i w ostatniej chwili wydrukował sobie wszystkie maile, które spłynęły mu na skrzynkę w ciągu tygodnia. Stał tedy z podkładką, do której przypiął wiele stron i co rusz między nimi migrował. Następne jego wejścia miały pokazać kompletne uzależnienie od słowa drukowanego, co kazało mu nawet „Dziękuję bardzo!” czytać z kartki. Aż wreszcie skradł cały show, ale o tym później.

Mini Orlando mini Bloom wreszcie skończył dukać z kartki stosy podziękowań i PR-owskich formułek w stylu: „Tylko w salonie Iksiński kobieta może poczuć prawdziwą wolność, nieskrępowaną kreację i porywające piękno, dzięki czemu jej prawdziwa natura objawi całemu światu swoją siłę i znaczenie” – rozejrzał się, zanotował, że widownia wybrała bar i zapowiedział pierwszy pokaz.

Forresterowie w natarciu

Nie znam się na modzie. W zasadzie jej nawet nie lubię. Zupełnie nie rozumiem, jak można ulubiony sweter (a co!) zamienić na nowszy model tylko dlatego, że się nieco zmechacił. Potrafię lubić swoje ciuchy, podobnie jak książki czy długopis. Używam ich najdłużej jak można, bo czuję z nimi więź, co w praktyce oznacza, że są potem potajemnie wyrzucane przez małżonkę. Termin „moda”, sezony modowe i opresja trendów obchodzą mnie zgoła niewiele. Nie spodziewałem się w związku z tym specjalnych przeżyć, jednak życie jest – jak wiadomo – najlepszym scenarzystą.

Po minutowej laudacji (czytanej z trzeciej lub czwartej kartki pod spodem) na parkiet wkroczyła krokiem oszołomionej żyrafy pierwsza modelka. Na sobie miała coś, co przeniosło mnie ze dwie dekady wstecz, kiedy świat oglądał „Modę na Sukces” i „Dynastię”. Natychmiast się więc uspokoiłem, bo – jak wiadomo – „Dynastia” wraca, więc pewno projektantka wyczuła zapotrzebowanie, co przydaje jej kreacjom marketingowej logiki. Dodatkowo biorąc pod uwagę styl nowego prezydenta USA i jego sympatię dla Kremla ociekające złotem sukienki wybrzmiewały wręcz politycznie. Ok – myślę sobie – nowe wraca. Szczęśliwie pokaz jednej kolekcji nie trwa długo, więc oszczędzono mi przymusu kombinowania co by jeszcze mogło skłonić projektantkę do przebierania modelek w sukienki z pozłotka. Po pokazie nastąpiła dynamiczna i ozdrowieńcza interluda muzyczna i, ku mojemu niepokojowi, na scenę powróciła miniatura Orlando Blooma. Wbity w ciasną marynareczkę i rurki przewertował kilka kartek i niewiele się tylko myląc zapowiedział kolejną kolekcję. Przy okazji uprzedził ewentualną krytykę zaznaczając, że szefowa wydawnictwa, innymi słowy fundatorka dzisiejszego przyjęcia, także ubrana jest w kreację spod ręki projektantki. Nie wiem, czy mi się zdawało, ale ruch przy barze trochę przybrał na sile, jakby goście chcieli sobie co nieco przytulić na zapas, a może po prostu uzupełniali płyny po emocjach fundowanych ze sceny.

Columbo na tropie

żródło: http://columboscreenshots.blogspot.com

żródło: http://columboscreenshots.blogspot.com

Kiedy zobaczyłem pierwszą propozycję następnej kolekcji wyświetlił mi się od razu porucznik Columbo, który często miał do czynienia z bogatymi femme fatale, wdowami po bogaczach lub żonami miliarderów. Oczami duszy zobaczyłem Faye Dunaway jak w czerwonej sukni schodzi ze schodów do swoich gości, chwilę po zamordowaniu kochanka. Zauważalna różnica polegała na tym, że kreacja z pokazu składała się głównie z firanowych koronek, na co w tamtych latach nikt by sobie nie pozwolił. Co jest, do diabła, z tym oldskulem? – zacząłem główkować już na poważnie i powiodłem oczami po widowni szukając szefowej odzianej równie ażurowo i równie na czerwono. Może jest w moim wieku i sentyment ją pęta? Pozostałem z tym pytaniem do dziś.

Jako ostatni nastąpił zapowiadany przez konferansjera kąsek dla pań i panów, czyli pokaz bielizny damskiej. Swoją drogą tak często podkreślał, że to jest TAKŻE DLA PANÓW, że zacząłem się niepokoić, czy czegoś tym samym nie deklaruje. O tym pokazie niewiele mogę powiedzieć, bo raczej oglądałem modelki, co w sumie ukoiło skołatane nerwy.

Na koniec smaczek, który zadecydował, że to konferansjer stał się dla mnie bohaterem wieczoru. Już bowiem sądziłem, że należę do szczupłego grona osób, którym prezentowane kolekcje przywołują na myśl Carringtonów i Cioteczkę Jill, a tu siurpryza: konferansjer padł ofiarą doktora Freuda i zamiast poprawnie wymienić nazwę tytułu prasowego, dla którego się tak męczył na scenie podał go jako „Moda i sukces”. Chapeau bas!

W drodze powrotnej zatrzymałem auto przy bankomacie, była już północ.

– Po co ci teraz pieniądze o tej porze? – zapytała zaskoczona małżonka.

– W nocnym przestali przyjmować kartą – burknąłem.

Jacek Sut

 

Rasowy – nierasowy ?

Po co mieć rasowe zwierzę w domu? Jest tyle bezdomnych zwierzaków, które tylko czekają, żeby je przygarnąć. Często słyszę takie pytanie, które choć słuszne, to jednak jest źle postawione. Często również te rasowe są w schroniskach porzucone i czekają na dom. O tym czy zwierzę będzie potraktowane godnie, nie świadczy jego pochodzenie, ale to z jakim człowiekiem będzie mieć do czynienia. Od nas, ludzi zależy decyzja czy i jakie chcemy wziąć zwierzę pod swój dach, czy chce nam się opiekować zwierzakiem, gdy zachoruje i czy w każdej sytuacji temu podołamy. Małe zwierzęta wzbudzają w nas czułość, ciepłe uczucia i opiekuńczość, bo są zabawne i większość psot jesteśmy w stanie im wybaczyć.

Czarny

fot.pixabay

fot.pixabay

Miałam kiedyś papugę, która była bardzo rasowa, ale też bardzo hałaśliwa. Nie wytrzymywali sąsiedzi i wszyscy domownicy też mieli już dość. Krótko mówiąc jej posiadanie było błędem. Człowiek się podobno na nich uczy. Oddaliśmy ją na wieś. W przestrzeni wiejskiego domu taka papuga mogła “rozwinąć skrzydła”, miała znacznie lepsze warunki. Bluś zatem, bo tak miała na imię papuga, poszedł na wymianę na kotka dachowca, Czarnego.

Czarny był słodką, małą kulką, bawił się nieustannie, był bardzo żwawy, a dla dzieci był wyzwaniem, ponieważ miał niekończącą się energię do psot i zabaw. Wszystko byłoby więc OK, gdyby… nie wyrósł z Czarnego mały zbój. W ciągu kilku miesięcy z małego kociaka wyrósł kocur, któremu mieszkanie ze swoim małym korytarzem i kilkoma pomieszczeniami nie wystarczało, który zaczął atakować, wręcz “polować” na jedną z moich córek. Próbowałyśmy wielu metod, żeby napięcie nie narastało, ale niestety kocur, mimo że wykastrowany, dobrze traktowany, miał potrzebę rywalizacji i większej przestrzeni. Nie miałam wtedy świadomości, że charakter zwierząt to nie tylko wychowanie, ale także cechy wrodzone. Czarnego oddałyśmy na podwórko dużego domu ludziom, którzy byli wdzięczni za nowego stróża. Mógł on tam łowić myszy i biegać po kilkuhektarowej łące. I on sam także poczuł się zapewne szczęśliwy. Za to ja nie bardzo. Czułam się podle, oddając kolejne “źle trafione” zwierzę. Przez rok nie było u nas żadnych stworzeń. Trzeba było odreagować stres, związany z tym, co się stało.

fot.pixabay

fot.pixabay

Do trzech razy sztuka

Dzieci znów zapragnęły mieć zwierzę. Postanowiłam się tym razem lepiej przygotować. Koty są moimi ulubionymi zwierzętami. Zdecydowałam lepiej zapoznać się z ich rasami, tak żebym już nie ryzykowała, że wezmę pod dach zwierzę, które będzie się źle czuło w takich warunkach, jakie mu mogę zapewnić. Chodziłam na wystawy kocie, gdzie miałam przegląd ras kotów od tych najbardziej wymagających pielęgnacji, długowłosych, poprzez takie, które bardzo potrzebują kontaktu i źle znoszą nieobecność pana oraz takie, które potrzebują nieustannie ruchu i fruwają niemalże pod sufitem lub na żyrandolu, aż do całkiem spokojnych, wygodnickich kanapowców z dużym dystansem do życia. Koty są bardzo różne. Rasa naprawdę ma znaczenie i to nie tylko przez wygląd zewnętrzny, ale wszystkie cechy charakteru, właściwości psychiczne i potrzeby fizyczne. Ja potrzebowałam kota, który nie będzie nadwrażliwy na hałasy, gdyż mam dzieci, nie będzie bardzo cierpiał, kiedy domowników nie ma dłuższy czas w domu, zrównoważonego w sensie psychicznym, jak i fizycznym, bo także cenie sobie spokój oraz zwierzaka niewymagającego zbytniej pielęgnacji, czyli krótkowłosego. Ze wszystkich ras zdecydowałam się na koty brytyjskie.

fot.pixabay

fot.pixabay

Do you speak kocish?

To bardzo łatwa w obsłudze rasa i bardzo przyjazna człowiekowi. Koty te są bardzo kontaktowe, towarzyskie, spokojne, ale i zabawne. Moja fascynacja tą rasą stopniowo rosła. Zachwycił mnie oprócz tych wszystkich cech, które już wymieniłam fakt, że koty brytyjskie są w tak wielu kolorach. To nieprawdopodobne, że jedna rasa może być w tylu odmianach kolorystycznych! Moja decyzja padła na liliowy. Tak! Liliowa kotka! Ta nazwa kryje tak naprawdę jasnoszary kolor o lekko liliowym odcieniu, który przebija się, gdy patrzymy pod światło. Podobnie jest z nazwą tzw. kotów niebieskich, które de facto są ciemnoszare, no może stalowe – trudno opowiadać o kolorach!

Liliowa kotka była pierwszą kotką w mojej hodowli kotów brytyjskich Miasto snu *PL, którą założyłam w 2012 roku. Teraz mam już gromadkę liczącą pięć kotów.

Taka hodowla to fascynująca przygoda i nauka. A przy tym niezła zabawa. Pamiętajmy, że jeśli marzymy o zwierzątku, dobrze jest przemyśleć decyzję o nowym mieszkańcu naszego domu i warto na pewno być w takich sytuacjach realistą, nie tylko marzycielem.

Małgorzata Maślanka

miastosnu.pl

Program edukacyjny „Extra Szkolna Stołówka”

Wygodna, przystosowana do spożywania posiłku bez pośpiechu, zachęcająca do jedzenia, przytulna, bo jej atmosfera ma przypominać rodzinne zasiadanie do stołu – taka, czyli „extra”, powinna być szkolna stołówka. Stała się ona celem programu „Extra Szkolna Stołówka”, której partnerem społecznym jest Federacja Polskich Banków Żywności.

„Extra Szkolna Stołówka” to program edukacyjny, którego celem jest polepszenie warunków, w jakich dzieci w szkołach spożywają posiłki, oraz edukacja uczniów w zakresie właściwego gospodarowania żywnością. Jest on skierowany do szkół podstawowych. Te, które przyłączą się do programu, mają szansę otrzymać wsparcie finansowe na remont szkolnej stołówki.

Extra, czyli jaka? Cele programu

Założenia programu „Extra Szkolna Stołówka” mają swoje źródło w obserwacji warunków, w jakich dzieci w szkołach spędzają przerwę przeznaczoną na jedzenie. Nie każda bowiem szkolna stołówka jest „extra”, czyli odpowiednio do tego przystosowana. Co to oznacza?

„Szkolna stołówka powinna być miejscem, w którym dzieci w przyjaznej atmosferze zjedzą posiłek i które jednocześnie umożliwi im wspólne przeżywanie tych momentów, dzięki czemu będą one budować wzajemne relacje. Ważne są: odpowiednia ilość miejsca, by każde dziecko miało zagwarantowany komfort spożywania posiłku, ponadto ściany i wyposażenie w energetycznych barwach, zachęcających do jedzenia. Dzięki programowi chcemy również edukować uczniów, w jaki sposób powinni spożywać posiłki, a także jak gospodarować jedzeniem, by zapobiec jego marnowaniu”, opowiada Marek Borowski, Prezes Zarządu Federacji Polskich Banków Żywności.

Aby realizować cele programu „Extra Szkolna Stołówka”, powstała aktywacja skierowana do szkół podstawowych. Każda szkoła zarejestrowana na stronie www.delma.pl otrzyma materiały edukacyjne w formie elektronicznej oraz scenariusz prowadzenia lekcji dla nauczycieli przygotowane przez ekspertów Federacji Polskich Banków Żywności. Programowi towarzyszy także konkurs skierowany do szkół podstawowych, dzięki któremu zostanie wyłonionych 5 placówek, które otrzymają wsparcie finansowe w wysokości 30 000 zł na remont stołówki.

Jak mieć extra stołówkę? Mechanizm konkursu

Aby szkoła mogła zdobyć nagrodę, którą jest sfinansowanie remontu stołówki, musi zostać zarejestrowana na stronie www.delma.pl. Rejestracji może dokonać dyrektor placówki lub inna osoba dorosła za jego zgodą, w okresie od 2 stycznia 2017 r. do 31 maja 2017 r. Należy wówczas dodać aktualne zdjęcie szkolnej stołówki wraz z krótkim opisem. Od 1 lutego 2017 r. do 31 maja 2017 r. każdy z nas może oddawać głosy na dodane zdjęcia – 1 głos każdego dnia mający wartość 1 punktu. Stołówki zostaną wyremontowane w czterech szkołach z największą ilością głosów. Piątą szkołę wskaże jury wyznaczone przez organizatora programu. Dodatkowo w 50 kolejnych szkołach z największą ilością głosów eksperci Federacji Polskich Banków Żywności przeprowadzą lekcje dotyczące mądrego gospodarowanie żywnością i recyklingu. 30 kolejnych szkół otrzyma także zestaw 50 kolorowych tac, w które extra stołówka powinna być wyposażona.

Regulamin programu znajduje się na www.extrastolowki.pl.

Inicjator programu – Delma

Partner społeczny – Federacja Polskich Banków Żywności